Żałoba jest naturalną reakcją człowieka na śmierć bliskiej osoby. Trwa tyle czasu, ile przeżywamy stratę, jest to proces indywidualny, przechodzący falami i trudno ustanowić dla niego normę. Okres ten oprócz przygnębienia, smutku i poczucia straty może nieść za sobą negatywne skutki dla naszego organizmu - jeśli trwa zbyt długo, a my nie potrafimy pogodzić się ze stratą bliskiej osoby, to żal i smutek w odczuwalny sposób mogą wpłynąć na nasze codzienne funkcjonowanie. Także nasze otoczenie, choć początkowo współczujące, po jakimś czasie może poczuć się zmęczone przedłużającym się procesem.
Żałoba jest szerokim zagadnieniem. Zresztą oprócz wewnętrznego przeżywania straty, zwykle dajemy temu wyraz także na zewnątrz, ubierając się na czarno czy też nosząc symboliczną opaskę lub wstążeczkę żałobną, unikając miejsc, okazji do śmiechu i zabawy. Tym razem chciałabym skupić się właśnie na tej zewnętrznej symbolice, bo choć są pewne uniwersalne wytyczne, to przecież nie każdy z nas ściśle się do nich stosuje.
Zwyczajowo żałoba po śmierci męża/żony trwa rok i sześć tygodni, po stracie rodziców pół roku, a przez kolejne sześć miesięcy obowiązuje tzw. pół-żałoba, charakteryzująca się nie czarnymi, a szarymi strojami. Żałobę po dziadkach i rodzeństwie nosimy pół roku, z kolei po dalszych krewnych przez trzy miesiące.
Czy Wy będąc w żałobie konsekwentnie ubieraliście się na czarno, jeśli tak, to jak długo? Robiliście to z własnej potrzeby czy raczej pod wpływem oczekiwań/presji otoczenia? Skrupulatnie unikaliście udziału we wszelkich radosnych zabawach czy jednak zdarzały się odstępstwa? A może wyszliście z założenia, że zmarły nie chciałby, aby po nim płakać i ten okres niewiele różnił się od tego, co miało miejsce wcześniej?
Czy taka żałoba "na pokaz" w ogóle ma sens? Przecież mówi się, że liczy się to, co jest szczere i co nosimy w sercu, a nie co pokazujemy innym.