Witam,
Jestem na II roku pielęgniarstwa ( studia dzienne ). Jak to się zaczęło? W drugiej klasie liceum jakoś tak zaprzyjaźniłam się z biologią, podobały mi się tajemnice ludzkiego ciała, zdecydowałam pisać z niej maturę. Kiedy przyszło do wyboru studiów zastanawiałam się nad farmacją lub dietetyką. Złożyłam więc podania i rozpoczął się okres wyczekiwania.
Kiedy sprawdziłam listy przyjętych i zobaczyłam, że jestem na rezerwowych i to gdzieś w środku - załamałam się. Pomyślałam, że poszłam do szkoły o rok wcześniej i w związku z tym mogę sobie ten rok darować - i po nim spróbować raz jeszcze.
Tutaj napotkałam negatywne komentarze rodziny. Stwierdzili, że jest wiele kierunków i na pewno coś znajdę. W wyszukiwarce pojawiło się pielęgniarstwo. Przyznam szczerze, że nigdy się nad nim nie zastanawiałam - nawet nie wiedziałam co dokładnie się tam robi. Niektórzy mają do tego zawodu tzw. powołanie - jeśli mam powiedzieć prawdę - nie czułam tego. Myślałam raczej: " To musi być podobne do fizjoterapii, pomaganie ludziom - brzmi spoko, w sumie... czemu by nie spróbować? Przecież tam też jest biologia."
Koniec końców - złożyłam podanie. Zostałam przyjęta bez problemu. Dodam, że zawsze chciałam studiować w większym mieście, a przyjęta zostałam w mieście oddalonym zaledwie 40 km od mojego domu. I tak postanowiłam, że wynajmę mieszkanie i chociaż trochę poznam studenckie życie. Tyle że w tym mieście mało jest studentów, uczelnia niewielka - dużo ludzi wraca do domów - mało kto wynajmuje mieszkanie. Mam wielu znajomych jednak poza uczelnią nie mam co robić gdy wracam do mieszkania. Czasem gdzieś wyskoczymy, ale nieczęsto.. Zazdroszczę moim znajomym którzy wyjechali dalej.
Ale do rzeczy
Po praktykach w szpitalu czuję, że to nie dla mnie. Lubię pomagać ludziom i cieszę się kiedy widzę, że ktoś ma dzięki mnie przyjemniejszy pobyt w szpitalu. Lubię też rozmawiać z pacjentami, robić niektóre zabiegi jak pobieranie krwi czy też EKG. Nie mam nic przeciwko ludziom z uczelni - są świetni. Jednak gdzieś głęboko mnie siedzi taki mały uparty ludek, który mówi mi " Ej Ty - chyba jesteś nie na miejscu!"
Szpital działa na mnie jakoś depresyjnie, ten zapach i atmosfera jest jakaś przytłaczająca. Nie podoba mi się to w jaki sposób traktują nas pielęgniarki z oddziału. Czuję, że trochę się marnuję, że to nie jest to czego oczekiwałam od studiów - nowych znajomości, rozwoju, zabawy. Uczę się na siłę, zdaję egzaminy jednak nawet się z tego nie cieszę.
Moi rodzice chwalą się mną wśród znajomych, wypytują o każdy swój problem - jakbym była lekarzem. To staje się denerwujące.
Zawsze lubiłam pisać, jestem typową humanistką jednak dla mojej rodziny ( dodam, ze nie pływamy w gotówce) humaniści to przegrani ludzie. Trzeba mieć dobry zawód i pieniądze - wtedy nie zginiesz. Gdybym teraz zrezygnowała - rozpętałabym piekło.
Zostały mi jeszcze 2 lata... Spróbuję jakoś je przeżyć ale nie wiem co dalej. Oczekują że pójdę na magistra, a ja chciałabym zacząć coś innego. Problem w tym, że nie wiem czego. Może psychologia albo dziennikarstwo. Czuję się jakbym była pacynką w teatrze, a ktoś z góry pociągał za sznureczki. Nie chcę tak dalej...
Jesli ktoś to przeczytał - dziękuję. Nie chciałam tak wylewać żalów, ale dłużej już tak nie mogę..
A może rezygnować już teraz?