Nie mogę się odnaleźć w życiu. Mam 23 lata i nie mam chęci do życia, czuje wewnętrzną pustkę.
Przyczyniają się do tego trzy sprawy.
Pierwsza to nie mam stałej pracy tylko sezonowo pracuję na budowie. Ukończyłem technikum gastronomiczne
i myślałem, że będę pracował w swoim zawodzie, ale po ukończeniu szkoły nie miałem pienię dzy
na szukanie pracy z zawodzie ,a mieszkam na wsi i u mnie nic na miejscu nie ma. Rok dosłownie
przesiedziałem w domu nie starając się znaleźć pracy gdziekolwiek. Później tata załatwił mi
prace u siebie na budowie. Przepracowałem 1.5 roku i odszedłem, bo już nie mogłem wytrzymać,
że pracuję bez ubezpieczenia zdrowotnego i w nerwowej atmosferze , a dla kogoś zawsze było
za mało zrobione. Przez 3 miesiące znowu nie pracowałem aż mi tata znowu załatwił pracę na budowie.
Po pół roku wracając z pracy tata się mnie spytał ile jeszcze zamierzam pracować na budowie bo
powinienem zacząć pracować, jako kucharz i po dwóch miesiącach znowu odszedłem z pracy.
Od października szukam pracy, ale jeszcze nie mam. Przez kilka dni nie mogłem się zabrać do
szukania, a jak już zacząłem szukać to ogarnął mnie jakiś strach, zwątpienie w siebie, że nie dam
rady pracować jako kucharz, bo nie mam doświadczenia.
Druga sprawa to nie mam przyjaciół. To zaczęło się w gimnazjum. Dojeżdżałem do większej miejscowości,
bo u mnie była tylko podstawówka ( tu było normalnie i nic nie wskazywało na to co będzie dalej).
Przez dwa lata było normalnie i dobrze zaprzyjaźniłem się z nowymi rówieśnikami.
W trzeciej klasie kilka osób zaczęło bez żadnego większego powodu się ze mnie wyśmiewać.
To była taka grupa, która wyśmiewała się ze wszystkich tylko, że we mnie jakoś to bardziej uderzało.
Najlepsze jest to, że Ci którzy przyszli ze mną razem z podstawówki, zaczęli mnie olewać, zostało
tylko kilka osób z którymi rozmawiałem.
Do technikum poszedłem, gdzie indziej. Całkowicie zmieniłem otoczenie. Ze starej szkoły
nikogo nie widywałem, bo nie miałem jak z jednej strony nauka, a z drugiej dojazdy do szkoły,
które zajmowały trochę czasu. Przez trzy lata technikum było super. Miałem dużo nowych znajomych.
W czwartej klasie stało się coś dziwnego. Na początku roku, było wszystko normalnie, a po dwóch
miesiącach z dnia na dzień zamknąłem się w sobie, przycichłem. Często zdarzało się, że przez
cały dzień z nikim nie rozmawiałem. Zauważyłem, że jak dobrze się uczyłem i ktoś miał z czymś
kłopot to przychodził do mnie. Pod koniec roku szkolnego to już tylko był temat egzaminów końcowych i tyle.
Czasem się zastanawiam, czy nie lepiej byłoby odpuścić sobie naukę i gdzieś wyjść.
Trzecia sprawa to to ,że przez całe życie nie miałem dziewczyny. Nawet się nie całowałem.
Ze znajomych to albo były już zajęte albo nie były zainteresowane. A z dziewczyn, które mnie
nie znały to jakoś zawsze bałem się zagadać. Zazwyczaj przy kimś nieznajomym nie wiedziałem co powiedzieć.
Wiem, że jestem młody i mogę wszystko zmienić tylko nie mogę się za siebie wsiąść.
Przez te wszystkie lata czuję, że zgorzkniałem w środku. Całe moje życie kręci się wokół braku
normalnej pracy, braku dziewczyny i przyjaciół.
Problem tkwi we mnie, bo boje się, ze nie podołam nowemu wyzwaniu. Nie potrafię nawiązywać nowych znajomości.
Zamykam się w sobie i z roku na rok jest coraz gorzej.
Kiedyś w drodze do pracy codziennie widziałem pewna dziewczynę i bardzo mi się spodobała. Odważyłem się
i powiedziałem jej, że mi się podoba. Nieważne, że nic z tego nie wyszło, ale moment jak jej to mówiłem
to było coś niesamowite i nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Poczułem, jak moje
skamieniałe serce bardzo mocno bije. Wtedy wspaniale się poczułem.
Chciałbym częściej się tak czuć.
Chciałem się po prostu wyżalić.
Może jest ktoś jeszcze kto sobie nie radzi w życiu.
Czekam na wasze odpowiedzi.