Hej, to będzie mój pierwszy post na forum. Chciałam Wam zadać pytanie, które może mi (a może nie tylko
) pomóc, mianowicie: jak osiągnęłyście samoakceptację i pewność siebie?
Czy niektóre z Was miały to od urodzenia, czy spadło to na Was niespodziewanie i nie zorientowałyście się nawet kiedy. Czy było spowodowane jakimś wydarzeniem w życiu? Czy może był to długi i mozolny proces z wzlotami i upadkami? Pytam się, ponieważ jakiś czas temu świadomie postanowiłam stać się pewniejsza siebie. Głównie pod wpływem nasilenia się problemów osobistych. Czasem są dni, że wszystko idzie dobrze i widzę postępy, a czasem łapię strasznego doła. I wtedy znów przychodzą złe myśli i trochę mnie to demotywuje do dalszych starań. Bo skoro było lepiej i znów jest źle, to coś robię nie tak. Ciekawi mnie bardzo, jak to wyglądało u Was? Czy może jestem za bardzo niecierpliwa, że chciałabym już i teraz, a na to trzeba poczekać?
Dzielcie się swoimi spostrzeżeniami, chętnie posłucham ![]()
1 2014-11-29 21:32:17 Ostatnio edytowany przez dancebelly (2014-11-29 21:33:39)
Podobne tematy
Niestety ale na efekty trzeba czekac, ja mialam okropne kompleksy, uwiezylam w siebie, oczywiscie jak kazdy lapie czasem dola i uzalam sie nad soba i wlasnym zyciem ale chwile pozniej mi mija i wszystko jest ok. Moje kompleksy skonczyly sie wizytami i psychologow a nawet psychiatry, teraz codziennie kiedy wstaje i patrze w lustro, widze efekty mojej pracy nad soba, mowie sobie ze jestem ładna itd.. Trzeba duzo nad soba pracowac zeby widziec efekty i zaakceptowac/pokochac siebie- pierwsze moje myslenie kiedy wchodzilam na droge do samoakceptacji, mowilam sobie ze taka sie urodzilam,nic juz nie zmienie i wazne zebym sie sobie podobala a nie innym, to dalo mi duzo pewnosci siebie :-)
3 2014-11-30 01:05:07 Ostatnio edytowany przez dancebelly (2014-11-30 01:17:23)
A tak konkretnie, ile czasu musi upłynąć od postanowienia do osiągnięcia satysfakcojonującej samoakceptacji? Wiem, że to pytanie brzmi dosyć głupio i zależy to w dużej mierze od człowieka, ale tak statystycznie Ja niestety mam tendencję do zrażania się, jak coś idzie nie po mojej myśli.
Kochana! samoakceptacja i pewnosc siebie nie oznaczaja ze nie bedziesz lapala dolow. to jest zycie, kazdy czasami musi zlapac chandre, pouzalac sie nad soba. to wcale Nie oznacza ze nie robisz postepow! u mnie bylo troche inaczej.. tez mialam Kompleksy dotyczace mojego wygladu, charakteru i w ogole. zmienilo sie to kiedy musialam wyprowadzic sie z rodzinnego domu i zwalila sie na mnie lawina problemow. wtedy stwierdzilam ze naprawde mam wazniejsze sprawy na glowie niz przejmowanie sie opinia innych. jak cos komus nie odpowiada to zegnam ![]()
Fajny temat
. Mnie zainspirowały ku temu slowa Pani psycholog, które usłyszałam w telewizji, Lubię i interesuję się psychologią pozytywną, zaczęłam czytać, oglądać i wdrażać w życie
Naprawdę warto, choć to fakt. że każdy miewa czasem gorsze momenty
Ale kiedy znajdziemy motywację, inspirację to wtedy jest nam łatwiej, Musimy mieć coś takiego by po to sięgać
i pielęgnować miłość do siebie
)).
Tez przez kilka lat nie umialam zaakceptowac samej siebie. Czasami nie umialam patrzec w lustro. Wrazliwa, naiwna, wiecznie krzywdzona przez ludzi. Czulam sie nie potrzebna.
