Witajcie,
Jestem z moim chłopakiem w związku od 3,5 roku (i dla mnie i dla niego to 1 poważny związek), praktycznie od razu zamieszkaliśmy razem (zaczynał się okres studiów, na drugim końcu Polski). Nie pasujemy do siebie kompletnie, lubimy zupełnie odmienne rzeczy, jesteśmy tego świadomi... Jednak to co do niego czuję jest zbyt mocne, by działać racjonalnie. Kochałam i kocham go okrutnie i dotąd myślałam, że uczucie to jest w pełni odwzajemnione... Co prawda nie stara się o mnie jak dawniej, ale jednak... okazuje mi czułość w takim samym stopniu.
Pod koniec września zaręczyliśmy się - naciskałam, przyznaję... lecz to on pierwszy zaczął o tym wspominać.
Z początkiem października rozpoczęłam studia magisterskie w naszym rejonie, jednak kompletnie nie potrafiłam odnaleźć się w nowym środowisku i ze względu na nerwicę lękową popadłam w depresję i ze studiów zrezygnowałam.
W tym czasie mój N musiał jechać do miasta, gdzie wcześniej studiowaliśmy oboje (jemu zostało jeszcze tam pół roku), by załatwić sprawy na uczelni. Był tam tydzień.
Po tym czasie wrócił, ja stęskniona nie mogłam się od niego odkleić. Zawsze strasznie tęsknię i każda rozłąka, choćby 2dniowa to ciężki okres. Zauważyłam, że dołączyła do jego znajomych, na pewnym popularnym portalu społecznościowym, jakaś dziewczyna i dla żartów udawałam zazdrosną i pytałam kto to taki. Zbył mnie gładko.
Ale coś mi nie dawało spokoju, coś było nie tak...
Po około 2 tygodniach zapytałam się go ponownie kto to, wypytywałam co robił podczas pobytu w tamtym mieście. Rozmowa poszła jakoś prosto, zaczął mówić, że grał z ludźmi w wynajmowanym domu (gdzie wcześniej razem mieszkaliśmy, tam ponownie na ten tydzień wynajął pokój) w gry, pili alkohol i na koniec poszli wszyscy do klubu. Mówił, że tańczył z tamtą dziewczyną. Przy tych wyznaniach pocił się niemiłosiernie, jeszcze czegoś takiego nie widziałam, dosłownie krople potu zsuwały mu się po twarzy. Pocił się i mówił mi, że laska była podniecona (oO) i dyszała(!) do tego szukała jego ust. Nie chciał mi mówić "bo byłam w złym stanie". Pytałam się czy na pewno to tyle, czy nie chce czegoś dodać, czy to wszystko... okazałam niedowierzanie, że reaguje, pocąc się i śmierdząc strachem jakby coś zrobił, a przecież taniec to nie grzech... Przysięgał, że ją nie dotknął.
Cóż, wróciliśmy do dnia codziennego, ale myśl natrętna nie dawała mi żyć i żywiła się każdą spokojną chwilą. CZUŁAM, że coś tu nie gra.
Tymczasem kiedy jednego dnia popił (a raczej uwalił się w trupa) na jedną moją delikatnie wredną uwagę naskoczył na mnie jak dziki, wykrzykiwał bym "spierdalała" i "wynosiła się stąd", bo "nie może na mnie patrzeć"... coś tam jeszcze, ale już nie pamiętam, nieistotne co. Potem zabrał torbę z rzeczami i ruszył do samochodu pijany. Mówił, że nie zamierza nigdzie jechać, tylko spać w aucie, ale przezorny ubezpieczony, chyba po godzinie dopiero oddał mi klucz.
Następnego dnia przepraszał mnie sowicie, błagał o przebaczenie, na pytanie dlaczego - mówił, że chciał bym go znienawidziła... Nie znienawidziłam, przebaczyłam, po raz kolejny zresztą, choć ubodło, bardzo.
Nie od razu doszło do mnie o co chodzi z tym, że chce, bym go znienawidziła... choć wciąż miałam na uwadze tą spoconą twarz, w tamten dzień... dopiero konkretne podejrzenie padło na sugestię koleżanki.
Zapytałam się go czy się z nią całował. Już widziałam to spojrzenie. Spojrzenie przyłapanego psa. Niepewne nie. No, to już było wszystko jasne... zareagowałam bardzo emocjonalnie, najpierw płacz, potem razy w gębę. Praktycznie dostałam ataku. Nie chcę nawet pisać, co było dalej tego dnia. Jego w każdym razie posłałam w diabły i pojechał do koleżki.
To była najgorsza noc w moim życiu, nie mogłam spać, w głowie dosłownie mi huczało, myślałam, że do reszty zwariuję... To było okropne..
Następnego dnia, wieczorem, przyjechał, przepraszał, prosił o następną szansę, gadał, milczał, gadał... że to ona go pocałowała (ale odwzajemnił), po chwili dopiero ją odepchnął i powiedział, że nie może.
Stwierdziłam, że jadę do domu, że nie dam rady po prostu, że jeśli teraz okażę słabość i zostanę to sama siebie skrzywdzę.
Spakowałam się i poszłam na przystanek.
Przychodzi on.
Płakał gorzko, zanosił się płaczem, jak nigdy dotąd, wył właściwie, przepraszał i prosił o szansę...
Wiadomo chyba, że, po godzinie jakoś, uległam, ZNOWU. Tak właściwie zaczęłam go uspakajać, bo bałam się o jego serce (ma nadciśnienie i marudzi często, że go boli). Doszłam wtedy do wniosku, że nie mogę odejść, przynajmniej teraz, bo sama siebie bym tym ukarała... Bo choć nie mogę żyć z nim teraz normalnie, to bez niego byłoby mi dużo, dużo ciężej. Nie wiem, czy psychicznie bym dała radę. Zrobiłam to dla siebie. To słabość, wiem, straszna, ale ja już taka jestem... Jestem chora.
Wiem, że być może dla wielu z Was, które zostały zdradzone, w bardziej perfidny sposób, moja historia wydaje się dosyć błaha...
Tylko czy na pewno?
Przecież pocałunek to też zdrada. Brak lojalności. Tydzień rozłąki i takie coś... jak ufać? Zwłaszcza, że dziewczyna nie była jakoś specjalnie atrakcyjna.. Ale niemalże 2 tygodnie po oświadczynach?! PO CO TO BYŁO..
Najbardziej boli to, że okazałam się być tak głupia... tak straszliwie głupia, że zaufałam, otworzyłam się dla niego cała, calutka. Byłam mu zawsze wierna, choć pokus było wiele, zawsze miałam swoje zasady. Zasad się nie łamie.
Dotąd byłam święcie przekonana, że on także brzydzi się zdradą, zawsze tak o tym mówił, a ja naiwnie sądziłam, że ma podobne wartości, co ja.
I tak teraz siedzę... piszę, choć nie wiem czy ktoś zainteresuje się tematem... Potrzebuję rozmowy, pomocy, czegoś, cokolwiek... Nie daję rady, nie mogę spać, ciągle o tym myślę i już nawet płakać nie mogę... choć rozrywa mnie od środka łzy nie lecą za nic... Najgorzej jest wieczorem, w łóżku.. on mnie przytula, a ja myślę i myślę... te obrazy, wyobrażenia...
Nie jest mi z tym łatwo, a wiecie co jest najgorsze?
TO JA SIĘ TEGO WSTYDZĘ.