Jestem z dziewczyną 4ty rok, na początku pomieszkaliśmy rok razem u niej bo ma swoje mieszkanie. Potem jako, że ciągle się żarliśmy postanowliśmy zamieszkać oddzielnie. W międzyczasie raz na dwa trzy tygodnie dziewczyna robiła mi dantejskie sceny, od miłości do nienawiści, z przeróżnych powodów. Scena czyli przy różnicy zdań czy sprzeczce, zabierała wszystkie swoje rzeczy i uciekała krzycząc wszem i wobec, że mnie nienawidzi i już nigdy jej nie zobaczę. Takie sceny są strasznie wyczęrpujące i na długo wyłączają mnie z normalnego trybu życia. To się zaczęło jakoś po pół roku bycia razem, po prostu wyrzucała mnie z domu. Po każdej takiej scenie jak dochodziła do siebie po fazie histerii i choleryzmu, najpierw oskarżała mnie, że to wszystko przeze mnie a potem przepraszała mnie i obiecywała tak więcej nie robić, do następnego razu. Z biegiem lat przestałem się trochę tym emocjonować i nauczyłem się wziąć na luz i odczekać aż jej przejdzie. W międzyczasie była psychoterapia dla par etc. Sprawa wyszła nieskomplikowana a zarazem bardzo. U mnie w domu zawsze ze mną rozmawiano i konflity rozwiązywano na zasadzie win-win. U niej rodzice całe jej dzieciństwo ze sobą walczyli i rozwiedli się jak dzieci dorosły. Obydwoje zdaje się załatwiamy sprawy tak jak nas nauczono w domu. Ostatni raz wielką scenę miałem w lutym, taką gdzie po wszystki powiedziałem, że nie pasujemy do siebie i nic z nas nie będzie, niestety. Byłem podejmowany pod kolana i słyszałem kolejne zapewnienia, że będzie nad sobą panować, szloch i rozpacz. Jestem mięczakiem i frajerem, bo zamiast zacisnąć zęby, przeboleć i już teraz żyć własnym życiem, jak zwykle nie chcąc robić jej przykrości i wierząc w nią szczerze przystałem na kolejną próbę.
Zycie ułożyło się tak, że mieliśmy znowu zamieszkać razem, w związku z tym zainwestowałem trochę nie w nią samą (jest artystką i nie ma stałego źródła utrzymania) tylko w jej mieszkanie. Rozpoczął się drobny remont, który robiłem sam, za swoje pieniądze, własnymi rękoma. Potrzebowałem czasem pomocy, ale raczej, żeby mi pokazał jak by chciała aby jej ułożyć kafelki tudzież jak widzi to czy tamto. I okazało się, że jako, że tu ma imprezkę i tam ma imprezkę to nie może mi aż tyle pomogać, więc tygodniowy remont wydłużył się już na ponad miesiąc. Kiedy usiłowałem jej przekaząć, że moim zdaniem nie szanuje mojego czasu i nakładu finansowego z mojej strony, to usłyszałem, że to jaj jej nie szanuję i tylko wypominam jej pieniądze i że jestem jaj jej ojciec, którego nienawiadzi. Te słowa padły w dzień jej wernisażu, na który nie poszedłem bo poczułem się do cna dotknięty porównaniem do jej ojca a powodu którego wypłakuje mi się godzinami w kołnież po każdej u nigo wizycie. Nie widzięliśmy się przez kilka dni, remont stoi nie skończony, znowu mam scenę, w której dziewczyna jest zdruzgotana bo uważa, że jej nie szanuję nie wspieram a w ogóle to ona sobie ten remont sama skończy jak mam czas. Wszystkie plany biorą w łeb, za co bym się nie wziął w tym związku zawszę odnoszę wręcz przeciwny efekt. Czuję się wdeptany w ziemię, w nic już nie wierzę, że coś się zmieni, że w ogóle dorośli ludzie potrafią się zmieniać. Myślę, że obydwoje się kochamy, ale ta miłość jest na krawędzi nienawiści zawsze gdy okażę choćby odrobinę niezadowolenia z jej podejścia do związku. Jesteśmu od siebie bardzo różni, ja jestem raczej spokojny i jestem domatorem, ona potrzebuje do szczęścia wielu ludzi i imprezy raz na jakiś czas. Sam jej te imprezy stawiam, wożę ją na nie i z nich odbieram, w międzyczasie np robiąc remont jej domu, dla nas ,ale to jednak jej miejsce a nie moje, z którego już nie raz mnie wygnała. Jestem totalnie miękki, nie chcę jej robić żadnych przykrości, chcę aby jej życie było dzieki mnie lepsze, ale jak jawnie ze mną pogrywa to nie potrafię siedzieć cicho. Wyjaśniałem jej to na spokojnie i w emocjach, na każdy znany mi możliwy sposób, nie odniosłem żadnego skutku. Nie mam już sił aby z nią walczyć, nie mogę nic w życiu zaplanować z nią, bo zaraz zmieni danie i pomysł i będzie miała do mnie pretensję że wczesniej umówiła się ze mną na co innego. Nie mam już wielu nadzieji, że cokolwiek się zmieni, a nadal nie potrafię tego skończyć. O nic nie proszę, piszę o tym skrótowo i po łebkach chyba tylko po to aby oczyścić trochę umysł i nie zwariować. Pozdrawiam A.
