netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

10 lat razem...i koniec.

13 odpowiedzi4 573 wyświetleniazałożony przez tamta89, 04.12.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » 10 lat razem...i koniec.

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 14 ]

1

Temat: 10 lat razem...i koniec.

Witam,
Piszę do Was bo sobie nie radzę. Właściwie nie mam z kim obiektywnie porozmawiać. Bo albo jedni mówią: zobaczysz zmądrzeje, albo inni daj sobie spokój. A ja już sama nie wiem co mam robić. Może zacznę od początku. S. jest 4 lata ode mnie starszy. Zaczęliśmy ze sobą chodzić w sylwestra 2004/2005. Ja miałam 15 lat, on 19. Było fajnie, on był kochany, później było lepiej lub gorzej. W pewnym momencie, właściwie dość szybko uzależnił się od hazardu. Było bardzo ciężko, miałam już naprawdę dość. Ale przy nim trwałam jak skała. Próbował mnie zostawiać ze 3 razy po to żebym nie cierpiała, ale ja się nie dałam. I w końcu po ok. 2 latach sam zdecydował się na terapię. I od tej pory właściwie szło "z górki". Zaczął pracę, co roku jeździliśmy na wakacje, chodziliśmy do kina, restauracji. Namówiłam go na założenie firmy, która świetnie prosperuje. Rok temu postanowiliśmy razem zamieszkać. Całą zimę, tzn. nasze wspólne mieszkanie uważam za najcudowniejszy okres mojego życia. Dogadywaliśmy się, dzieliliśmy obowiązkami. Później w lecie musieliśmy zmienić stancję, więc po powrocie z wakacji przeprowadziliśmy się. We wrześniu postanowiliśmy w końcu zarezerwować salę na wesele. No i stało się. rodzina powiadomiona, termin zaklepany. I zaczęło się jakby psuć. Ale żadnych kłótni, nic z tych rzeczy. Właściwie to nie pamiętam kiedy się pokłóciliśmy. Po prostu zaczęliśmy się mijać. Prosiłam o rozmowę (niestety S. nigdy nie był osobą, która rozmawia o swoich uczuciach, ale ja to zaakceptowałam) i się nie doczekałam. I nadszedł czwartek dokładnie 3 tygodnie temu. Kiedy usłyszałam: już cię nie kocham, przepraszam ale to nie ma sensu. Świat mi się zawalił, nigdy nawet przez moment nie dopuszczałam rozstania do swojej myśli. Później zdobył się na rozmowę. Przepraszał, ale nie potrafił mi tego wytłumaczyć. Płakał. To był drugi raz kiedy widziałam jak płakał. To mnie zszokowało. Wyprowadził się, miał to przemyśleć, wrócił po tygodniu i powiedział, że nic się nie zmieniło. Więc po paru dniach ja się wyprowadziłam i od czwartku ja mieszkam w domu, a on na stancji. Kiedy się wyprowadzałam przyjechał po klucze. Widziałam przerażenie w jego oczach. Ale mówił, że nic z tego nie będzie. Teraz od poniedziałku jest na urlopie i wyjechał nie wiadomo gdzie. W pewnym momencie udało mi się od niego wyciągnąć zarzut, że mam ciężki charakter i za dużo na niego krzyczałam, a on sobie to przemyślał i ma dość. Ja też o tym myślałam i wiem, że ostatnio dużo krzyczałam, (ale to też nie tak, że wydzierałam się na niego. Podnosilam głos, tak), bo chyba czułam podświadomie że coś się dzieje i próbowałam go sprowokować. Takie koło zamknięte. Usłyszałam jeszcze, że "on mnie nie zadowala seksualnie, więc może będę miała takiego który mnie zadowoli". Ja mu tego nie powiedziałam. Fakt może nie zawsze było cukierkowo, ale ostatnio było naprawdę lepiej. Jedyny problem był taki, że przez 2 ostatnie miesiące byłam chora i ostatnie o czym myślałam to seks. A on chyba myślał, że to taka wymówka. Kiedy mu powiedziałam, że tak nie było to usłyszałam, że dopiero po stracie coś doceniamy. A to nie tak. Ja wiele robiłam dla tego związku. Codziennie obiady, sprzątanie, pranie, zakupy. A on praca, siłownia, granie w piłkę. Czekałam grzecznie w domu aż wróci. Prosiłam pójdźmy do psychologa, a on, że jemu się nie chce walczyć, że nie widzi nadziei. Nikomu nic nie powiedział, że ma takie plany, że o tym rozmyśla, a ja już naprawdę nie wiem co mam robić. I to nie jest tak, że zostawił mnie dla innej. Nie. Na koniec powiedział, że na ten moment on mnie nie kocha, ale nie wie co będzie jutro, po jutrze, za tydzień, miesiąc. Cały świat mi się zawalił.  Mam 25 lat i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie wiem czy mam mieć nadzieję, czy nie. Mam totalne wahania nastrojów. Raz siedzę i ryczę z czarnej rozpaczy, bo tęsknota tak bardzo boli, a innym razem zaczynam go nienawidzić. Raz myślę, że gdyby tylko zadzwonił to pofrunęłabym na skrzydłach, po to żeby zaraz pomyśleć, że ja nie wiem czy to miałoby sens żeby o to walczyć. Jedni przedstawiają mi tysiące przykładów związków, które się rozpadły po to żeby się szczęśliwie zejść. A inni (w szczególności moja mama) mówią, że skoro raz mnie tak bardzo skrzywdził to zrobi to znowu. Ja nie wiem co mam ze sobą zrobić. Choć wiem, że tego akurat nie mogę zrobić to jedynym sensownym wyjściem wydaje mi się pójść i rzucić się pod pociąg. I chyba dlatego postanowiłam do Was napisać.