Co zrobilam? Staralam sie widziec w sobie pozytywy. Na poczatku bylo trudno, nawet bardzo. Ale po kilku latach stwierdzam, ze ide do przodu. Ze juz nie stoje w miejscu. Stalam sie silniejsza, zaczelam tez dbac o siebie i zdrowie( zawsze mialam nadwage i tak naprawde to mi bylo najciezej zaakceptowac, wiec dieta, chodze na silownie, co stalo sie pasja). Znalazlam prace, w ktorej sie odnajduje, bo wiem, ze swoja praca robie cos dobrego i znalazlam milosc, w koncu, szczera, prawdziwa, gdzie jestem akceptowana taka jaka jestem i taka mnie kocha. Ja zaczelam kochac siebie troche wczesniej niz poznalam swojego chlopaka, teraz on mi poprostu ulatwia sprawe, wiem, ze w koncu jestem tego wszystkiego warta.
U mnie samoakceptacja trwala ok 8lat heh, wiec ciezka praca, baaardzo. Ale widze jej skutki i lubie juz na siebie patrzec
Witaj. Samoakceptacja jest tematem bardzo bolesnym dla wielu kobiet, szczególnie dla kobiet obciążonych różnymi problemami. Ja z akceptacją samej siebie walczę tak naprawdę do teraz, i nie mogę sobie poradzić w 100%. W życiu każdej kobiety jest taki moment "poszukiwania siebie" lecz nie każda kobieta, w okresie swojego dojrzewania odnajduje tę właściwą "siebie". Wiele z nas tak naprawdę staje się kimś (zupełnie nieświadomie, myśląc, że tak jest dobrze), kto zostaje napędzany przez środowisko w jakim żyje. Moim problemem w samoakceptacji jest przede wszystkim to, że nie mogę zawsze do końca być sobą. Najgorszym jest hamowania i gaszenie samego siebie, ale niestety są takie środowiska, w których trzeba mieć oczy dookoła w głowie, a nasze pewne cechy nie są stosowne do miejsca, ludzi czy środowiska w jakim się znajdujemy. Bycie kimś, kto tak naprawdę jest stworzony przez nas na potrzebę otoczenia w jakiś sposób jest fałszem, ja właśnie tak to dostrzegam ale jednocześnie wiem, że w wielu społeczeństwach w naszych czasach naprawdę mimo silnej chęci, nie da się inaczej. Od zawsze czułam do siebie odrazę i walczyłam ze sobą. Jednego razu przegrałam tę walkę i popadłam w otyłość, z której bardzo ciężko było mi się wydostać. Nie byłam akceptowana przez swoich rówieśników, rodzinę ani znajomych. Ludzie odsuwali się ode mnie i zwracali tylko wtedy, gdy sami tego potrzebowali. Od dwóch lat jestem w szczęśliwym, pełnym miłości związku ale mimo tego, dalej poszukuję samej siebie. W jego obecności czuję idealna i dopracowana w każdym calu, mimo, że jestem osobą absolutnie nie łapiącą się w te kryteria. Czuję jego miłość, która otacza mnie jak delikatne ciepło promieni słonecznych naszą Ziemię gdy budzi się nowy dzień. Przy nim jestem sobą i niczego nie muszę udawać, to jest najważniejsze. Dlatego mimo iż dalej błądzę i szukam to mam takie chwile, w których uśmiecham się do siebie i mówię sobie "to jest właśnie to, jesteś szczęśliwa" ale każda przyjemna chwila kiedyś się kończy i zaczyna się szara rzeczywistość, w której na nowo muszę hamować siebie ale i przede wszystkim swoje uczucia. To tak jakby ktoś młodego wilka zamknął w klatce i kazał siedzieć w jednym miejscu, gdy tego rozpiera energia. Ja obawiam się, że to nigdy już się nie zmieni...
8 2014-12-02 22:44:34 Ostatnio edytowany przez dancebelly (2014-12-02 23:22:17)
mery90: Z jednej strony jest to trochę przytłaczające, że 8 lat Tobie zajęła samoakceptacja, a z drugiej pokrzepiające, że skoro po paru miesiącach mi jeszcze nie wychodzi, to nie ma się czym dołować
. Ale masz to szczęście, bo jesteśmy w podobnym wieku, a Ty już kończysz ten proces, a ja dopiero zaczynam. No ale lepiej późno niż później
.
lysia: Powiem Ci, że Cię rozumiem. Ja też mam problem w poszukiwaniu tej prawdziwej siebie, nie obciążonej ciągłym staraniem się, żeby inni mnie polubili i zaakceptowali. Niestety mam wpojone jeszcze z wczesnego dzieciństwa, że o miłość i uznanie muszę zabiegać i stale to robię. Niedawno odkryłam, ze zupełnie zatraciłam w tym siebie. Wszystko co robiłam było nakierunkowane na innych, a ja tak naprawdę nie mam pojęcia jaka jestem, oprócz tego, że do tej pory uważałam, ze na pewno nie wystarczająco dobra.
