Witam Was,
Jestem z Wami od dość dawna ale chcę być "anonimowa" jak chodzi o ten temat. Temat rozległy, długi, trudny...
Czego oczekuję? OBIEKTYWIZMU. Nie chcę niczego więcej prócz tego i rad jak poradzić sobie ze sobą.
Uprzedzam, że post będzie bardzo długi. Życzę wytrwałości...
Żeby odpowiednio przedstawić moją sytuację, muszę rozpocząć od początku początków. Spróbuję zrobić to skrótowo, przejrzyście, skupić się na najważniejszych faktach:
DZIECIŃSTWO: mama wpadła ze mną z tatą w późnym wieku, sama była po 40tce, tata przed 50tką; w 5. miesiącu ciąży "zorientowała się", że chyba to ciąża. Było ciężko, u mamy zaczynały się już zmiany menopauzalne, nie chcieli więcej dzieci. Lekarze namawiali mamę na aborcję, jednak rodzice postanowili, że tak miało być. Mama paliła ze mną w ciąży, okrutnie się bała, stresowała, tata pił, był i jest okrutnym cholerykiem, do tego teściowa-toksyczna i masa obowiązków fizycznych, które mama ogarniała <dom, działka, praca, gotowanie, itd.>.
Poród był ciężki, "wypchnięto mnie" na siłę, byłam ponoć szara, chuda, pomarszczona. Siostra sama mówiła, że jak mnie zobaczyła, to przeżyła szok... Brzydkie dziecko, do tego doszła żółtaczka noworodkowa.
Jednak minęły miesiące i "znormalniałam".
Nadmienię, że mam rodzeństwo: siostrę dużo starszą i brata, 3 lata starszego.
Gdy byłam mała <miałam roczek bodajże>, mama ze względów finansowych zaczęła wyjeżdżać za granicę. Opiekę nade mną przejęła siostra. To do niej mówiłam "mamo". W szkole podstawowej, z racji z tego, że jest nauczycielką, nie miałam za ciekawie. Dodatkowo byłam wciąż porównywana do rodzeństwa <też chodzili do tej podstawówki, podmiejskie środowisko>. Oni lepsi, bardziej pracowici, a ja leń, nieuk. Każda moja gorsza ocena była od razu przekazywana do siostry. Dodatkowo smutne było to, że pojawiły się plotki wśród dzieci, że siostra jest moją prawdziwą mamą... Zapytałam ją o to, ale stanowczo zaprzeczyła. Niedorzeczne z perspektywy czasu ale dziecko jest podatne na sugestie rówieśników...
Na etapie wczesnoszkolnym okropnie zależało mi na pewnej koleżance. Chciałam ją na wyłączność, okłamywałam ją, że jakieś operacje mam, że jestem chora, jakieś plastry, bandaże... Żeby tylko była obok. Dziewczyna przeprowadziła się i zostałam sama. "Zaprzyjaźniłam się" z inną koleżanką. Jednak gdy nie było mnie w szkole kilka dni, wracałam i byłam przez nią olewana. Płakałam, prosiłam, pytałam co się stało. Wciąż czułam się odrzucana. Bałam się nie iść do szkoły.
W gimnazjum było jeszcze gorzej, moja siostra została moją wychowawczynią... Pomijam to że od kopa miałam łatkę konfidenta i musiałam bardzo pracować nad tym, żeby ją zdjąć. Znów zapędy o koleżanki ale już bez kłamstw. Znów lekceważenie. Nie wiedziałam co jest ze mną nie tak? Dlaczego tak mnie traktują? To było okropne... inne dziewczyny mogły się malować, ubierać jak chcą. Mnie siostra zabraniała, ciągle dostawałam opieprz, jak się musi za mnie wstydzić w pokoju nauczycielskim. Musiałam siedzieć nad książkami godzinami, wysłuchiwać kazań. Nauczyciele <z siostrą na czele>, byli dla mnie dużo bardziej wymagający niż wobec innych.
Po czasie zdobyłam jednak sympatię klasy, było ok. Zobaczyli, że jestem fair. Szkoda, że rodzona siostra montowała zamek do swojego pokoju... Nie ufała, że nie będę podglądać sprawdzianów. Było to bolesne.
