Cześć!
Zupełnie nie wiem, od czego zacząć, ale może przejdę od razu do sedna.
Mój problem polega na tym, że bardzo szybko i silnie angażuje się w każdą relację z nowo - poznanym mężczyzną. Dodam tylko, że zazwyczaj są to relacje w bardzo początkowej fazie rozwoju ( o ile w ogole) jakies relacji damsko-męskiej, a ja natychmiast zaczynam wyobrażac sobie 'ze to ten', fantazjuje i rozmyślam o potencjalnych wspolnych sytuacjach, mówiąc kolokwialnie - zwyczajnie za mocno się nakręcam. Poza tym, każda taka relacja kończy się u mnie porażką, albo facet mnie olewa/odpuszcza, albo w najlepszym wypadku trafiam do friendzone.
Na tyle, na ile staram sobie uzmyslowic/zidentyfikowac zrodlo tego problemu, to mysle, ze jest on złożony i ze zrodel jego moze byc kilka.
Po pierwsze fakt, ze pomimo swoich 25 lat, nigdy nie bylam w zadnym związku. Wynik tego jest taki, że mam w sobie strasznie silny głód miłości/czułosci i troski oraz akceptacji ze strony meżczyzny, a glod ten ciagle pozostaje niezaspokojony. Mysle tez, ze to rodzi we mnie lekka desperacje i usilna potrzebe bycia z kims/kimkolwiek.
Po drugie, niska samoocena i brak akceptacji samej siebie czy to na płaszczyznie fizycznej czy intelektualnej. Ogólnie bywaja lepsze i gorze dni, ale zazwczaj dopadają mnie mysli, ze jestem 'brzydka, nieatrakcyjna, glupia, mam trudny charakter i w ogole wszystko na nie' i 'że to nie przypadek,ze nikt mnie nie chce/nie chcial'.
Po trzecie, mysle, ze mam swietne predyspozycje do bycia 'kobietą, ktora kocha za bardzo', w kazdej mojej dotychczasowej relacji damsko-meskiej bardzo duzo z siebie dawalam, bardzo się starałam i ogólnie byłam za dobra/za miła i bardzo szybko rezygnowalam 'z siebie'. Oczywiscie bez wzajemnosci.
Wyczytałam gdzieś, że źródłem tego jest syndrom bycia 'niedokochanym dzieckiem' i mysle, ze w moim przypadku moze byc sporo racji w tym.
Bylam dosc 'poznym dzieckiem', z duzo starszym (bo o kilkanascie lat) rodzenstwem, ktore szybko wprowadzilo sie z domu, w skutek czego bywalam wychowywana troche jak jedynak. Poza tym rodzice w tamtym czasie rozkrecali swoja firme i siedzieli w niej od rana do nocy, wiec wychowywalam sie troche sama i wiekszosc dnia/ o ile nie cale dnie spedzalam sama w domu. Poza tym moje relacje z rodzicami, a zwlaszcza mnie jako nastolatki z ojcem byla dosc trudna, ze względu na jego despotycznosc, ciagla krytykę i stosowanie motywacji negatywnej (typu: 'jak Ci sie znow nie uda, to nie przychodz do mnie z placzem' itp.), ogólnie moi rodzice zawsze mieli tendencje do stawiania wysoko poprzeczki, krytykowania mnie a w najlepszym wypadku do 'milczącej aprobaty'.
Wszystko to razem wzięte, sprawia, że strasznie szybko się angazuję w kazda relacje z meżczyzną, doszukuje sie w nim potencjalnego kandydata na chlopaka/meza, robie sobie zludne nadzieje i potem mocno cierpie. Wiem, że jest to troche żalosne, bo czesto nie dochodzi nawet do 1 randki, chlopak jest po prostu mily, wykazuje odrobine zainteresowania (moze nawet niekoniecznie mną jako kobietą) a ja usilnie chcę zeby z tego wyszlo cos więcej, jestem niecierpliwa i do tego tak silnie 'nakrecam sie' we wlasnej glowie...
Nie bardzo wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzic i wreszcie nabrac do tego wszystkiego jakiegos zdrowego dystansu i nie popadac szybko w takie skrajności. Wiem, ze pewnie najlepszą opcją byloby pojscie do psychologa, ale na chwile obecną nie stać mnie na terapie. Staram sie sama jakos sobie pomoc, ale nie bardzo wiem, jak poradzic sobie wlasnie z takim 'niedokochaniem'? Będę wdzieczna za kazda uwage/sugestie, a moze znacie i polecacie jakaś ksiażkę dotyczącą tej tematyki?
Uff, rozpisałam się troche...
Pozdrawiam,
Coccinelle.