Witam,
To mój drugi post tutaj, ale poczytuję forum od kilku miesięcy. Piszę, bo rozpaczliwie potrzebuję rady, kopnięcia w d***, obiektywnej oceny mądrych, doświadczonych osób, które niekoniecznie będą mnie głaskać po główce, ale które podpowiedzą, co robić.
Nie będę się rozpisywać na temat syndromu dziecka domu dysfunkcyjnego, bo wtajemniczeni doskonale wiedzą, z czym to się je. Jak napisałam w poprzednim poście, nie roszczę pretensji do ojca o stan mojej psychiki na dziś, bo wiem, że ponosi zaledwie niewielki procent winy za to, jakim człowiekiem się stałam. W myśl zasady- nie ważne co nam uczyniono, ważne co myśmy z tym zrobili, biję się w pierś i zastanawiam co z tym fantem (psychiką) zrobić.
Otóż, mam wspaniałego faceta, z którym jestem prawie 10 lat. Do tej pory wydawało nam się, że naturalnym skutkiem naszej miłości będzie kupno domu, założenie rodziny. Teraz oboje nie jesteśmy już tacy pewni, oboje zawiniliśmy, oboje skutecznie zapracowaliśmy na utracone zaufanie. Ale równie skutecznie pracowaliśmy na jego odbudowanie.
Z tym, że ja wciąż doszukuję się kłamstwa, matactw, wylewam na niego gorzkie żale, zachowuję się jak osoba typowo toksyczna- jestem zaborcza, zazdrosna, na najmniejszy stres i problem reaguję lękiem i płaczem, nie potrafię się uspokoić. Kilka lat temu przechodziłam przez depresję, teraz znów mam spore problemy emocjonalne. Doszło do tego, że odliczam dni, w których nie ma kłótni i cieszę się, kiedy dojdzie do pięciu... Oboje przyznajemy, że byłoby prościej (i zdrowiej) gdybyśmy zdecydowali się na rozstanie. Oboje boimy się siebie (wiem, jak to brzmi). On boi się moich jazd (płaczu, roztrząsania przeszłości, ciągłych rozmów o jego przewinieniach, mojego rozchwiania), ja boję się, że jestem (bądź byłam)okłamywana, że mój związek to jeden wielki fałsz (to irracjonalne).
Wiem jedno- nie chcę się rozstawać, chcę wreszcie zacząć żyć NORMALNIE, bez domniemań, bez doszukiwania się dziury w całym, bez wracania do przeszłości. Chcę wyłączyć w swoim mózgu guzik, który odpowiada za te dziwne, męczące dla nas obojga stany. Chcę walczyć, chcę obdarzyć go taką miłością, na jaką zasługuje- pewną, stabilną, bezpieczną, taką która "nie pamięta złego".
Nie wie, czy to co napisałam jest czytelne, mam jednak nadzieję, że ktoś zechce się wypowiedzieć.
Pozdrawiam ![]()