SKRÓTOWO O RODZINIE:
-Babcia: zmarła jak miałam 5-6 lat; po 30tce zakochała się do szaleństwa i poślubiła dziadka, byli małżeństwem zaledwie kilka lat, zmarł na suchoty, gdy mój tata miał 2 lata, nigdy z nikim już się nie związała, całą swoją miłość przelała na syna; wychowała go w przekonaniu, że facet to Bóg, a kobieta usługująca mu łajza; nie znosiła mamy, tępiła ją na każdym kroku, raniła, oczerniała. Jad wypływał z niej strumieniami, bo "takie byle co, odebrało jej synka"; mój brat to był jej pupilek, my z siostrą "dziurawce" <dziewczynki dla niewtajemniczonych, czyli podludzie>
-Tata: długo pił, odwalało mu wtedy, był agresywny; nie wiem czemu od dziecka byłam najgorzej traktowana z całego rodzeństwa; zdarzało się, że bił mnie "dla przyjemności", nie tłumacząc dlaczego, za co, z uśmiechem na twarzy, którego nigdy nie zapomnę... trzcinką, pasem, rzucił we mnie chodakiem w plecy tak, że aż mnie zatkało <miałam koło 10 lat, może mniej>; brat zawsze umiał tak rodziców "rozkleić", że kara go omijała i kończyło się śmiechem... To bolało bardziej niż lanie...
-Mama: zniszczona psychicznie przez tatę i teściową; przelewające swoje żale, niepowodzenia na mnie i na siostrę <wg mnie matka nie powinna kilkuletniemu dziecku opowiadać, jak to została nazwana kur..ą przez babcię, czy że tatuś przechlał pieniądze na budowę domu>; również faworyzująca brata, nie mająca swojego zdania, słaba kobieta, przepełniona żalem;
-Siostra: chylę czoła dla jej poświęcenia... w sumie to ona długie lata nas wychowywała <mama za granicą, tata pił>, opiekowała się bardzo "charakterną" babcią, przy tym pracowała, przejęła obowiązki domowe, działkowe; była i jest dla mnie dobrą siostrą;
-Brat: zepsuty, rozpieszczony egoista; od zawsze mnie wyśmiewał, odtrącał, z kuzynem mnie gnoili, obgadywali, wyzywali, tłukli; upokarzał mnie, wyśmiewał mój wygląd; rodzice nie reagowali na to, sami się śmiali i niby to "nagannym" spojrzeniem kwitowali: "nie mów tak, jej jest przykro", a w oczach łzy śmiechu; faworyzowany, najlepszy, najmądrzejszy, inteligentny, piękny, itd. Samiec na piedestale; jedynie siostra stawała po mojej stronie...
OFIARA <DZIECIŃSTWO "SEKSUALNOŚĆ" C.D.>: o koleżankach wspomniałam; chcę napomknąć o dziwnych incydentach na tle... seksualnym, może one też coś we mnie "skrzywiły"?; w podstawówce <miałam 7-9 lat>, byłam zmuszona wracać z kolegą, który znowu wyładowywał się na mnie. Bił, wyzywał, tarzał gębę w śniegu. Mama się tylko z tego śmiała <lubiła się z jego mamą>. Kiedyś był u niego kuzyn, ja tam miałam zostać do którejś godziny, bo nikogo w domu nie było. Pluskaliśmy się w basenie, ale nie miałam majtek na przebranie, więc później w samej spódniczce zostałam; dla kilkulatka to nie problem. Nie zapomnę wtedy, jak na zmianę jeden mnie trzymał za ramiona, a drugi rozkraczał mi nogi i uczył anatomii. Jak mi było wstyd... źle...
Gdy miałam 11-12 lat, kąpałam się; usłyszałam, że tata wraca nawalony więc szybko wstałam z wanny i chciałam wyjść z łazienki i zniknąć mu z pola rażenia. Niestety, jak stałam, on wszedł do łazienki, zakryłam się rękoma, głowę spuściłam, sparaliżowało mnie... A on na to, żebym się nie zasłaniała i wzięła ręce, że robi się ze mnie "panienka", "że dorastam", itd. Myślałam, że umrę ze wstydu. Mama siłą go z tej łazienki wytargała.
