Witam, piszę tutaj bo nie mogę utrzymać tego w sobie, chcę się wyżalić.
Byłem z dziewczyną niecałe 4 lata, był to poważny związek. Mieszkaliśmy w sąsiednich miejscowościach, widywaliśmy się dwa razy w tygodniu, czasami i więcej. Moi rodzice traktowali ją jaką przyszłą synową, cała rodzina ją znała i lubiła. Przez okres wakacyjny około 3 miesięcy mieszkaliśmy razem za granicą, było świetnie.
Było... Jednak po powrocie wszystko runęło, jak domek z kart. Dziewczyna zmieniła się o 180 stopni, nie okazywała uczuć tak jak przedtem, łatwo można było wyprowadzić ją z równowagi, szybko się denerwowała co prowadziło do jakiejkolwiek kłótni z byle jakiego powodu. Nie powiem, ja też nie jestem bez winy, za granicą miałem się jej oświadczyć, jednak pojechałem tam pracować i zbytnio nie miałem czasu kupić pierścionka zaręczynowego. Ona o tym doskonale wiedziała o mojej pracy i, że mam zamiar się oświadczyć. Postanowiłem to przełożyć jak wrócimy do kraju, wybrać odpowiedni moment, wszystko przygotować, żeby to był dla niej wyjątkowy wieczór, który utkwi w jej pamięci na długie lata. Jednak jak wspomniałem po powrocie do kraju wszystko się posypało, do tego powiedziała mi słowa 'nie chcę od Ciebie już pierścionka, zbyt długo czekałam'...
W ciągu 4 lat mieliśmy krótkie przerwy, ale wracaliśmy do siebie bez żadnego szwanku, jednak ostatnio powiedziała mi, że 'nie wie czy wchodzić trzeci raz do tej samej rzeki' i potrzebuje czasu na poukładanie sobie wszystkiego. Pierwsze co przyszło mi na myśl to, że jej uczucie do mnie wygasło, skoro potrzebuje przerwy. Zrozumiałem i dałem jej czas do zastanowienia się czy chce ze mną się wiązać na dalsze lata. Nie pisaliśmy, nie dzwoniliśmy (po powrocie w ogóle mniej pisaliśmy niż poprzednio). Po kilkunastu dniach napisałem do niej prosty sms 'Chcesz być ze mną, odpowiedz?' odpowiedziała 'Teraz mam Ci odpowiedzieć? Na chwilę obecną nie wiem, mam mieszane myśli chcę i nie chcę'. Zrozumiałem, że nie chce skoro cały czas się zastanawia a ma czas na koleżanki itp. Więc sam powiedziałem, że nie chcę tego kontynuować i żyć w niepewności, że po miesiącu znowu mi powie, że 'chce i nie chce'. Przepraszała za to, mówiła, że kocha mnie nad życie, jestem najważniejszy itp. Po czym nastąpiła kilkugodzinna przerwa (4-5h) napisałem wieczorem 'Co robi?' a ona, że 'Myśli o nas', więc zadałem jej pytanie 'Masz mieszane uczucia co do nas znowu?' odpowiedziała 'Tak'... Bardzo mnie to zabolało, przepraszała za wszystko a po kilku godzinach znowu to samo... Postanowiłem, że to wszystko nie ma sensu, przedstawiłem jej wszystko jak to wygląda i przez 2 dni nie odpowiadałem na żadne sms, nie odbierałem. Napisała może około 200 sms, że przeprasza, że przyjedzie pogadać - do jej przyjazdu nie doszło nigdy w ostatnim czasie, tylko umiała to mówić i pisać, że pojawi się pogadamy w cztery oczy, co do czego okazała się gołosłowna. Po dwóch dniach odpisałem, wymieniliśmy kilkadziesiąt sms, było miło, zaprosiłem ją do mnie na noc, powiedziała, że przyjedzie i tego chce, pragnie się przytulić, porozmawiać. Wieczorem okazało się, że nie przyjedzie...
Kilka dni temu napisała do mnie sms typu 'powodzenia Ci życzę, żegnaj pa' i od tego czasu nic, zero kontaktu, wcześniej nie mogła wytrzymać dnia bez sms. Nie wiem sam co też mam myśleć, czy jest sens próbować dalej, czy nie? Była dla mnie oczkiem w głowie, co prawda nie okazywałem jej tego jak ją miałem, człowiek docenia dopiero jak wszystko się sypie i traci bliską osobę. Na pewno o niej szybko nie zapomnę, będzie tkwiła w moim sercu na bardzo długo. Staram się jakoś zabijać czas, robić cokolwiek by nie myśleć, ale się nie da.
Dowiedziałem się także, że Jej rodzina nie jest za mną. Powiedzieli, że 'ze mną niczego się nie dorobi, będzie klepać biedę' co mnie zatkało, wszystko dla niej robiłem, dla nich również byłem uczynny... Jeśli coś trzeba było to pomagałem, nie spodziewałem się po nich takich słów.
Przepraszam, że tak chaotycznie to napisałem, ale jestem roztargniony...