Cześć ![]()
długo zastanawiałam się czy to dobry pomysł dzielić się publicznie swoimi problemami. Przeglądałam to forum niejednokrotnie i zauważyłam, że osoby udzielające się na nim są naprawdę wspaniałymi ludźmi i zawsze starają się coś doradzić. Dlatego dzisiaj postanowiłam zamieścić wpis i podzielić się z Wami moja historia (chociaż może ta HISTORIA nie jest do końca trafionym słowem).
Przestaję sobie radzić sama ze sobą. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że jestem częścią jakiegoś błędnego koła. Mam (już? dopiero?) 21 lat i czuję jak przegrywam życie. Życie, które 7-8 lat temu tak naprawdę jeszcze się nie zaczęło a już się skończyło. Był to moment kiedy poszłam do gimnazjum. Mówiąc w skrócie miałam problemy z rówieśnikami. Dokuczano mi psychicznie, byłam wyśmiewana, przezywana.............. Powodem takiej sytuacji było to, że byłam "przy kości" - ale nie otyła. Pamiętam jak wiele nocy wtedy przepłakałam i jak bardzo nie chciałam chodzić do szkoły ale innego wyjścia nie miałam. Sprawa dość szybko bo chyba po 3-4 miesiącach (po części, bo przyciśnięta do muru dostarczyłam rodzicom zupełne minimum informacji) wyszła przez przypadek na jaw i została zamieciona pod dywan. I jakoś to gimnazjum przetrwałam. I co z tego. Krążyłam przez te trzy lata dom-szkoła, szkoła-dom. Umarło zupełnie moje życie towarzyskie. Wtedy miałam może 2-3 koleżanki, ale głownie spotykałyśmy się w szkole, sporadycznie zdarzyło się wyjść razem na dwór po lekcjach.
Przez wakacje schudłam i nie mogłam doczekać się kiedy pójdę do liceum. Czas oczekiwania był nie do zniesienia. Te kilka kilogramów mniej dodało mi pewności siebie. Liczyłam, że poznam wiele nowych ludzi, będą nowe przyjaźnie. Wszystko miało wrócić "do normy". Na początku nawet wróciło. Jak ja się z tego cieszyłam.Stworzyliśmy taką małą paczkę i czasami wyskoczyliśmy razem na miasto. Po jakimś czasie czar prysł. Wróciło wszystko do punktu wyjście, z małą tylko zmianą - miałam już tylko jedną koleżankę, zmieniło się też to, że po szkole w ogóle się nie spotykałyśmy. I pojawiła się ta dobrze znana mi myśl, przeczekaj to liceum pójdziesz na studia, poznasz nowych ludzi, będą nowe przyjaźnie. Przeczekałam.
Zdałam maturę, wybrałam kierunek i z tym samym optymistycznym nastawieniem co 3 lata wcześniej zaczęłam naukę na studiach. Kolejne rozczarowanie. Bliższe relacje nawiązałam może z 5 osobami. Niestety należeliśmy do innych grup, więc spotykaliśmy się tylko na niektórych przerwach, resztę czasu spędzałam samotnie (jak wcześniej) włócząc się po korytarzach. Nie wytrzymałam tego i po pół roku zrezygnowałam ze studiów. Z tak głupiego powodu jaki jest samotność na uczelni. Oczywiście nikomu nie podałam prawdziwej przyczyny rezygnacji, coś nazmyślałam, że mi kierunek nie pasuję, że wolałbym studiować coś innego. Nie czułam się tam dobrze.
Kolejne rozczarowanie. Tu już zostałam zupełnie sama.
Od nowego roku akademickiego zaczęłam nowe studia, zupełnie inny kierunek na innej uczelni. Z ta sama głupią nadzieją, po raz trzeci podchodziłam do tego samego. Nowe miejsce, nowi ludzie, bla bla bla..................
Dzisiaj jestem na drugim roku. Abstrachując od tego jaki był powód zmiany kierunku studiów była to bardzo dobra decyzja.
Na uczelni jest w porządku. Mam koleżanki, w trakcie przerwa gadamy, śmiejemy się. Poza szkołą nie ma nic. Zupełna pustka.
Z tą pustką właśnie nie daję sobie rady. Zazdroszczę ludziom, którzy mają swoje paczki, umawiają się do kina, na kręgle, bilard, chodzą na imprezy, robią grilla latem, wyjeżdżają na wakacje, spotykają się żeby pogadać, napić się piwa
. A jak wyglądają moje weekendy czy wakacje. Od tych kilku lat ciągle tak samo. Siedzę sama w domu, z książką, telewizorem, komputerem i o zgrozo z jedzeniem, samotnie jeżdżę na rowerze. Jakiś ewentualny wyjazd nad morze, jezioro tylko z rodzicami. Pamiętam jak zawsze bałam się i nadal boję pytań: Jak tam weekend? Co robiłaś w weekend/wakacje? itp. Nic nie mam do powiedzenia. Wstydzę się tego. Wstydzę się swojej przeszłości, samotności. Chciałabym mieć swoich przyjaciół, mieć chłopaka (bo nigdy nie miałam), wspólnie spędzać czas. Jak każdy, młody człowiek i niczego już więcej nie żałować.
Jest we mnie chyba jeszcze jeden problem. Nie akceptuję siebie, swojego wyglądu. Nie lubię patrzeć na odbicie w lustrze. Mam 180 wzrostu i ważę 81 kg !!!! (przed wakacjami było 75). Wiem i zdaję sobie z tego sprawę, że to wszystko moja wina. Ale jedzenie jest dla mnie jak narkotyk. Od pół roku mam takie napady, że nie potrafię się powstrzymać. Zjadam wszystko co mi się nawinie i nie kontroluje ilości. Najlepiej tak, żeby nikt nie widział nadprogramowo pochłoniętego jedzenia. Po tak sutej uczcie przychodzą okropne wyrzuty sumienie i postanowienia od następnego dnia diety, która i tak przeważnie kończy się obżarstwem. Im więcej myślę o swoim beznadziejnym życiu tym więcej jem. Przez to jak wyglądam czuje się bardzo niepewnie.
Tak bardzo chciałabym schudnąć ale nie mogę, każda próba diety kończy się fiaskiem (zdrowej diety wraz z aktywnością fizyczna, nie jestem zwolenniczką głodówek i diety cud).
Chciałabym cofnąć czas. Może gdyby w gimnazjum było normalnie teraz byłabym szczęśliwą dziewczyną? Wydaje mi się, że tak.
Wiem też, że na zmiany nigdy nie jest za późno i że wiele rzeczy zależy od nas. Ja właśnie takie zmiany w swoim życiu chciałabym wprowadzić tylko nie wiem od czego zacząć. Jak ruszyć z miejsca. Jak pozbierać się do kupy. Jak otworzyć się na ludzi i gdzie ich poznać.
P.S. Pisząc to czuje się trochę winna, że będąc osobą zdrową, mająca małą, ale fajna rodzinkę, narzekam na takie błahe sprawy, al ludzie naprawdę mają dużo poważniejsze problemy niż ja.
Wyszło z tego niezłe wypracowanie, a mnie zrobiło się nieco lżej na sercu jak z siebie to wyrzuciłam.
Pozdrawiam Was cieplutko ![]()