LICEUM = WOLNOŚĆ : w końcu zostałam spuszczona z łańcucha... bez kontroli, bez nadzoru. Mogłam się "wylansować" od zera. I co? Byłam lubiana, szanowana, faceci się za mną uganiali. Ha, urosłam w oczach. Zaczęły się imprezy, papierosy, alkohol, marihuana, amfetamina, wagary, kłamstwa. Dno.
***
Kolejny rozdział:
ZWIĄZKI:
1. ZAUROCZENIE : miałam z 14-15 lat; chłopak po paru miesiącach zerwał ot tak, z dnia na dzień; było ciężko, bardzo to przeżyłam; pierwsze pocałunki, godzinowe rozmowy telefoniczne, pierwsze dłonie na moich piersiach; w zasadzie tyle erotyzmów ![]()
2. ZAUROCZENIE 2. "ZAKŁAD": po 1. porażce poszłam na sylwestra; nowe towarzystwo, wóda, zielsko i On... umięśniony, starszy paker. Zwrócił uwagę NA MNIE! Nie wierzyłam! Miał kolegę, zarywał on do mojej kumpeli ale ona go zlała. Ja z mięśniakiem zaczęłam się spotykać. Na początku było tak pięknie... Miałam 16lat, wiosna, wianki, piękne chwile... do czasu. Chłopak dużo ćpał, zaczęłam przebywać w nieciekawym towarzystwie. On starał się dążyć do seksu, ja nie byłam gotowa. Pojawiła się agresja z jego strony, dochodziło do rękoczynów. W końcu doszło do próby gwałtu. Nie wiem jak ale wyrwałam się i uciekłam... Zmusił mnie do seksu oralnego. Trauma... Zaciągałam ją amfetaminą, zapalałam zielskiem i zapijałam wódką. W swoim liceum przypadkiem spotkałam jego kolegę... tego z sylwestra. Unikał mnie ale ja nie dałam się spławić i mówię o co chodzi w ogóle z tym człowiekiem? I przyznał się, że wchodząc na tego sylwestra "upatrzyli" nas sobie od początku. Założyli się, że mnie przeleci w ciągu pół roku. I potem chwalił się, jak mu się udało. To powiedziałam temu koledze, że niezależnie o co się założyli, dał się wrobić, bo mu dupy NIE dałam ale generalnie mam gdzieś czy mi uwierzy. Poczułam się jak... nie mam słów. To nie był związek... To był zakład o moje dziewictwo...
ODPAŁ : Paradoksalnie co do wcześniejszego "związku", po rozstaniu imprezowałam bez umiaru, ćpałam, podrywałam kolesi, pocałunki, ciągle inny, ale bez żadnego seksu. Wszystko "pod wpływem".
3. ZWIĄZEK - <NIE>WYPAŁ: zaczęłam czuć, że wysiadam; serce zaczęło szwankować od ciągów i nocnych maratonów, a ja czułam się tak strasznie samotna... chciałam miłości... akceptacji. W domu byłam pod kreską. Wyrodna córka, dziwka szlajająca się cholera wie z kim i gdzie. Nikomu o próbie gwałtu nie mówiłam, zamknęłam się na amen. Nie wiedząc gdzie szukać, szukałam w internecie... Zagadał chłopak, starszy o 10 lat ale co tam. Miły, spokojny, uprzejmy... Spotkaliśmy się, od razu zaiskrzyło. Strzała amora nas dotknęła. ja 17lat, On 28. To nie było ważne. Wszystko mu wylałam, tulił, pocieszał, ocierał łzy. Przy nim czułam się bezpieczna. Odseparowałam się od złego towarzystwa, zaczęłam chodzić do szkoły. Motywował mnie. Rodzice rozpoznali co się święci, postanowiłam go przedstawić. Wtedy był u mnie w domu... Po jego wizycie awantura. Gdzie ja mam oczy, że jest odrażający, stary, brzydki, itd. Zaczęła się Golgota. Rodzina stała się moim wrogiem; z ojcem raz poszło na noże. On był dla mnie bardzo dobry, codziennie u niego siedziałam. Zakochałam się. Z nim miałam swój pierwszy raz <cudowny, czuły, po którym się rozpłakałam ze szczęścia>. Jednak po zdanej maturze, gdy wspomniałam o studiach, usłyszałam, że studentki to kur...wy, a studenciki imprezowicze. Że załatwi mi pracę tam gdzie on pracuje. Powinna mi się zapalić czerwona lampka. Nie zapaliła się. Nie poszłam na studia, poszłam do pracy za Jego wolą. W domu piekło. Z ojcem 3 wojna światowa. Piszę skrótowo jak tylko się da. Mój facet po roku