Mam następujący problem ze swoim partnerem: nie da mu się wyperswadować, byśmy nieco inaczej wydawali nasze pieniądze. Ktoś powie: nie pasuje Ci, to łóż swoje fundusze na lepsze lokum dla Was. Sęk w tym, że ja na razie (nie wiem, czy tak będzie jeszcze długo czy nie) nie zarabiam jakichś dużych pieniędzy, i nie mam takiej możliwości. Partner zarabia prawie 7 razy więcej ode mnie. Niestety nie daje się namówić żebyśmy może ograniczyli drogie i bardzo bardzo częste wyjazdy, a w zamian za to wynajęli sobie większe mieszkanie. Do niego nic nie trafia. Wystarczyłoby dołożyć 300 zł miesięcznie byśmy mieszkali w znacznie lepszych warunkach, cichszej okolicy, lepszym standardzie, a dla niego to zbędny wydatek. Mówi mi, że on się stąd nie rusza na razie bo tutaj dobrze, mimo że ciasno to po co wymyślać lepsze, jak nuż właściciel może okazać się gorszy.
Mnóstwo pieniędzy idzie na rozrywki nasze, z których ja połowę byłabym w stanie oddać, byleby mieszkać w przyjemniejszym lokum, bo tu ciągle walają się tylko jakieś rzeczy bo jest mało miejsca, głośno jest bo przy ruchliwej drodze, do tego ciasno i cały czas wpadamy na siebie. Nie ma jak zaprosić koleżanki bo wtedy jedno jak chce trochę prywatności to idzie zamknąć się w malusieńskiej kuchni gdzie też bez przerwy się o siebie obijamy.
Mentalność mojego partnera w tym zakresie polega na tym, żeby rozwozić się po świetnych miejscach, a lokum które tak naprawdę ma jakiś ważny wpływ na nasze samopoczucie i codzienne funkcjonowanie, nie ma dla niego znaczenia, dla niego dobrze jest jak jest. Stać nas na lepiej, ale on nie chce o tym słyszeć. Woli mieć starsze ciuchy (nie jakieś szmaty, ale stać go na lepiej), woli mieć pozostawiające ogrom do życzenia mieszkanie, ale za to dużo odłożone na koncie, ot lubi "mieć", i jak już to jeździć bez przerwy na wczasy. Jak oponuję to mi powiedział: ok zmieńmy mieszkanie na większe ale pod warunkiem że no nie wiem...chyba sam będę na te wakacje jeździł bo twoja część pójdzie na dokładanie do wynajmu nowego lokum, bo mi na to szkoda kasy " ".
Nie zrozumcie mnie źle, ja nie jestem niewdzięczna, doceniam ciekawe życie, wyjazdy, ale uważam że to gdzie mieszkasz i jak, wpływa na jakość Twego życia. Czasem bardziej niż te wyjazdy. Dlaczego dusimy się w norce jak stać nas na lepiej, wygodniej. Nie potrafię zrozumieć postawy partnera i wpłynąć na niego.
Niedługo stracę cierpliwość i oddam " " swoją część przeznaczoną na dokładanie się do wakacji (czego on nie wymaga, ale ja to robię by mieć poczucie że wkładam coś, że nie jestem zależna). Tylko jak to będzie: będzie jeździł na te wakacje sam? Przecież jesteśmy parą, do czego to podobne...Samego mam go na wakacje wysyłać? Bez sensu.