Witam,
pewnie już się wcześniej pojawił ten wątek na forum.
Pewnego dnia przechodząc obok Kościoła weszłam tam z moim narzeczonym i spontanicznie poszliśmy do spowiedzi. Zawsze wierzyliśmy w Boga aczkolwiek, jeśli chodzi o sprawy chodzenia do Kościoła co niedziele czyli ogólnie takie praktykowanie wiary byliśmy dość daleko i rzadko się to zdarzało.
Tym razem mój narzeczony, już w domu oznajmił mi, że on nie potrafi łączyć seksu z wiarą dlatego czuł się tak daleko od Boga, że chce to zmienić i jeśli seks to tylko po ślubie. Mój narzeczony bywa dość skrajny w takich postanowieniach - albo coś robi na 100% albo w ogólne. Myślałam, że to jakiś wymysł i się tym nie przejmowałam ale okazało się, że mówi poważnie. Zaczął chodzić do Kościoła a z naszych miłosnych uniesień pozostało wspomnienie.
Szczerze? Nie wiem do końca jak mam się zachować. Z jednej strony chcę szanować jego wybór ale z drugiej czuje się jak na jakiejś przymusowej diecie i... jakoś mi smutno tak w środku. Nie chcę być egoistką ale czy
ot tak...po prostu w jednej minucie drugiej połówce się to oznajmia i już koniec, mam się na to bez mrugnięcia okiem zgodzić? Wiadomo...nie będę go zmuszać ale od paru dni rozmyślam na temat tego wszystkiego.
A...dodam, że ksiądz nie miał wpływu na decyzję mojego narzeczonego, bo nic mu w tej kwestii nie powiedział.
Pozdrawiam!