Witajcie.
Zdecydowałam się zasięgnąć opinii u was, ponieważ nikt nie jest w stanie udzielić mi odpowiedzi, a tylko to mnie już męczy w mojej sytuacji.
Swą opowieść skrócę maksymalnie, coby was nie zanudzić. Poznałam go w liceum, zaczęliśmy być ze sobą po maturze, wielka miłość, zostawiłam dla niego chłopaka, z którym byłam 3 lata i snuliśmy plany na przyszłość mimo mojego młodego wieku. Nowa miłość coś przepięknego, uczucia jak nigdy przedtem, nawet się nie spodziewałam, że tak można kogoś kochać. Dodam z całą pewnością, że tak było i z mojej strony i z jego. Przecudowne 2,5 roku, wyjazdy w wakacje, ferie, poznanie rodzin. Nagle czuje, że coś jest nie tak, coś się zmieniło z jego strony. Ufam swojej intuicji i wiem, że dzieje się niedobrze. Pytam co się dzieje, w odpowiedzi słyszę, że nic, wszystko ok. Od tej pory sinusoida - raz czuły i kochający, raz nieobecny i chłodny. Ewidentnie widać, że dzieje się źle, więc ja drążę (lubię wiedzieć na czym stoję). Ciągle "wszystko ok", "wmawiasz sobie", itp. Chudnę, na niczym nie mogę się skupić, studia olewam, w pracy funkcjonuje jak zombie. W końcu nie wytrzymuje i mówię, że ma podjąć decyzje. Usłyszałam, że musimy zrobić sobie przerwę. Po tygodniu spotkanie, na którym słyszę, że nie jestem tym czego on szuka, że przez ten tydzień (!) stwierdził, że mu mnie nie brakowało. Byłam w szoku, jakby mi wbił nóż w serce. Pewnie większość osób z tego forum wie o czym pisze
Nie jestem osobą, która potrafiłaby błagać o miłość, więc nie mamy kontaktu. Po kolejnym tygodniu kolejny szok. Jakaś panna z jego uczelni oznacza go na zdjęciu... na wspólnym wyjeździe... Myślę sobie ok, wszystko jasne, dla mnie w sumie też zostawił poprzednią dziewczynę. Cierpię bardzo wiele miesięcy. Po pół roku dzwoni do mnie, że kocha mnie bardzo, że wie co stracił, że myślał o mnie każdego dnia. Wracamy do siebie, mówi, że z tą dziewczyną przespał się kilka razy, uczuciowo nic nich nie łączyło. Okazuje się, że podczas tej pół rocznej przerwy było kilka innych, niby tylko flirt, ale nie wierze do końca. Nie za bardzo nam się układa, po dwóch miesiącach znowu mnie rzuca, tym razem trochę przyznaję mu racji, bo nie potrafiłam zapomnieć o tym co mi zrobił. Więc myślę, kurde, moja wina, skoro się zdecydowałam do niego wrócić to powinnam mu nie wypominać i żyć dalej. Co się okazuje? Że powód był inny - kolejna laska. Usuwam go z FB, zrywam kontakt. W sumie to zawsze on zrywa kontakt, praktycznie bez wyjaśnienia, a ja nie usiłuje za bardzo się z nim kontaktować, bo jestem honorowa. Jakiś czas później poznaję kogoś, dobrze się rozmawia, spotykamy się coraz częściej, chłopak dość szybko się angażuje, ale ja działam powoli, nie chce aby było jak z exem. Niestety, tamten znowu się odzywa, na neutralne tematy, więc stwierdzam, że możemy normalnie pogadać, w końcu tyle nas łączyło, ja jestem zainteresowana kimś innym, może wśród tych wszystkich lasek nie ma takiej z którą może porozmawiać. Więc daje się zaprosić na piwo. I znowu teksty, że jak mnie zobaczył to wie co stracił i setki przepięknych słów, które jak słyszę to serce mi topnieje. Dodam, że cały czas go kocham. Więc wracam znowu. Przez rok super extra, ja już nie wypominam, chce żeby było dobrze, bo jesteśmy sobie na pewno przeznaczeni (
