Nie wiem jak zacząc.. byc moze podobna historia jest tu gdzies opisana.. bardzo zalezy mi na opinii doświadczonych (zyciowo czy wiekiem) osob. Fizyczne skutki sytuacji w której jestem zaczynają być coraz bardziej doktliwe, nieprzespane noce, zginający wpół ból brzucha, drżenie dłoni i niemożnośc zajęcia mysli niczym innym za chwile nie pozwolą mi normalnie funkcjonowac. Każdy głos bedzie dla mnie bardzo ważny..
Moj zwiazek z X trwał prawie 8 lat, były wzloty i upadki, ale jak wzloty to prawie do nieba, a upadki na samo dno.. X miał bardzo trudne dziecinstwo, wysoko postawiony ojciec alkoholik znecał sie nad rodziną, a po rozwodzie matka znecała sie nad X widzac w nim powód swojego zniszczonego zycia, miał 7 lat kiedy dziadkowie zabrali go do siebie i chcac zrekompensowac mu te cięzkie doswiadczenia właściwie go nie wychowywali tylko "hodowali", nie miał kolegów, stał sie odludkiem i wnusiem babuni.
Poznalismy sie na studiach, X bardzo szybko sie zaangazował, a ja bedac DDA zobaczyłam w nim swoja druga połówke i tak sie zaczeło. Od poczatku bardzo sie kłócilismy, o głupstwa czasem, X był bardzo zaborczy, moj swiat powoli ograniczył sie tylko do niego, widywalismy sie codziennie po kilka godzin, bylismy bardzo intensywnym zwiazkiem, wiedzielismy o sobie wszystko. To był mo pierwszy chłopak, ja byłam jego pierwsza dziewczyna, nie wiedziałam co jest normalne a co nie, miałam watpliwosci czy to co robi nie jest dziwne, ale z nikomu o tym nie mowiłam tak do konca, bo widziałam te szeroko otwierajace sie ze zdziwienia oczy.. X bywał bardzo agresywny, zdarzało sie ze nie mogac inaczej na mnie wpłynać szarpał mnie, przewracał na łózko, wyzywał ale tak strasznie ze nie miesci sie w głowie, tylko ze potem przepraszał, płakał, całował po rękach, klękał i obiecywał ze nigdy więcej.. i tak co jakis czas sielanka (bo wiem ze mnie kochał, ze byłam dla niego całym światem, podobnie jak on dla mnie) była przerywana takimi epizodami, kiedy wołał za mną ze jestem Hitlerem, na wakacjach w nocy siedział z nozem w reku i nie pozwalał mi isc spac, rzucał przedmiotami, odjeżdzał spod mojego domu z piskiem opon, wydzwaniał całe dnie na domowy nr, pisał po kilkadziesiat smsow dziennie, szantażował ze sie zabije, albo najlepiej jesli zrobimy to oboje skoro nie mozemy sobie ze soba poradzic.. Bałam sie go, był duzym dzieckiem, które chwilami zamieniało sie w demona, w okresach spokoju nie skrzywdziłby muchy, ale kiedy były miedzy nami spiecia był zdolny chyba do wszystkiego..
Z czasem awantur było coraz mniej, X sie uspokoił, skonczył 3ci kierunek studiow i dostał pierwsza powazna prace, ktora tez go w jakis sposob zmieniła, stał sie odpowiedzialniejszy, dojrzalszy, tylko ze w ogole nie myslał o tym ze lata leca i moze czas cos postanowic, sam przekroczył 30, ja sie do niej zblizam (jest starszy o 2 lata) a ciagle kazde z nas mieszkało u siebie, sadze ze bał sie obowiazkow (w domu nie mał zadnych), tego ze trzeba bedzie samemu zabezpieczyc swoj byt (a tak cały dochód mogł iśc do koperty, nie nosił ze soba portfela, nigdy nie miał przy sobie nawet 2zł), dobrze mu było zyc jak nastolatkowi, widywac sie raz u mnie raz u niego i tak sobie trwac.
We wrzesniu został przeniesiony do innego oddziału w firmie i poznał tam rozwodke, ktora od razu sie nim zainteresowała, powiedział mi o tym, chyba łechtało go jego męska dumę na poczatku, potem widziałam ze zaczynało przeszkadzac, ale nic z tym nie robił, nie reagował na tak ani na nie kiedy niby przypadkiem go dotykała, głaskała po głowie, widział ze dla niego zmieniła fryzure, odwazniej sie ubierała, ale na moje pytanie co zrobi jesli ona cos mu w koncu wyzna odpowiedział "powiem jej ze nie mozna budowac szczescia na cudzym nieszczesciu". To ja byłam tym nieszczesciem.. nie mogłam uwierzyc ze to sie dzieje naprawde, ze tyle razem przeszlismy, ja chwilami przez piekło i nagle okazuje sie ze znacze tylko tyle.. przez miesiac po prostu umierałam, powoli, kazdego dnia, i nie usłyszałam zdecydowanego "jestes tylko Ty, ona sie nie liczy".. Jak bumerang wróciły tez demony przeszłosci, zachowania o których myslałam ze juz nigdy sie nie wydarza.. któregos dnia gdy powiedziałam ze dzis musze wrocic do domu wczesniej X po prostu zamknał drzwi od srodka, wyjał klucz z zamka i powiedział "nie wyjdziesz", wszystko przy babci ktora nie zareagowała na to słowem.. Pomyslałam wtedy "na co Ci to, nie jestes pewna czy Cie kiedys nie zostawi, po co masz znosic takie rzeczy".. Postanowiłam ze to ten moment w ktorym musze odejsc (chociaz próbowałam wczesniej wiele razy).
