Cześć
obecnie przechodzę chyba zmianę w życiu. Za kilka miesięcy będę miała 25 lat. Kończę 1 stopień studiów 4 letnich. Za pół roku zaczynam 2 stopień. Skończę je w wieku prawdopodobnie 27 lat. Ale to nie jest problem.
Problemem jest to, że rok temu zachwiał mi się świat i od tej pory za dużo rzeczy analizuję, nie cieszę się życiem tak jakbym chciała.
Miałam problem miłosny, w który chyba za bardzo się zaangażowałam, a ta osoba mnie po prostu olała i uważała za przyjaciółkę.
Od tej pory nie mogłam się podnieść, cieszyć życiem. Robiłam wszystko aby pokazać że jestem lepsza, wyjeżdżałam, podróżowałam.
Poznałam wiele osób od tej pory. Jednak nawet nie cieszę się kiedy kogos spotykam. A wiem, że należy się cieszyć każdą chwilą w domu, z rodziną, ze znajomymi, bo mój czas na świecie jest krótki.
Problemem jest też to że nie mam chłopaka od dość dawna. Tak jakbym od zeszłego roku albo szukała na siłę, albo przywiązywała się do osób, które nie zwracają na mnie uwagi. Kiedy są do mnie miłę, akceptują mnie, ja automatycznie myślę, że coś między nami jest. A to tylko zwykłe koleżeństwo.
Wiem, że prawdopodobnie problem tkwi w moim patrzeniu na świat i jak to ma wszystko wyglądać. Zawsze się porównywałam z innymi. teraz każdy na spotkaniu albo siedzi na telefonie i smsuje albo na fejsie. Porównujemy swoje życie z innymi... To też mnie dopada, wstawiam zdjęcia , mam jakąś aktywność - ale już coraz mniejszą. Cieszę się z tego. Jednak nadal mam takie przeświadczenie, że gdzieś indziej jest lepiej. Ok byłam wiele razy za granicą, wiem, że jest lepiej. Ale ja tutaj mam przyjaciół, rodzinę, znajomych. Wiem, że np mogłabym wyjechać za pracą na pół roku w Polskę-apóźniej wrócić do siebie. Taka chwilowa zmiana i powiew świeżości każdemu dobrze by zrobił.
Jednak ja złapałam się na tym, że np czasem kiedy ktoś mi się spodoba automatycznie chcę tą osobę mieć dla siebie ( mimo, że ona się nie domyśla), czasem patrzę na jej profil, patrzę gdzie się dodaję. Nie zwracam uwagi na swoich znajomych, tylko 'szpieguję' takiego delikwenta. A później okazuje się, że on ma swoje życie a ja żyję jego życiem...
To wynika też z tego, że bardzo mało wychodzę przez ostatnie pół roku. Moje kontakty ze znajomymi raczej są tylko przez internet. Mam ciężki semestr, kończę studia i wiem, że teraz to jest okres przejściowy kiedy sama siedzę w domu i patrzę na znajomych na fejsie jak spędzają czas. A ja pracuję nad tym czego nie lubie, nad przedmiotami które MUSZĘ zaliczyć a nie CHCĘ. I to mnie dołuje.
Wiem, że mam robić swoje i sie od tego odczepić.
Jestem już zmęczona wszystkim. Nie cieszę się niczym. Udaję nawet przed sobą , że jest ok. Kiedy jestem taka osowiała mogę też zadręczać innych swoją osobą.. To mnie też denerwuje.
Czuję się tak,że gdzies jest lepiej. Że np ucieczka z mojego miejsca zamieszkania sprawi , że automatycznie znajdę gdzies przyjaciół. Mam znajomych tutaj, wiedzą, że mam sesję, pracuję. Nie mogę się pogodzić z myślą, że np większośc moich znajomych ma kogiś, że już się nie spotykamy tak często jak kiedyś. Ludzie mnie lubią, jestem towarzyska, otwarta- wiem to. Ale też w duszy czuje się strasznie samotna, szukam szczęścia dlatego też porównuję swoje życie do innych, chcę być tam gdzie inni, fajni ludzie są. Dlatego tak często wyjeżdżam, dlatego podróżuję, robię sobie kontakty, jestem naprawdę aktywna i ambitna. Ale nie potrafię chyba jakiejś głębszej relacji zawrzeć z drugim człowiekiem. Nie wiem dlaczego. Strasznie się boję odrzucenia. To mnie spotkało rok temu.
Dlatego chcę wszystko naprawiać- kiedy ktoś nie interesuje się mną tak jak ja nim- automatycznei zarzucam sobie że coś źle zrobiłam, że powinnam jezcze raz zrobić na nim lepsze wrażenie...To jest strasznie kiepskie. Tak jakbym nie mogła pogodzić się z tym, że ktoś może mnie nie chcieć. I automatycznie włącza mi się pstryk-ucieczka typu - nie chcesz mnie? to i tak nie będziemy utrzymywać nawet koleżeńskiego kontaktu, wtedy też wyjeżdżam, chcę pokazać jaka jestem fajna, bo podróżuję i zwiedzam.
SZKODA, ŻE SAMA. Lub z koleżankami ![]()