2004 - poszłam na studia w moim mieście. Nieprzygotowana na egzamin pojechałam... Udało się. Przyjęli mnie. Wtedy to jeszcze było to COŚ. Nie podeszłam do egzaminów końcowych na pierwszym roku ze strachu... Więc będąc tak dowartościowaną poszłam do szkoły policealnej na 2 lata.
2007 - wróciłam na te same studia. Termin egzaminów końcowych na pierwszym roku zbliżał się szybko a kiedy zaczęłam sobie to uświadamiać... odechciało mi się uczyć i już myślałam o tym, że nie ma sensu się uczyć, nie ma sensu zdawać, bo nie zdam, bo boję się... Dodatkowym problemem był pewien wykładowca, który chyba, albo udawał, że nie słyszy co mówię jak pyta, albo musiał pokazać, że jest mądrzejszy, lepszy. U niego z pisania (anglistyka) nie można było dostać 4. Twoje wypociny naprawdę musiały być wybitne, żeby dostać 4. Czułam się podle u niego i nie chciałam chodzić na te zajęcia, nie dość, że się wykładowcy bałam to jeszcze czułam się jak idiotka, która nigdy 4 u niego nie dostanie.
Tutaj skrócę historię, bo już dość późno a jutro muszę wcześnie wstać, ale najważniejsze będzie ![]()
I tak pewnego dnia przypomniał mi się pewien stary serial, z bardzo fajną, bardzo pozytywną postacią, na luzie, bardzo naturalną... Okazało się, że aktor (nasz narodowy
) grający tą postać był po większej części taki, więc obejrzałam kilka innych filmów z nim. Zaczęłam brać przykład z niego i jego postaci, wrzuciłam na luz a dość szybko odkryłam, że takie zachowanie i patrzenie na świat było częścią mnie. Tak więc bez niego i jego pracy nie odkryłabym tego w sobie.
Dzięki temu tak się zmobilizowałam na luzie, że u tamtego wykładowcy jako druga osoba w grupie dostałam 4 z pisania! Do dziś jestem z siebie dumna z tego
Nawet chodzenie na jego zajęcia nie było już straszne.
A ponadto dzięki temu aktorowi i jaki wypływ na mnie wywarł, bez stresu zaczęłam uczyć się do egzaminów (bodajże 3-4 dni przed) i podeszłam do nich bezstresowo. Co prawda gramatyka poszła minimalnie, ale udało się. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie to, że z konwersacji, której najbardziej mogłabym się bać, dostałam 5. To był szok i taka radość.
Niestety osoba ta, która tak wiele mi pomogła odeszła w 2010.
A ja w 2011 po roku przerwy po licencjacie poszłam na studia II stopnia. Tam każdy egzamin był dla mnie na luzie i każdy zdany dobrze. Nawet mgr poszła dobrze. To w jaki sposób zaczęłam podchodzić mentalnie do egzaminów na studiach I stopnia przeniosło się na egzaminy kolejne. Gdyby nie on i jego praca to pewnie nigdy nie skończyłabym żadnych studiów.
Jestem mu wdzięczna za to, co zrobił dla mnie, chociaż nie taki był cel jego pracy
Cieszę się też, że mogłam go o tym poinformować zanim odszedł.