Nie wiem, czy wybrałam dobrą kategorię, ale potrzebuję się wygadać i to najlepiej przed kimś, kto może spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje w moim życiu i w mojej głowie: jestem studentką V roku wymarzonej medycyny, do tej pory moje studia przebiegały bez większych problemów (choć dostałam się na nie za drugim razem). Od 2,5 roku mam stałego partnera, z którym bardzo dobrze się dogadujemy, planujemy wspólną przyszłość. Pół roku temu zostałam wolontariuszką w hospicjum dla dzieci. Mam paczkę dość bliskich znajomych. Moje kontakty z rodzicami są raczej chłodne: nie przepadam za wyjazdami do domu, w którym przez całe moje życie byłam tą najgorszą, najbrzydszą, najgłupszą, tą, która niczego nie potrafi i niczego nie osiągnie, gdzie nikogo nie obchodziły moje problemy, natomiast ja musiałam (z powodu najpierw alkoholizmu, a potem ciężkiej depresji ojca oraz nerwicy (później też choroby nowotworowej) matki) zawsze brać na siebie ogarnianie spraw, które przerastały możliwości emocjonalne dziecka/nastolatki. Wyrwałam się z domu, wydaje mi się, że poradziłam sobie z niełatwym dorastaniem - do rodziców nie mam już żalu, ale nie jestem też ciągle zależna od ich opinii. Na pozór - wszystko ok...
Ale to tylko pozory. Od początku października jest coraz gorzej. Myślę o rzuceniu studiów, choć marzyłam o nich pół życia i naprawdę dobrze sobie na nich radzę. Za dwa lata mam iść leczyć ludzi, brać na siebie odpowiedzialność za ich zdrowie i życie, a czuję, że ciągle za mało wiem, za mało umiem... Od różnych osób słyszę, że będę dobrym lekarzem, bo wzbudzam zaufanie, jestem empatyczna, szybko i często celnie kojarzę fakty, mam dobre podejście do ludzi, ale ja jestem coraz bardziej przerażona, czy podołam tej pracy. Co gorsze - nie umiem się uczyć. Brzmi głupio? Wracam po 8-12 godzinach spędzonych na uczelni i nie mam na nic siły, a już szczególnie na naukę. Otwieram podręcznik z perspektywą konieczności opanowania 60 stron materiału na następny dzień, czytam pierwszą stronę, przewracam kartkę i nie pamiętam, o czym czytałam przed chwilą. W innych dziedzinach mojego życia jest tak samo: coraz rzadziej chodzę do hospicjum, zaniedbuję znajomych (bywa, że umawiam się na spotkanie i odwołuję je kilka godzin przed, bo nie mam ochoty wychodzić z domu), bywają dni, kiedy najchętniej w ogóle nie wstawałabym z łóżka. Nie mogę patrzeć na siebie w lustrze - mam nadwagę, z którą próbowałam już wiele razy walczyć - bez skutku. Każda kolejna porażka coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że może jednak moja matka miała rację, twierdząc, że jestem do niczego. Najbliższe dwa lata studiów będą bardzo ciężkie - bardzo dużo nauki, mało czasu (dla przykładu - cała kardiologia w 10 dni po 5 godzin zajęć), ten rok dopiero się zaczął, a ja czuję, że sobie nie radzę, że jestem daleko z tyłu za wszystkimi moimi znajomymi... Nie wiem, jak się ogarnąć, jak o siebie zawalczyć, a może rzucić te studia? Problemem są też finanse: wszyscy w rodzinie traktują mnie jak darmozjada, bo jedynym okresem, kiedy mogę sobie dorobić do kredytu studenckiego i stypendium, są 2 miesiące wakacji (w 3 mam co roku 4 tygodniowe, bezpłatne praktyki). Z moim chłopakiem myślimy o małżeństwie, ale to też nie jest takie proste - on jest studentem Akademii Muzycznej, pracuje (śpiewa) w kilku profesjonalnych chórach/zespołach wokalnych, ale jego zarobki nie wystarczą, żebyśmy się mogli utrzymać, a i moi, i jego rodzice wychodzą z założenia, że jeśli chcemy założyć rodzinę, musimy się sami utrzymać. Oboje mamy takie poglądy, że nie chcemy mieszkać ze sobą bez ślubu - a jeśli nie mieszkamy razem, widujemy się max. raz-dwa razy w tygodniu (chociaż studiujemy w tym samym mieście) - to z kolei wywołuje u mnie poczucie winy, że mam dla niego za mało czasu.
Przepraszam za ten strasznie długi post. Naprawdę nie wiem, co zrobić, jak odzyskać kontrolę nad własnym życiem, jak przestać się bać przyszłości. Nie mam z kim o tym porozmawiać - z moim chłopakiem rozmawiałam, ale on, chociaż bardzo się stara, nie wie, jak mi pomóc. Z ludźmi na studiach nawet nie próbuję - taka specyfika tego kierunku, że jeden drugiemu wbiłby nóż w plecy z zimną krwią... Mam nadzieję, że ktoś z Was spojrzy na to wszystko z dystansu i wyrazi swoje zdanie.