2

Odp: 10 lat razem...i koniec.

10 lat to sporo to Twój pierwszy i zarazem ostatni związek, więc totalnie nie wiesz co się dzieje. Te emocje, które teraz z pewnością bardzo intensywnie odczuwasz z czasem złagodnieją. - mimo, że ciężko w to uwierzyć to wierz mi tak będzie. smile
Poczytaj sobie tutaj na forum historie dziewczyn, które też zostały porzucone, a były w wieloletnich związkach, część z nich ma nawet za sobą rozwody i co? Teraz są w szczęśliwych związkach, więc to jest na prawdę możliwe!

3

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Ha! Ja wiem, że z kim innym też jeszcze może być cudownie. Mimo wszystko znam swoją wartość. Tyle, że ja nie chcę. Z S. jest jeszcze taki problem, że ja sama wiem, że on jeszcze do końca nie wie co czuje. To jest człowiek, który nie potrafi rozmawiać, a już szczególnie o swoich uczuciach. Chyba zaczęło się to po zostaniu hazardzistą. A w dodatku u niego w domu nigdy o takich rzeczach się nie rozmawiało, więc nikt go tego nie nauczył. I wiem, że on coś do mnie czuje, tylko sam nie wie co. Ja rozumiem, że po tylu latach można się pogubić, nie wiedzieć czy to miłość czy już przyzwyczajenie. I wiem, że każdy związek przeżywa kryzysy, mniejsze lub większe. My kryzysu żadnego nie mieliśmy od wielu lat. Nawet nie pamiętam kiedy się pokłóciliśmy. Już teraz wiem też, że dawałam mu chyba "za dużo" miłości i mogłam go osaczyć. Teraz jestem na etapie wściekłości na niego, a wszechogarniającą tęsknotą i nadzieją. Raz tak, raz śmak. Wiem też, że nasz związek był również pierwszym dla niego i on może (i ma do tego prawo) się zastanawia jak byłoby z kimś innym (a nuż byłoby idealnie). Z drugiej strony zastanawiam się czy sama siebie nie oszukuję. Choć jestem pewna, że on też nie uporał się z tymi uczuciami. Mamy znajomego, który jest totalnie obiektywny w stosunku do nas (sam jest w nieformalnej separacji) i on też mi powiedział, że to aktualnie nie jest ten sam S. Jest przybity, zgaszony, jakby nieobecny. I nie wiem czy to jest zwątpienie czy niekochanie.