oświadczył mi się, szał rodziny sięgnął zenitu. Ale ja miałam wizję... Taaa, wizja 18to latki... On buntował mnie coraz mocniej przeciw rodzinie <choć myślałam, że bardziej się nie da>, odizolował mnie od wszystkich znajomych. Był tylko on. W pracy nie wolno mi było gadać z żadnym facetem, telefon do wglądu. Smsy, wydzwanianie. Zazdrość stała się nienormalna. Tego ubrać nie mogę, umalować się? Po co. Podobasz mi się bez. Spojrzeć na innego nie mogłam. Robiło się coraz gorzej... Wybuchał na mnie z byle powodu. Pół roku ciągłych kłótni, w których gnoił mnie psychicznie. Pamiętam jak śmiał się ze mnie i wyrzucał z domu o jakąś głupotę, a ja... płakałam i klęczałam przed nim, przepraszając, że żyję. Na ulicy zostawiał mnie nie raz zapłakaną. W końcu stwierdził, że jest naszym związkiem "przytłoczony i potrzebuje chwili tylko dla siebie i że to będzie niedziela". Zdębiałam. Niedziele przepłakiwałam, dzwoniłam, pisałam... Zero kontaktu z jego strony. Byłam sama... Jak palec. Nie miałam do kogo gęby otworzyć. Byłam uzależniona, tym razem nie od narkotyków ale od niego.
Zaczęłam być podejrzliwa co do tych niedziel. Któregoś dnia weszłam mu na gg, a tam rozmowy, zdjęcia jakiś koleżanek w samym staniku. Wszystko w godzinach wieczornych, gdy "szedł spać". Wpadłam w szał, płacz, krzyk. On się tylko podśmiechiwał, że robię z igły widły. Jakiś czas przeżyć tego nie mogłam, w pracy zapłakana, wiecznie gnojona, poniżana. I jego słowa "nikt cię nie zechce", "nikt cię nie pokocha tak jak ja", "każdy cie zdradzi, ale nie ja", itd. Miałam serdecznie dość, z racji braku kontaktów, ponownie weszłam na internet, na jakimś tam portalu założyłam konto. Odzew duży, nie powiem. Rozpoczęły się spotkania, zdrady... Z jednym, drugim, trzecim... Wszystko "po pijaku". Moja wartość trochę skoczyła do góry, tak wtedy myślałam. On zorientował się, ze robię się dziwnie obojętna, znów zaczął się starać. Odkrył w moim telefonie jednoznaczne smsy od jednego z adoratorów/dupcyngierów. Poszarpał się ze mną, zerwał. A ja co? Znów zaczęłam się kajać, prosić o wybaczenie. Jakoś się udało. Ale to już była męka, nie związek. Jeden z poznanych "panów" okazał się... moim przyjacielem do dnia dzisiejszego. Nie przespaliśmy się ze sobą ale on tak mnie podbudował... Dzięki niemu nabrałam ciut pewności siebie, było lepiej ale odejść nie umiałam. Bałam się samotności. Obydwoje oszukiwaliśmy siebie... Raniliśmy. Totalna męka. W końcu stała się rzecz dla mnie niewytłumaczalna... Płacząc po kolejnej kłótni, siedząc w tramwaju wlepiona w szybę, poczułam się jakby mnie ktoś w łeb palnął. Oświecenie. Co ja ze sobą robię? Jak mogę dawać tak się poniżać? I to komu? Spojrzałam na jego zdjęcie i poczułam jedynie... obrzydzenie. Na drugi dzień spotkałam się z nim i powiedziałam, że to definitywny koniec, nie kocham go, nie ma to sensu, przepraszam za swoje błędy, nie mam o nic żalu, dziękuję za pomoc w wielu kwestiach ale to już koniec. Na środku ulicy rozpłakał się, zaczął się kajać, tak jak ja kiedyś przed nim. Było mi go zal. Ale nic poza tym. Patrzyłam na tego dygoczącego faceta i jedyne co we mnie wzbudzał, to politowanie. Jak zobaczył, że płacze na mnie nie działają, zaczęły się groźby, że mnie zgwałci, dziecko zrobi, że zna moje dni płodne, ze się włamie do mojego domu, ze się zabije. Żałosne... Kolega przyjaciel, o którym pisałam wcześniej znów spisał się na 5tke. Pomógł, zajął czas... Wyszłam z szamba, znów zaczerpnęłam powietrza w płuca;
***
MĄŻ : były nie odpuszczał ale ja nauczyłam się to olewać, na ile było to możliwe. Wytrwały był.