I też fajnie, że znalazłaś tą drugą połowę, która cię wspiera. Ja niestety często mam obawy, że jej nie spotkam lub nie będę w stanie jej zaufać lub będę za bardzo zazdrosna. Chociaż bardzo bym chciała kogoś mieć, gdy tylko się pojawi ktoś, kto mnie chce poznać, uciekam. I też mam obawy, że przez mój wrażliwy i lękliwy charakter będę miała problem, żeby być szczęśliwą. Mam tylko nadzieję, że to się da przełamać i zmienić się, w moim przypadku, w znacznym stopniu ![]()
I jeszcze mam takie pytanie, czy miłość rzeczywiście zmienia widzenie świata? Bo czasem czuję jakbym żyła jakimś niepełnowartoścowym i niepełnym życiem bez miłości. Przynajmniej tego mnie komedie romantyczne nauczyły ![]()
lysia: Powiem Ci, że Cię rozumiem. Ja też mam problem w poszukiwaniu tej prawdziwej siebie, nie obciążonej ciągłym staraniem się, żeby inni mnie polubili i zaakceptowali. Niestety mam wpojone jeszcze z wczesnego dzieciństwa, że o miłość i uznanie muszę zabiegać i stale to robię. Niedawno odkryłam, ze zupełnie zatraciłam w tym siebie. Wszystko co robiłam było nakierunkowane na innych, a ja tak naprawdę nie mam pojęcia jaka jestem, oprócz tego, że do tej pory uważałam, ze na pewno nie wystarczająco dobra.
I też fajnie, że znalazłaś tą drugą połowę, która cię wspiera. Ja niestety często mam obawy, że jej nie spotkam lub nie będę w stanie jej zaufać lub będę za bardzo zazdrosna. Chociaż bardzo bym chciała kogoś mieć, gdy tylko się pojawi ktoś, kto mnie chce poznać, uciekam. I też mam obawy, że przez mój wrażliwy i lękliwy charakter będę miała problem, żeby być szczęśliwą. Mam tylko nadzieję, że to się da przełamać i zmienić się, w moim przypadku, w znacznym stopniuI jeszcze mam takie pytanie, czy miłość rzeczywiście zmienia widzenie świata? Bo czasem czuję jakbym żyła jakimś niepełnowartoścowym i niepełnym życiem bez miłości. Przynajmniej tego mnie komedie romantyczne nauczyły
dancebelly: Doskonale znam twój ból i gdzieś tam w środku żal, ogromny żal do samej siebie. Ja trafiłam do środowiska idealnego (ich zdaniem oczywiście) i właśnie taka muszę być, idealna. Zawsze muszę być krok przed tymi ludźmi by wyprzedzić wszystkie ich "ale", "za" czy "przeciw". Jestem człowiek ukształtowanym niedoskonale i jest wiele rzeczy, które mnie tutaj męczą. Byłoby zupełnie inaczej, gdyby nie była to rodzina mojego partnera. Muszę na okrągło zagryzać zęby i tak naprawdę nie mogę pozwolić sobie na bycie sobą w 100% ponieważ zawsze dostałam za to przysłowiowo "po łapach". Ciężko jest mi wyprzedzić ich o jeden krok ale staram się jak tylko mogę by wszystko było tak dopracowane. Niestety nigdy nie byłam, nie jestem ani nie będę człowiekiem idealnym. Powiem szczerze, że nie chcę być nawet taka bo nie jest to zgodne z moim wnętrzem. Lubię poprawiać niedoskonałości, ale na wszystko potrzeba czasu. Podnoszę się zawsze kiedy dostanę po kłębie, tylko że, zaczyna brakować mi już sił. Miałam i mam bardzo trudną sytuację z moim rodzicami i to naprawdę nie jest dla mnie łatwe być zupełnie kimś innym. Ja nie mogę pozwolić sobie na błąd - bo mój błąd to koniec świata i dobra wymówka by uprzykrzyć mojemu M. życie (przez jego mamę czyt. zagadanie go jaka ja zła, niedobra itd.). Nie mogę pozwolić sobie na ból ponieważ od razu jest postawione z góry "Wiesz, że twoja dziewczyna znowu się ze sobą pieści?" - bo coś mnie boli, dlatego przestałam o tym mówić. Wiele razy słyszałam "Miałam pacjentkę w identycznej sytuacji z rodzicami jak ty. Jest na takich antydepresantach, że głowa mała." - A JA DO CHOLERY NIE MOGĘ, PO PROSTU NIE MOGĘ. Tylko obawiam się, że jak wszystko pójdzie sobie w jasną cholerę to nawet antydepresanty w niczym mi nie pomogą...
lysia: rzeczywiście nieprzyjemna sytuacja, kiedy rodzina Twojego partnera jest Ci nieprzychylna. Rozumiem, że jesteście w bliskiej relacji z teściami i nie macie możliwości się rozdzielić? Wydaje mi się, że tutaj jest duża rola partnera, żeby potrafił się za Tobą wstawić i nie dopuszczać do sytuacji, w których będziesz się czuła niekomfortowo.