4

Odp: 10 lat razem...i koniec.

To co piszesz to jest zwykłe tłumaczenie go i usprawiedliwianie, szukanie winny w sobie też jest standardem w takich sytuacjach.
To normalne, że trzyma się Ciebie nadzieja w końcu 10 lat to nie tydzień.
Wahanie nastroju raz wściekłość, raz bezsilność też będzie się jeszcze utrzymywać pewnie przez jakiś czas.
Prawda jest taka, że teraz we wszystkim w każdym jego ruchu będziesz doszukiwała się potwierdzenia, że on żałuje etc.
A równie dobrze jego przygnębienie może wynikać z faktu, że wie co Ci zrobił, jakie zadał cierpienie, ale musiał tak postąpić, bo Cię nie kocha. Raczej o tym nie pomyślałaś prawda? Pierwszą myślą było, że się waha ma wątpliwości..
Wydaje mi się, że to jest całkowicie normalna reakcja przynajmniej na początku.
Jednak jeżeli jesteś pewna, że nikogo nie ma i, że to tylko wątpliwości to daj mu czas. Nie odzywaj się nie pisz, nie dzwoń, niech on sam dojdzie do takiego wniosku. W końcu to on Cię zostawił nie Ty jego.

5

Odp: 10 lat razem...i koniec.

O tym, że to wyrzuty sumienia są też myślałam. Na pewno ma wyrzuty sumienia, tylko właśnie nie wiem co przeważa. Nie szukam w sobie już winy. Wiem gdzie ja zawiniłam i wiem gdzie on zawinił. Wina leży po środku. Usprawiedliwiam go na pewno. W końcu tyle lat się o niego troszczyłam to i teraz nie jest mi łatwo go tak o wszystko obwinić. Powiedziałam mu, że ja go nie mogę i nie chcę zmusić do miłości. A później, że przez jakiś czas będę czekać, ale nie wiem jak długo. (Taka jestem konsekwentna tongue ) Od 5 lat zapuszczałam włosy i mówiłam, że zetnę po ślubie. Dzisiaj ścięłam. Tak ok. 40 centymetrów. Fryzjerka ścinała, a ja płakałam. Nie umiem przestać mieć nadziei. Tym bardziej, że jego zachowanie jest totalnie nieodgadnione. Nie zachowuje się jak facet, któremu ulżyło, że zakończył coś co i tak nie miało sensu. Raczej jego zachowanie wygląda tak jakbym to ja jego zostawiła. Co prawda nie wiem jak będzie się zachowywał jak już wróci z tego swojego urlopu, ale mówię ten znajomy mówił, że wczoraj z nim rozmawiał i nie jest normalny. Zapytał go :i jak tam?, a S na to: no a jak ma być? Przecież to 10 wspólnych lat... Muszę się z nim na dniach spotkać, bo zapomniałam o paru rzeczach, a raczej chciałabym je odzyskać. A no i nie mogę sobie chyba odmówić ciekawości, jak będzie wyglądała jego mina jak zobaczy mój nowy look smile

6

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Po prostu mu się znudziłaś i tyle. 10 lat związku, bez ślubu, ty byłaś jego praczką, sprzątaczką, kucharką, kochanką, sama piszesz, że wszystko dla niego robiłaś i starałaś się, byłaś za dobra po prostu i facet się Tobą znudził. Byłaś jak jego matka a nie jak dziewczyna, przyszła żona. Myślę, że on już do Ciebie nie wróci bo "swędzi" go do jakiejś nowej dziewczyny, żeby zobaczyć jak jest z inną. Ty już mu się opatrzyłaś. A że wygląda jakby cierpiał... myślę, że on udaje. Na pewno się cieszy, że się uwolnił z tego długoletniego związku i teraz sobie poszuka nowej dziewczyny, która wniesie trochę świeżości w jego życie. Ale może i dobrze się stało, bo tylko byś się męczyła z hazardzistą.