Jakiś czas później poznałam Męża. Miłość od 1. wejrzenia. Jak w filmie. On mi coś napomknął o swojej byłej, że go zraniła, ale zamknięty temat, 2 lata jest sam, ze on zerwał, itd. Ja tez napomknęłam o sobie. On szybciutko zaproponował żebyśmy spróbowali być razem, roześmiałam się, że tak od razu. Ale zgodziłam się. Na drugi dzień mieliśmy poważna rozmowę, że myślałam że to takie żarty z tym poważnym związkiem. Żeby to przemyślał, że jestem po paru ciężkich przejściach, mam kłopoty z zaufaniem, zdrowiem <nerwica, fobia>, itd. Powiedział, że nie ma nic do ukrycia i nie ma problemu. Jasno powiedziałam: jak mnie zawiedziesz, odejdę. Zgodził się.
SIELANKA : Och, jak było miedzy nami cudownie... Do czasu... Po 4 miesiącach intensywnego związku, chciałam coś na kompie u niego sprawdzić, powiedział, że jasne i poszedł do łazienki. Zdjęcie aktorki na pulpicie... ok. Faceci tak mają... Ale to co zobaczyłam po otwarciu wyszukiwarki... Foty byłej na portalu X. Oniemiałam, luknęłam w historię... Wchodził praktycznie codziennie... Co ujrzałam? Piękną, zgrabną, długonogą, bardzo pewną siebie, z lekka zdzirowatą dziewczynę. Znów napluto mi w pysk... Ale nie robiłam afery od razu. Dusiłam to w sobie. Sprawdzałam dalej, dalej zaglądał, odkryłam ze ma zdjęcia z nią, odkryłam że koresponduje z jej matką <np.: ona: ojej, widzę po zdjęciach, że gust ci się nie zmienił, podobna do mojej córeczki, oczka takie same, usta... może wpadniesz na herbatkę? zawsze jesteś mile widziany u nas w domu>, tętno miałam jak to czytałam chyba 150. Ręce drżały. Do tego doszły steki pornosów.
Nadal to trzymałam w sobie. Podpytywałam go ,czy temat eks jest NA PEWNO zamknięty, itd. Kłamał w żywe oczy. Po jakimś czasie wybuchnęłam. Wyrzuciłam z siebie wszystko co wiem. Zwyzywałam od kłamców, powiedziałam, że to koniec. Wyszłam.
Rozstanie nie trwało długo, kilka-kilkanaście dni. Przepraszał, błagał, mówił że to jakieś chore przyzwyczajenie, że z nią nigdy nie pisał od tamtej pory, że przecież na gadki jej matki nie odpowiadał potwierdzająco <to akurat prawda>, ze utnie wszystko. Byłam nieugięta. Jednak przez te kilka miesięcy bardzo polubiłam się z jego mamą i siostrą. To one zaczęły wydzwaniać, mówić że chłopak nie je, nie chodzi na uczelnie, ciągle zryczany chodzi, że nie wiedzą o co chodzi ale że może zdołam z nim pomówić jeszcze. No i pogadałam, przeprosił, obiecał, że już wszystko pozamyka, zero kontaktów z jej rodziną, zero podglądania, zero kłamstw. Powiedziałam, że mu nie ufam i nie sadzę żebym kiedykolwiek zaufała ale dam szansę.