) Po prawie roku sielanki coś się zmienia... Sinusoida come back! Nauczona wcześniejszymi sytuacjami mówię, że wiem co się dzieje, że ma spier... i dać mi normalnie żyć. Dodam w tym momencie, że oprócz jednego spotkania nasze rozstania (a raczej rzucanie mnie) odbywało się przez smsy, bo nie miał nawet odwagi się spotkać i powiedzieć tego prosto w oczy. W tym momencie nie ma go w mieście, w którym mieszkamy, wiem, że jeszcze jakiś czas go nie będzie, dlatego tym razem ja piszę smsa. Chyba spływa to po nim jak po kaczce, bo nie widać aby go coś zabolało. Wiem, że wrócił do miasta, więc proszę o spotkanie, bo jednak przez smsy to nie jest dla mnie rozwiązanie. Mówię, że nigdy więcej nie chce od niego słyszeć, że mnie kocha, że wie co stracił i żeby się nie wpieprzał więcej w moje życie. Możemy mieć sporadyczny kontakt i nic więcej. Jak on mnie dwa razy zostawiał to była kompletna cisza miesiącami, teraz ruch był mój, więc mniej więcej co 3 tygodnie pisze do mnie "co słychać" itp. Wciąż kocham, ale nie mówię mu o tym, zależy mi aby naprawdę zniknął i dał mi żyć, bo nie jestem w stanie zaangażować się w kogoś innego. On też nic nie wyznaje, chyba uszanował moją prośbę i dał spokój w kwestii "miłości". Spotkanie na kawę w lato, słucham jak poznał tą, tamtą, wesela, imprezy, trochę boli, ale w sumie zaczynam mieć myśli, że jest niezbyt zdrowy na umyśle, bo sugeruje mi, że ze mną wszystko było najlepiej i najpiękniej, żadna inna mu tego nie dała. Kontakt jest sporadyczne, ale męczy mnie sytuacja, wiem, że powinnam zerwać ten kontakt zupełnie. Przed świętami proszę o spotkanie, mówię, że to nasze ostatnie, na poważnie, że pierwsze trzy lata były cudowne, ale to minęło i te nasze "co słychać" nie jest mi do niczego potrzebne. Wtedy olśnienie! "Ale jak to, my jesteśmy sobie przeznaczeni, nie udawajmy, że bez siebie też nam będzie dobrze", znowu bardzo przeżywam, bo jest dla mnie ideałem, ale za dużo się wydarzyło, nie potrafiłabym z nim żyć. Nie ufałabym już nigdy. Od tego niby ostatniego spotkania widzieliśmy się kilka razy, bo mnie uprosił (jestem chyba idiotką). Widzi mój opór, zawsze jak chciał wrócić leciałam jak na skrzydłach, a teraz.. nic... Obecnie jest taka sytuacja, że potrafi milczeć tydzień i nagle napisać mi "Chce abyś była szczęśliwa, ze mną", że będzie walczył, że to, że tamto... Potem tydzień absolutnej ciszy i nagle znowu takie wyznania.
Na koniec napiszę, że coś do niego jeszcze czuje, wiem, że on do mnie też, ale nie widzę absolutnie szans dla tego związku. Na pewno do niego nie wrócę i nie szukam u was pomocy w tej kwestii. Chciałabym tylko zasięgnąć waszych opinii o co tutaj chodzi, bo tak jak napisałam na początku - ani rodzina, ani znajomi nie potrafią wytłumaczyć co ten człowiek ma w głowie. Może on jest na coś chory? Skoro tak ze mną było wspaniale (a wierzę, że byłam dla niego wyjątkowa), to po kiego szukać wrażeń gdzie indziej? I to tyle razy? Można się pomylić raz... I raz bym wybaczyła, ale nie pozwolę sobie na kolejne zmarnowane lata.
Czytałam wiele historii na forum zanim tu napisałam. I wydaje mi się, że jego zachowanie jest hmmm... nazwę to "niestandardowe".
Bardzo liczę na wasze opinie, jak zrozumiem na czym to polega to uwolnię się całkiem z tej toksycznej racji. Z góry dziękuje ![]()