Witam Wszystkich
Na początku mam prośbe o tylko wartosciowe odpowiedzi, choć wiem , że spora część Was pewnie będzie chciała mnie ?zjechać?.
Chciałbym Wam opisac moją sytuacje zyciowa I to co dzieje/działo się od ponad 3 lat...
W 2011 zacząłem sie spotykać , z rok starsza ode mnie mężatka, matka dwójki dzieci. Pracowała razem ze mna w firmie, w sumie to była moja podwładna, choc nie wiem czy to nie za duze słowo, bo mimo ze miałem troche wyzsze stanowisko, to u nas w firmie na luzie sie podchodzi do tych roznic w stanowiskach I panuje dosc miła atmosfera.
Wszystko zaczeło sie na jakies kameralnej firmowej imprezie, na ktorej super sie gadało. W rozmowach z innymi dziewczynami , gdy zeszło na tematy zwiazkow, narzekała na swojego meza ze juz nic do niego nie czuje, nie sypiaja, itp
Po 2 tygodniach była nastepna impreza ( między nimi ni a nic sie nie działo ). po tej drugiej imprezie, wracalismy razem niemal pustym tramwajem ( mieszkalismy wtedy raptem 1 przystanek od siebie, choc wczesniej nie miałem wogole pojęcia o jej istnieniu ). jakoś dziwinie sie wtedy czułem. Gdy byłem juz domu napisała sms ? było mi bardzo miło?, odpisałem ze mi tez. Zwykły sms pomyslałem. Odpisała, ze zawrociłem jej w głowie I ze gdyby nie była mezatką... nie wiem czemu odpisałem, ze ona tez bardzo mi sie podoba, mimo ze wiedziałem o męzu, dzieciach. Wymienilismy potem kilka kolejnych smsów I tyle. Od nastepnego dnia zaczelismy pisac coraz czesciej, spotkalismy sie na miescie. Mowiła ze bedzie nam bardzo ciezko a ja nie wiem czemu stwierdziłem ze warto sprobowac.
W pracy ludzie zaczeli sie domyslac o co chodzi ale chyba w obawie przed utrata pracy ( w ich mniemaniu ) nic nie mowili. Na samym poczatku powiedizała mi ze po komunii starzej corki, od niego odchodzi. A zaczelismy sie spotykac w marcu, wiec zostało jakies 2-3 miesiace czasu.
Uwierzyłem w ot albo staralem sie wierzyc, w koncu nie czuje nic, nie sypiaja, najezdza na niego.
I zaczał sie romans. Nie taki typowy bo widywalismy sie czesto. Ze względu na prace I na to ze mam w niejh ruchomy czas. Nie raz moge wziasc wolne za nad godziny albo isc na pozneijsza zmiane, więc było sporo mozliwosci do spotykania sie. Na poczatku mieszkałem jeszcze z rodzicami, czekajac na obiecywana od dawna w firmie umowe o prace, ktora była dla mnie warunkiem do wyprowadzenia sie, o czym myslalm juz na długo przed jej poznaniem. Spotykalismy sie na miescie a w niektore weekendy na mieszkaniu jej rodziców, gdy dzieci jechała z babcia na wies lub były z ojcem.
Dosc szybko poszlismy do łózka, choc na całość nie poszlismy bo nie chciała tego robic przed komunia. Nie przeszkadzało mi to bo I tak było ekstra I wiedziałem ze to kwestia czasu.
I tak mineła komunia a ona od niego sie nie wyprowadziła, mimo ze mu o tym mowiła. Ale on zawsze odpowiadał ze nie ma szans, to jego mieszkanie, to on ma stala prace a wiec kase na dzieci.
Jakos miesiac po komunii dostałem stała umowe I powiedziałem o wynajmnie mieszkanie. Stwierdziła ze to pomoze jej podjac decyzje ( a przeciez juz ja podjęła, ze po komunii.... ) tak to był pierwszy znak ze cos jest nie tak. Innym razem sie rozpłakała ze nie chce krzywdzic dzieci. Powiedziałem jej ze jest mi z nia fajnie ale jej maz I to ze ciagle z nim mieszka mnie blokuje. Pogadalismy sobie ale zwizek trwał dalej. Nie wiem moze bałem sie zrezygnowac, bo nie chciałem tracic tego zwiazku/namiastki zwiazku, myslałem ze ona potrzebuje czasu I ze jak bede barddziej ja wspierał to bedzie jej łatwiej
zwiazek trwał nadal, mijały miesiace, widywalismy sie czesto. Ale weekendy I weiczory prawie wogole, bo nie miała z kim zostawic dzieci. Wynajełem mieszkanie, wymalowalismy je razem, młodsze dziecko tam bywało z nia. Wekendy I wieczory jakos bardzo mi nie wadziły, bo duza czesc par widuje sie głownie wtedy a my akurat odwrotnie. Po niemal całym tygodniu nawet fajnie było stęskinic sie za soba w weekend. W świeta na jeden dzie była u mnie, potem jechała z rodzicami na wies.
