Witam wszystkich,
Postanowiłem napisać tutaj, na forum dla kobiet (?) (widzę, że nie tylko), po to by zasięgnąć opinii innych, bo wydaje mi się, że sam znalazłem się w jakiejś ślepej uliczce myślenia. Chwilowo nie wiem nawet od czego zacząć. Z góry przepraszam za długość historii, ale dużo się wydarzyło i nawet ogólnikowo pisząc będzie to długi tekst:
Dwa lata temu (szmat czasu jak na mój wiek- 21) wdałem się w mój pierwszy i dotąd jedyny związek. Z perspektywy tamtego czasu myślałem, że trafiłem na najlepszą dziewczynę jaką mogłem trafić. Nie miałem doświadczenia w związkach, a ona mnie prowadziła. Byłem nieco oziębły (teraz już jestem dużo bardziej swobodny, śmiały), a ona to przełamywała. Potrafiła mnie zachęcić do poczynienia kolejnego kroku. Miałem wrażenie, że naprawdę chciała być ze mną. Po prostu nawet jeśli ja byłem niepewny, to ona potrafiła to zniwelować, żebyśmy mogli iść dalej w tym związku. Nawet mimo, że ja studiowałem 130 km od naszego rodzinnego miasta, ale przyjeżdżałem w każdy weekend.
Aż do jej urodzin. Przychodząc do niej w przeddzień urodzin, poznałem jej nowego chłopaka, nie wiedząc dotąd, że już nie jesteśmy parą. Domyśliłem się patrząc jak się do siebie odnosili. To co wtedy poczułem nie wymaga chyba komentarza. Komentarza wymaga jednak największy błąd mojego życia: próbowałem później o nią walczyć. Nie poszedłem na te urodziny, ograniczyłem się jedynie do dania zakupionego wcześniej prezentu.
Wycofywałem się, z rozdartym sercem, ona niby udawała, że jej przykro, ale wyraźnie dawała do zrozumienia, że ma nowego. Do czasu aż tamten ją zdradził. Napisała do mnie, czy możemy "porozmawiać". Ja bardzo tęskniłem, mimo kilku miesięcy rozłąki. Wróciliśmy do siebie. Przez dwa tygodnie było wspaniale. Potem pojawiło się coraz więcej kłótni, punkt kulminacyjny (w pozytywnym sensie) czyli wspólny Sylwester. Potem odwiedził ją gostek, który zakończył nasz dawny związek. Nie mam na to dowodów, ale to zdaje się, że po tych "odwiedzinach" ona już wyraźnie zaczęła dążyć do końca naszego drugiego związku. To nastąpiło po moim powrocie. Kiedy byłem u niej, to jeszcze się do mnie tuliła. Wieczorem, kiedy myślałem, że kryzys został zażegnany, napisała mi przez gg, że to koniec. Krótko potem wróciła do "tamtego".
Tamten znowu ją zdradził. Znowu były różne obietnice z jej strony, ale tym razem efekt był podobny bez rozpoczynania "związku". Z niejednym chłopakiem jej się już nie udało przez ten czas, a wiele razy mi sugerowała, że "może powinniśmy dać sobie jeszcze jedną szansę". Kiedy natomiast chciałem się dowiedzieć czemu to wszystko robiła słyszałem (oryginalna pisownia): "bylo minelo, czemu taki jestes, ze ciagle mi to wypominasz -.- ?". Po tym wszystkim dla mnie to obrzydliwa hipokryzja. Raz czy dwa przez ten czas w ramach "zemsty" (jeśli prawdomówność można nazwać zemstą) wygarnąłem jej co myślę o tym zachowaniu i o takim traktowaniu mnie. To chyba jedyna dotąd "zemsta" na jaką sobie pozwoliłem przez ten czas. Tak, obraziła się, co dla mnie było niemożliwie śmieszne. Ona mnie zdradzała i zrywała nasze związki, a miała mi za złe to, że o tym mówiłem. Jakbym rozmawiał z kosmitką. Nie wspomnę co się jeszcze działo między nami przez tamten przeklęty rok (2013), choć nadmienię, że popełniła wobec mnie jeszcze kilka niegodziwości, które się normalnym ludziom nie śniły. Żeby było jasne, nie uważam się za świętego, ale naprawdę trudno mi znaleźć moment, w którym nie zachowywałbym się jak człowiek. Czasem zdesperowany, czasem wściekły, czasem szczery do bólu, ale ZAWSZE w ramach odpowiedzi.
Zanim powiecie, że jestem c*** (tyczy się rozmaitych "Alfa samców", którzy tutaj też zapewne występują) wiedzcie, że kiedy byliśmy ze sobą nie było tak, że byłem na każde jej skinienie; ustępowałem w wielu sprawach, bo ją kochałem, ale podnóżka z siebie nie dałem zrobić. Miałem własne życie, uczelnię, czas wolny. A teraz po co te powyższe wypociny? Myślałem, że wyzwoliłem się od tego beznadziejnego uczucia do niej. Jak patrzyłem na jej zdjęcie, nie czułem nic, a co najwyżej pomyślałem "lol, przytyła", czy coś w tym rodzaju.
Ostatnio znalazła sobie nowego chłopaka. Nie wygląda na szczególnie atrakcyjnego dla dziewczyn (choć nie mnie to oceniać), ale w odróżnieniu od innych "razów", po ponad roku (podczas którego co chwilę kogoś miała) spokoju wstąpiła we mnie dawna złość i chęć zemsty i od kilku dni dają o sobie znać... Mówienie prawdy wtedy nie było satysfakcjonujące. Ta wylewana złość szkodziła głównie mnie. A teraz, kiedy myślałem, że to minęło znowu się czuję jak w najgorszych dniach, kiedy to się działo realnie, wtedy. Tutaj przechodzimy z tematu "ona" do meritum, czyli właściwie do tematu "ja".
Przez ten rok (2014) i poprzedni "przeklęty" (2013) ja również nie próżnowałem, poznałem wiele dziewczyn. Jednak u mnie nigdy nie było happy endu- zawsze po jednym, dwóch spotkaniach w realu, czasem nawet bez tego dochodziło do kłótni o nic. Dosłownie. Tysiące wiadomości w obie strony przez kilka miesięcy i nieoczekiwanie, w ciągu 4-5 wiadomości atmosfera nagle się psuła i rozpoczynała się kłótnia. Potem już tylko dążyło to do końca, cała ta znajomość z osobna. Niezależnie czy szedłem na "starcie" i po prostu się kłóciłem, czy kiedy próbowałem wyjaśnić i zażegnać konflikt, który z mojego punktu widzenia wziął się bez powodu. Niezależnie czy zawsze się dogadywaliśmy (ja z daną dziewczyną) czy też nie.
Stąd moje dylematy: czy to problem leży we mnie, czy ja po prostu mam jakiegoś wyjątkowego pecha do dziewczyn? Jeśli we mnie, to jak to zażegnać? Zemścić się na ex, tym razem porządnie? Czy w ogóle się mścić? Jeśli tak, to jak, ja nie chcę wchodzić w konflikt z prawem z tego powodu, to więcej niż ona jest dziś dla mnie warta... ale jeśli zemsty nie będzie, to boję się, że nigdy nie zaznam pełnego spokoju i poczucia sprawiedliwości, które ja bardzo cenię. Wreszcie czy było warto kochać, dawać tyle szans?
Z góry dziękuję za odpowiedź.