Kilka dni po tej sytuacji spotkałam sie z poznanym na czacie Y, niezobowiazujaco.. i cos zaskoczyło, oboje poczulismy sie jakbysmy znali sie od lat, podobne poczucie humoru, podobne spojrzenie na swiat, pierwszy raz poczułam sie jak kobieta przy facecie, a nie jak matka-opiekunka, mimo ze nie bylismy na romantycznej kolacji tylko siedzielismy w parku na ławce.. Zaczełam sie dopatrywac w tym wszystkim przeznaczenia, ze akurat w takim momencie spotkałam kogos takiego, kto w dodatku mówi ze czekał na mnie całe zycie i widziałam ze nie była to tania bajera obliczona na konkretne korzysci.. Zakochałam sie, a on zakochał sie szalenczo.
I gdyby X pogodził sie z tym ze mnie juz nie ma teraz pewnie byłabym szczesliwa, albo chociaz probowała byc, ale jego rodzina i kolega informowali mnie na biezaco ze to był dla niego szok, sam mi napisał ze nie starał sie bo myslał ze jak zawsze byłam tak bede, ze nie robił tych wszystkich rzeczy które robia mezczyzni bo przeciez jestem inna niz reszta kobiet i ich po prostu nie potrzebuje, ze nigdy mnie nigdzie nie zaprosił, bo i tak bym nie chciała isc itp itd. Schudł prawie 10kg, nie spi, zawala prace (która za chwile jak mysle straci), a ja walcze z wyrzutami sumienia, probuje sobie tłumaczyc ze on mnie nie kochał, był po prostu ode mnie uzalezniony, ze byłam dla niego dziewczyna, kolega, przyjacielem, matka, zastepowałam wszystkich i nikogo poza mna nie potrzebował. Wszyscy moi bliscy na wiadomosc ze to koniec miedzy nami zareagowali w jeden sposob - wreszcie. I nie wiem to ja byłam taka slepa ze nie widziałam tego co oni, czy oni nie poznali go tak jak ja, ze to dobry człowiek tylko skrzywdzony a przez to sam krzywdzi. Czuje sie jakbym oddała dziecko do sierocinca, kiedy wyobrazam go sobie ne moge powstrzymac łez, czuje sie jakbym odcieła sobie rece i chciała zyc dalej, sama te decyzje podjełam i przez chwile było mi z nia dobrze, ale od kiedy wiem ze on sobie z tym nie moze poradzic zastanawiam sie nad jej słusznoscia. W nowym zwiazku jest mi dobrze, czuje sie bezpieczna, akceptowana (bez uwag "jak Ty dzis wygladasz"), kochana, a przede wszystkim nie boje sie ze podczas kłotni moge oberwac albo usłyszec "kim tak naprawde jestem", nie ja sie musze opiekowac, tylko wiem ze on zaopiekuje sie mna, ze dopilnuje, załatwi, a ja mam tylko byc, to mu do szczescia wystarcza..
Tylko ze tesknie ciagle za X, nie umiem jeszcze mowic o nim "były" mimo ze od miesiaca nim jest, odciac sie od wiadomosci co u niego, ktore bardzo chetnie przekazuje mi jego kolega. Wiem ze zaczał chodzic do psychologa (na co nigdy nie mogłam go namowic) i nie wierzy w to ze to koniec, bedzie walczył i czekał.
Czy zmiany sa mozliwe? takie ktore wyeliminuja agresje? czy odejscie po tylu latach i szok z tym zwiazany spowoduje ze dojrzeje? wiem ze nikt mnie juz tak nie pokocha jak on, ale tez nikt tak nie skrzywdzi..
Jestem w rozkroku, jednoczesnie bedac z kazdym z nich i z zadnym, Y widzi jak sie szarpie sama ze soba, ale cierpliwie czeka, bardzo mu na mnie zalezy, wie ze to najbardziej dramatyczne wydarzenia w moim zyciu, ale jemu w koncu tez skonczy sie cierpliwosc..
Na pytanie kogo kocham nie potrafie odpowiedziec.. Z jednej strony facet, konkretny, dojrzały (mimo ze sa w tym samym wieku), powaznie myslacy o zyciu, ktory stracił dla mnie głowe a ja czuje sie przy nim jak nigdy, a z drugiej wspolne lata, wspomnienia (takze piekne), obietnica naprawy wszystkiego, wielka determinacja, znam go jak nikogo na swiecie, on mnie tez, chciałabym miec w nim przyjaciela, ale to niemozliwe..
moze to wszystko wyglada jak jaka zimna kalkulacja, ale nia nie jest, nie uszczesliwie ich obu, jeden z nich na pewno bedzie cierpiał, tylko czy moge dowalic komus kto tyle w zyciu wycierpiał mimo ze nie przeze mnie.. nie umiem sobie poradzic z wyrzutami sumienia
Zmieniłam nr tel, X napisał mi maila ze na swieta chciał sie oswiadczyc i nadal chce..