7 Ostatnio edytowany przez Himalaya (2014-12-04 23:48:24)

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Cześć tamta,
ja jestem z drugiej strony.
Tzn. ja zerwałam długoletni związek (połowa Waszego stażu, ale jak dla mnie też długo), a też mi ciężko. I nie czuję się wcale rewelacyjnie, uwolniona.
Ale sama nie wiem, czy to kwestia poczucia samotności, czy kwestia tęsknoty za nim samym.
Pozdrawiam
PS. i nie wydaje się, że musi być koniecznie tak źle jak opisuje to milosniczka.kawy, jakkolwiek oczywiście taki scenariusz też jest możliwy, ie znamy sytuacji a tyle aby to ocenić

8

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Witaj ICoTuYrobic i milosniczko kawy. Właśnie nie wydaje mi się, żeby to tak było. To nie jest ten typ faceta (właściwie to nie zdziwiłabym się gdybym to ja 1 sobie kogoś znalazła). Myślałam nad tym scenariuszem, ale nie jestem do niego w ogóle przekonana. Zapytałam go zresztą o to, czy teraz sobie będzie szukał nowej dziewczyny, jakie są jego plany. To powiedział, że nie będzie szukał, ale nie będzie się chował. W sensie, że zobaczy co czas przyniesie. Poza tym z tego co wiem, to w ciągu tych 3 tygodni (nie licząc owego urlopu) jego dzień wyglądał tak: praca, dom, wpadnięcie do mamy (która zresztą aktualnie podobno robi mu jazdy, więc pewnie nie prędko ją znowu odwiedzi) i praca, ot tak na chwilę, nawet jak nie jego zmiana, posiedzieć. I tyle.

9

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Nie radzę sobie... Boję się żyć....

10

Odp: 10 lat razem...i koniec.

tamta89, czytaj "chłodne rozstania" i dasz radę! czas pomoże!! też mi ciężko, ale musimy się trzymać jakoś...

11 Ostatnio edytowany przez tamta89 (2014-12-30 17:50:51)

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Nadal sobie nie radzę. Ciągle mam nadzieję, mimo że on powiedział, że jeśli ma mi być łatwiej to żebym nie czekała na niego. Bo on nie wie co czuje. On nie wie czy kocha, nie wie czy tęskni. A nawet jeśli to boi się, że będzie tak samo jak było i będzie nieszczęśliwy. "Na ten moment nie chce być ze mną, nie potrafi". Mówi, że jeśli chcę z kimś być to żebym była, żebym nie czekała na niego bo on nie wie jak to się skończy i nie może mi nic obiecać, a z drugiej strony przynajmniej na ten moment nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłabym być z kimś innym. Mówi, że jemu też nie jest łatwo. Jutro powinna być nasza rocznica. Nie wiem co mam robić. Czy powinnam jeszcze czekać na niego? Bo walczyć już nie mogę, bo nie mam już czym. Ale czy czekać jeszcze?

12

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Jak dla mnie nie czekać. Zająć się swoim życiem, bez niego.
Takie momenty jak rocznice itd są wyjątkowo trudne, ale dasz radę.

13

Odp: 10 lat razem...i koniec.

Autorko,
ciesz się, ze rozpadło się teraz a nie za kolejne 10 lat, tak jak u mnie, kiedy ma się dzieci i inne zobowiązania.

Podsumowując, ma już kogoś innego na oku, jest nowa krew. Wiesz co było twoim błędem-żyłaś nim, zatraciłaś siebie, był Cię pewien. Moja babcia mawiała-facetowi nie odkrywa się całej dupy, facet nigdy nie może być pewien kobiety na 100% że z nim będzie, musi zdobywać, zresztą odwrotnie jest podobnie.

Pomyśl sobie-debil, stracił taka fajna dziewczynę. I idź do przodu.

Posty [ 14 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » 10 lat razem...i koniec.

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026