I tak leciało, grzyło mnie w srodku to ze nie odchodzi od niego a mimo to nie potrafiłem postawic sprwy na ostrzu noza. Do tego dochodził fakt ze ona jest bardzo chorowita , dzieci tez. Nie raz gdy bywała u mnie miała zawroty głowy, słabosci, czesto łapała grype, jak I dzieci. No I gdy chorowała to sie automatycznie duzo rzadziej widywalsmy. Miała tez duze problemy z libido, hormonami I tak jakos zostało ze kochalismy sie po francusku I to głownie z mojej inicjatywy, choc jak ja juz rozgrzałem to dawała duzo z siebie. Podobno ma taki typ bo z mezem przez kilkanascie lat moze ze 2 razy sie na niego rzuciła, taka twirdziła. Raz na kilka miesiecy mowila ze nie wie co robic I ze dobrze ze jestem, zebym był cierpliwy, itp. A ja w tym trwałem nie wiem, biorac pod uwage chyba dzieci, jej zdrowie I wszystko inne pod uwage. Wp racy juz sie do nas przyzwyczaili I do tego ze czasem jej długo w pracy nie ma, znajomych moich poznała u mnie na imprezie. Choc nikomu nigdy nie powiedzielismy ze mieszka z mezem nadal...
Na wiosne 2013 dziewczynki I sama ona zaczeły czesto chorowaci to powanie, do tego doszła u niej opieka nad ponad 90 letnia babcia, bo jako jedyna z dzieci I wnuczat nie ma stałej pracy. Do tego problemy starszej corki w szkole. Nałozyło sie jej mnostwo rzeczy. Naszym kosztem rzecz jasna.
Ostania normalna rozmowa miała miejsce tuz przed moimi urodzianmi gdy mowiła ze wpadnie bedzie najwyzej do babki nie pojedzie, czesto mowiac do mnie kochanie w tej rozmowie.
Na urodziny nie przyszła, po kilku tygodniach napisała ze ma depresje nie moze dojsc do siebie
I od lata 2013 choruje, pisze gdy ma lepsze dni , gdy prochy troche jej odpuszcza
a ja nie wiem co mam robic....jestem w stanie wszystko zrozumieć ale tego jak depresja działa na człowieka chyba nie.
Albo sie komus mowi spadaj I tyle. Albo sie wogole nie odzywa nic a nic. A ona raz na czas pisze smsy co I jak uniej. W boze narodzenie 2013 pisała co chwile, a potem cisza I sms ze nie chce jej sie zyc, potem ze jest troche lepiej ale potrzebuje czasu na swoje zdrowie I znowu cisza itd.
To albo sie kogos kasuje albo nie. Po kilku miesiacach nie widzenia sie przyszła do mnie, zachowywała sie tak jakby nie było jej kilka dni. Powiedziała ze sobie musi wszystzko przemyslec ( nie raz w trakcie to powtarzała w czasie naszego spotykania sie ), ze nie ma wogole czsu dla siebie I ze bym sie nie martwił niczym.
A ja nie wiem o co chodzi w tym. Wiem ze wczesniejszych chorob ani tym bardziej depresji nie udaje. Wiem tez ze depresja moze trwac latami, miec nagłe zroty, nawroty, itp.
Ale albo sie kogos usuwa z zycia albo nie. A tu z jednej strony sie nie widujemy a z d rugiej jak poczuje sie lepiej to pisze co I jak u niej.
To juz nawet nie chodzi czy cos z tego bedzie ( choc jakas czesc mnie w to wierzy ) tylko ze przez forme tego ja nie potrafie tego wymazac, ogarnac. Gdyby było nagłe ciecie to bym to sobie poukładał.
Nie wiem, dlaczego nigdy nie powiedziałem albo w lewo albo w prawo. Okazji nie brakowało. Wyrzucam sobie to teraz, tyle bym jej chciał wykrzyczec. Z drugiej strony jestem osoba ktora duzo zawsze analizuje I gdybym powiedział stop to teraz bym sobie pewnie to wyrzucał.
Nie wiem dokładnie dlaczego w to wdepnałem mimo ze od poczatku wiedizałem co I jak. Chyba brak kogos w zyciu , strach przed samotnoscia. Na pewno tez jej deklaracji ze po komuni odchodzi, ze czuje ze to ze mna spedzie reszte zycia, itp
kazdy niemal obecny sms konczy sie potrzebuje czasu, mam pare problemow, odezwe sie itp.
A umowienie sie na rozmowe nierealne. Pod jej blok nie bede chodził, to nie w moim stylu
wiem tez ze to nie jest zimna suka, wiem ze byc moze ja to przerosło. Narosło obowiazkow w pierwszym zyciu I na drugie nie ma czasu ? Nie wiem moze ona dalej chciałaby by było jak wczesniej ale choroba jej nie pozwala...