Hej!
Po ostatniej - dość burzliwej - rozmowie ze znajomym nasunęło mi się parę przemyśleń i chętnie dowiem się, co na ten temat myślą inne kobiety.
Zacznę od początku
Mam sporo konserwatywnych znajomych - i to jak na młodych ludzi bardzo konserwatywnych, sama mam poglądy liberalne - wiadomo, z pewnymi wyjątkami (ale u mnie są to wyjątki dotyczące kwestii gospodarczych, nie społecznych, o które zaraz Was zapytam
) bo z całą doktryną nikt się nigdy nie zgadza. I na tle światopoglądowych bardzo często dochodzi do różnego rodzaju spięć.
Zanim zapytam - przytoczę parę sytuacji.
Bardzo rzuciło mi się w oczy, że młode dziewczyny z tej grupy (przed 25-tką) są bardzo wyczulone na podteksty seksualne. Coś, co mi nigdy by się z seksem nie kojarzyło - taniec, sport, zdjęcie z odsłoniętym brzuchem - spotyka się z ich krytyką, że to wyuzdanie, że teraz to wszędzie jest golizna. Mnie to jakoś nie razi, nie razi też moich rodziców, nie razi nawet babci - starszej osoby, wychowanej w innych czasach, więc tym bardziej dziwi mnie ich podejście. Taka śmieszna sytuacja - wrzuciłam zdjęcie z treningu na Instagrama, a że ćwiczę w sportowym staniku, to brzuch był odkryty. A na drugi dzień słyszę od kolegi (który konta na Instagramie nie posiada), że wrzucam wyuzdane zdjęcia. Zapytałam paru osób, czy to zdjęcie wyuzdane (widać tylko brzuch, piersi absolutnie, na dole mam sportowe spodnie), otrzymałam odpowiedź, że nie.
W dodatku zauważyłam, że bardzo demonizowana jest wszelka erotyka - albo szuka się erotyki na siłę, tak jak już wspomniałam. Demonizuje się też osiągnięcia medycyny, takie jak np. in vitro - nikogo nie zmuszam, nie chce, wierzy - nie stosuje, ale te osoby twierdzą, że powinno się tego prawnie zakazać. Tak samo jak z aborcją - najchętniej zmusiliby kobiety do rodzenia. Gender moim zdaniem też jest demonizowane - nie uważam, że dzieci powinny w szkole uczyć się masturbacji, ale fakt, że chłopiec bawi się lalkami a dziewczynka samochodami (jak ja w dzieciństwie np. - lalkom wyrywałam nogi
) nie jest dla mnie niczym niepokojącym. I co gorsza - popierają bicie dzieci, a ustawę zakazującą tzw. "klapsów" uważają za złą.
Widzę też niemałą rolę kościoła w tym wszystkim. Obecnie mieszkam w dużym mieście, ale pochodzę z mniejszej miejscowości - co prawda blisko dużego miasta i traktowanej niemalże jak jego część, ale (niestety) o zahaczającej o wiejską lokalną specyfikę. Dowiedziałam się od znajomych, że np. dzieci przed komunią zmusza się, żeby były CODZIENNIE na różańcu czy roratach. Moja babcia mówi, że nawet za jej czasów - urodziła się w czasie wojny - czegoś takiego nie było - chodziła w niedzielę i w święta. Przecież dla tego dziecka jest 100 rzeczy ważniejszych w ciągu dnia niż pójście do kościoła, a doba ma tylko 24 godziny i to dziecko musi iść do szkoły, odrobić lekcje (a naprawdę dużo im teraz ładują), nauczyć się na jakieś sprawdziany, pobawić, wyspać, zjeść, obejrzeć bajkę itp. Ja tu nie widzę miejsca na 2 godziny wyjęte z dnia codziennie - bo musi się ubrać, dojść, siedzieć w kościele, wrócić, przebrać - dziecko nie robi wszystkiego tak szybko jak dorosły. W dodatku to mocno wadzi rodzicom - sami muszą iść, bo przecież nikt nie puści 8 latka samego w październiku jak już jest ciemno.
Co o tym sądzicie? Czy w Polsce cofamy się do średniowiecza i mimo tego, że formalnie jesteśmy państwem świeckim, to tak naprawdę kościół ma za dużo do powiedzenia? Czy jednak się rozwijamy i ciągniemy w stronę Zachodu? To dobrze czy źle?
Z góry dziękuję za wszystkie Wasze opinie ![]()