Opisałem już po krótce swoją historię w innym temacie, ale chcę założyć osobny wątek.
Miałem cudowny związek z moją dziewczyną, praktycznie bez kłótni, sielanka, no raj. Układało nam się dobrze, dogadywaliśmy się, nie kłóciliśmy się, nie było żadnych spięć. Byliśmy ze sobą 8 miesięcy. Wszystko popsuło się w momencie, gdy ona poszła na imprezę i ja pojechałem trochę z zazdrością. Od tego czasu nie miała ochoty ze mną się kontaktować, spędzać ze mną czasu, traktowała mnie jak kolegę, jeżeli doszło do spotkania to nawet nie było mowy o jakiś małych czułościach. Nabrała do mnie ogromnego dystansu... no po prostu przestała mnie traktować jak osobę, którą jeszcze parę tygodni wcześniej kochała na zabój. Ja, będąc tak traktowany, mimo wszystko starałem się to ratować, rozmowy o nas, kwiatki, dałem jej czas. Jednak z każdym kolejnym spotkaniem widziałem, że tylko dalej się odsuwa. W trakcie jednej z rozmów powiedziała mi, że jest jeszcze młoda i chce się bawić życiem, a nie wiązać w jakieś poważniejsze związki.
Dodatkowo wystąpiło parę czynników, które spowodowały, że ja zacząłem traktować ją z dystansem także bo ile można znosić takie olewki, nagłe zmiany podejścia do mnie itd. Ogólnie ostatni miesiąc to miałem wycięty z życia, chodziłem przybity i smutny. Nie była to łatwa decyzja, ale postanowiłem się z nią rozstać, skoro do mnie nic nie czuje i nie zależy jej na mnie. Przy rozstaniu płakała, wie, że mnie zraniła, ale nie może z tym nic zrobić, bo nie chce też robić nic wbrew sobie.
Od rozstania minęły prawie 2 miesiące, praktycznie bez kontaktu (widzieliśmy się raz aby oddać swoje rzeczy), tesknię za nią mocno, wciąż ją kocham. Jednak skoro ona nic do mnie nie czuje, nie zależy jej na mnie, nie chce mnie uznałem, że ratowanie tego jakimiś próbami kontaktu nic nie da. Jedyna droga to żeby do niej samej to dotarło i gdy może sama zatęskni coś da się z tym zrobić.
Skołowany jestem podjętą decyzją, że to ja musiałem odejść bo przestała mnie kochać, że może coś dało jeszcze radę z tym zrobić. Z drugiej strony wydaje mi się, że podjęła już decyzję wcześniej tylko nie była w stanie sama ze mną się rozstać. Wychodzi na to, że sam siebie musiałem rzucić
Pytanie czy ktoś kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji? Tzn. odszedł bo nie miał innego wyjścia/nie było sensu tkwić w tym dalej?