PARANOJA : Wydawało się, że jego obsesja minęła... pornosy też dostarczały powodów do kłótni ale postawiłam sprawę inaczej. Bo nie ukrywajmy, jest to inna inszość niż była. Powiedziałam, ok, oglądaj sobie, wal do ekranu, patrz na napompowane cyce ALE... ja też będę oglądać i robić sobie dobrze. Tyle tam umięśnionych klat, wielkich fiutów, zdolnych chłopców. Nie uwierzycie ale... ZADZIAŁAŁO!
Oburzył się ogromnie, był w szoku i jego tekst: ale jak to? ja nie chcę... a ja mu na to, a widzisz... ja tez nie chcę, znów obiecujesz i kłamiesz. Jak Ci ufać?
Temat pornosów zakończony po dziś dzień.
NIBY WSZYSTKO OK... : I tak trwaliśmy... Raz wzloty, raz upadki, jak to w związku ale nie dawał mi powodów do zazdrości ani podejrzeń. Raz tylko w strefie seksu porównał mnie do eks. Zabolało. Wkurw... się ale jakoś i ten kryzys pokonaliśmy. Oświadczył się, pobraliśmy się, zamieszkaliśmy razem... Fajnie co?...
NIE DO KOŃCA FAJNIE : Jego obsesja spadła na mnie. Jesteśmy razem od ponad 6 lat. Myślałam, że po ślubie się zmieni na lepsze... Ale nie, teraz to JA śledzę ją, obsesyjnie wpatruję w jej zdjęcia, zazdroszczę wszystkiego, dołuję się, wściekam. Męża kocham i nienawidzę. Nie umiem wybaczyć, zapomnieć, ale jednocześnie na serio go kocham. Nigdy nie zdradziłam Męża <a miałam okazji wiele, zresztą zawsze się okazja znajdzie>, miałam na to ochotę "w zemście" ale nie zrobiłam tego. Teraz codziennie porównuję się do niej, patrze w lustro i widzę że do stóp jej nie dorównuję. Czuję się gorsza, brzydsza. Byłam na psychoterapii, nie wniosła nic. Gadałam z mężem sto razy, on mówił, że nie wie co ma mi już powiedzieć, bo dla niego sprawa jest zamknięta i ma tą osobę w głębokim poważaniu. Mam pracę, mam co robić, ogólnie jest bardzo dobrze ale nie umiem zapomnieć...
DLACZEGO? : Cały czas dudni mi w głowie, dlaczego obiecywał na początku szczerość, dlaczego tak się deklarował, dlaczego oglądał te foty, dlaczego ona tak mu zapadła w serce, czy jest tam nadal? Czy ja kochał bardziej? Czy była lepsza? Bardziej intrygująca? Dlaczego tak boli... Dlaczego nie umiem tego zamknąć w szufladce i kluczyk wyrzucić za siebie? Dlaczego... Kocham i czasem czuje nienawiść, gdy przypomnę sobie jak wielokrotnie kłamał mi prosto w twarz... Mam tego dość...
JAK WYBACZYĆ/PRZETŁUMACZYĆ SOBIE, ŻE TO BYŁO? Ja od 6 lat zadaję sobie to pytanie i nie mam odpowiedzi... 3 miesiące temu Mąż poprosił mnie żebym mu coś na mailu sprawdziła. Sprawdziłam aż za dobrze. Znalazłam stare maile do niej. Wiersze, jak kocha jej dłonie, dotyk. Spontanicznie usunęłam. Przyznałam się. On powiedział, że o tych mailach zapomniał, że nie mają znaczenia. Wiem, że to prawda. Powiedział mi też że mam straszny problem z tym, on nie wie jak mi pomóc i mu przykro...
Jeśli ktoś to przeczyta, niech mi pomoże.
Proszę...
Pozdrawiam