Chodzę po pokoju, w tą i z powrotem, trochę drżą mi ręce, chusteczki się skończyły, ukradkiem patrzę w lustro - gdzie moje oczy? Chyba trochę napuchły, oblewam twarz zimną wodą, z myślą "weź się do cholery w garść", znowu potrzebne mi chusteczki, czuję okropną suchość w ustach, ucisk w przełyku, chyba kolacji też nie zjem. Usiądę, muszę się uspokoić, ale nie.. przecież nie mogę tak siedzieć, posprzątam. Tak bardzo chciałabym zadzwonić do mamy, a tak bardzo się boję.
Ostatnimi czasy samopoczucie mojej mamy się znacznie pogorszyło, jednak stale odmawiała wizyty u lekarza. Około dwa miesiące temu trafiła do szpitala, jednego, drugiego, trzeciego, przez cały ten czas próbowali ustalić co jej dolega. Dwa tygodnie temu stwierdzili raka złośliwego płuc. Trzy dni temu usłyszałam diagnozę, chyba najgorszą z możliwych - "stadium raka jest bardzo zaawansowane, są przerzuty, nie ma szans na wyleczenie, chemioterapia w takich wypadkach jest nieskuteczna, ale będziemy próbować, w najlepszym wypadku pozostanie jej kilka miesięcy". Ogłuszyło mnie to, nie byłam w stanie nic powiedzieć, jak zostałam sama, zamknęłam się w pokoju i płakałam, płakałam, płakałam.. Dzisiaj dostała zawału, przewieźli ją do kolejnego szpitala- "jest przytomna".
Boję się.
Boje się, że nie będę mogła się z nią dzielić moją radością, smutkiem, obawami, że nie powie mi jak zwykle "dasz radę". Boję się, że jak będę wracać z uczelni to nie zadzwonię do niej i nie powiem "będę za 20 minut, wstaw wodę na kawę". Boję się, że jak będę siedzieć wieczorem sama w pokoju to nie zapuka w moje drzwi i nie powie dobranoc. Boję się, że nie zadzwoni do mnie późno w nocy mówiąc, że przecież już dawno miałam być w domu. Boje się, że nie będę mogła jej okazać tej całej wdzięczności, za to ile dla mnie zrobiła, jak mocno zawsze była za mną, jak się o mnie troszczyła, dbała, kochała. Boję się, że tyle czasu straciłam..
Boję się życia bez niej.
potrzebowałam się komuś wygadać, zebrać myśli, dziękuje, że mogłam to zrobić tutaj