Od dziecka byłam pulchnym dzieckiem z którego inne się śmiały, wyzywały, odrzucały z grupy i wszystko co wiąże się z byciem grubą. Pod koniec gimnazjum to się troszkę zmieniło bo zaczęłam się kumplować z bardzo szanowanym w klasie chłopakiem (łączyła nas muzyka, której słuchaliśmy i dużo rozmawialiśmy ze sobą) i inni nagle zobaczyli, że skoro on ze mną gada to może faktycznie da się ze mną gadać. Jednak to nie bardzo wpłynęło na poprawę mojej samooceny. Później było LO. Pierwszy chłopak więc troszkę lepiej z samokrytyką ale wiąż bardzo na "NIE". Dalsze etapy to studia, gdzie też zawsze chowałam się pod dziwnie, wielkimi ubraniami, tak jakby z góry był mi przypisane. Był też drugi chłopak ale to znów praktycznie nie wpłynęło na moje postrzeganie siebie...
Wszystko się zmieniło dopiero gdy zakończyłam ten związek i nie chciałam wchodzić w żadną relację, można powiedzieć, że gardziłam mężczyznami, nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego. Imprezowałam z dziewczynami z mieszkania, dużo się bawiłyśmy, trochę zmieniłam styl ubierania (zobaczyłam, że w cale nie jest ze mną tak źle jak myślałam), robiłyśmy sobie jaja z facetów, nie traktowałyśmy ich poważnie.
I się zaczęło...Kiedy ja odpuściłam, nie zależało mi na związkach to nagle faceci zaczęli zakochiwać się, zabiegać, chcieli być ze mną w związku i wtedy spojrzałam na siebie pierwszy raz w życiu inaczej, że mogę się komuś podobać, że to nie ja zabiegam o faceta a on o mnie, że nie muszę brać wszystkiego na poważnie.
I w cale nie byłam piękniejsza niż wcześniej! Po prostu odzyskałam większość pewność w rozmowie, trochę żartu, czasem flirt.Naprawdę wygląd nie ma znaczenia jak się okazuje tylko jak się ze sobą same czujemy.
Ja niestety nigdy w pełni siebie nie zaakceptowałam. Mam momenty kiedy wydaje mi się, że jestem w pełni sobą i jestem zadowaolona ze swojego życia, ale momenty nie tyle doła, co stany depresyjne. Trwa to kilka tygodni. Myślałam nawet nad terapią...
Myślę że zanim zacznie się pracę nad samoakceptacja ważne jest uzmysłowienie sobie skąd to się wzięło, ten brak akceptacji. Przecież nie rodzimy się z tym. Małe dziecko akceptuje siebie w całości, akceptuje wszystkich ludzi, bez względu na to jak wyglądają . W miarę dorastania to inni mówią nam co jest piękne, co jest ładne, co jest , brzydkie , a co nie akceptowane. Dopiero na bazie tego co nam wtłoczono wyrabiamy sobie własne zdanie. zawsze to co nam mówiono będzie wisieć nad nami, tylko ze nie zdajemy sobie z tego sprawy i im inteligentniejsxs osoba tym większy wpływ .
Ja myślałam że jestem wolna od tych obciążeń i tak było, w przypadku innych, ale o sobie nadal myślałam tego co mi wtłoczono. To co u innych było drobną wadą , którą odpuszcałam bez mrugnięcia okiem u siebie nie akceptowalam. U innych podziwiałam jak zdobyli małą górkę , a nie zauważyłam że właśnie stoję na szczycie jednego z osmiotysięczników. Mój brak akceptacji był spowodowany :
1. Nierówne kryteria oceny mnie i innych.
2. Na siebie patrzyłam oczami innych.
3. Porównanie to zmora , niestety czasem dokonywane nieświadomie.
4. Brak zaufania do siebie.
Pewnie było jeszcze więcej powodów, ale na teraz tyle . Nie możliwością było zaakceptowanie siebie z takimi obciążeniami.