Podobne tematy
A Ty chociaż masz faktury na siebie za ten remont czy po prostu zabawiłeś się w dobrego wujka?? Poza tym ona jest z Tobą tylko wtedy, kiedy jest jej wygodnie... a przynajmniej takie odniosłem wrażenie po tym wpisie...
No co ty, spotykam się z dziewczyną 4 lata, mieszkałem z nią a potem jak mnie pogoniła to ona pomieszkiwała ze mną, nigdy nie mieliśmy najmniejszych sporów o pieniądze, spory zawsze dotyczyły rozwiązywania problemów, prawodmówności, ale zadnych zdrad ani nic (przynajmniej nic o czym bym nie wiedział), to jakby nigdy by mi nie przyszło do głowy brać faktury na ten remont. Zresztą nawet jakby mi znowy kazała spadać to nie chciał bym od niej grosza, kaska nie gra dla mnie większej roli w ogóle, o ile ją mam a akurat mam. Nie mogę powiedzieć, żeby była ze mną tylko wtedy kiedy jest jej wygodnie. Piszę bo już nie ogarniam, czuję, że im więcej od siebie daje tym bardziej dostaję od niej popalić po prostu, nie mam się już nawet kogo poradzić. Po 4 latach ciągłych jazd, które mi serwuje, zdążyłem się już naprzykrzyć chyba wszystkim znajomym poprostu, nie mam nawet z kim pogadać. Co dwa trzy tygodnie mam jakies totalnie bezpodstawne jazdy, nienawiść i miłość. To dobra dziewczyna ale z domu wyniosła wychowanie od ludzi którzy całe życie ze sobą walczyli, i ona nic innego nie potrafi, nawet jak nie chce się tak zachowywać to właśnie tak jej wychodzi. Szantarze emocjonalne, zmienianie zdania co 5 minut, napady histerii i choleryzmu gdy nie jest jak chce. Gdy jest w takim stanie to może powiedzieć cokolwiek, nawet rzeczy których nie myśli, to nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. Nigdy nie usiłuje dojrzeć, że konflikty zazwyczaj nie są jednostronne tylko generowane przez dwie osoby, i nie próbuje ich rozwiązywać w żaden sposób, tylko histeria choleryzm, a potem głęboki żal do konca dnia, czasem przeprosiny, a następnego dnia element wyparcia, i brak możliwość powrotu do problemu bez agresjii słownej. A teraz z tym remontem to już pojechała na maxa, coś co można zrobić w tydzień ciągnie się miesiąc, nie ma czasu pokazać palcem co chce mimo iż to dla niej a nie dla mnie bo u niej w domu. Na jakiekolwiek argumenty moje ma jeden, że jej wypominam kasę i że mi ją zaraz odda, i że jej nie jest potrzebny żaden remont i że skończy go sobie sama. etc etc. ciężka sprawa, nie mam już żadnych pomysłów na wyjście z impasu
poza psychologiem dla par, inaczej tak będzie zawsze, mimo obietnic chęci zmiany podejścia zawsze kończy się tak samo, nie ważne co by się działo to moja wina. Jestem złamany, zawsze to mnie zostawiały kobiety, i nie znajduję w sobie siły aby zapewnić komukolwiek takie odczucia a z drugiej strony mnie to wykańcza tak, że odechciewa mi się żyć. Takie buty.
4 2014-05-25 23:58:38 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-25 23:59:55)
Dałeś sobie wejść na głowę to cierpisz. Sam zauwazyles, ze im wiecej dajesz od siebie i im jestes bardziej dobry dla niej, tym jest ona dla Ciebie gorsza. Działasz jak kobieta kochająca za bardzo. Spytaj sam siebie czemu taki jestes? I zawsze ten sam schemat - spokojny,domator, ona szalona. Po prostu dziewczyna emocji potrzebuje i az dziwne, ze tyle lat to sie ciągnie. Czemu sie dajesz tym jej atakom, czemu tolerujesz zmiany zdania? Szantaże? Czyzby ze strachu?
Wydaje mi się, o tyle o ile znam siebie i ją, że to też nie jest sedno sprawy. Ona się czuje tak samo poszkodowana jak ja. Problem nie polega na tym, że ja jestem spokojny domator a ona nie (nie mamy już po 18 lat, nie mamy już nawet po 20 bo już po trzydziestce). Niby już problemy np. że jak ja coś powiem, na coś się umówię to tak zrobię, a dziewczyna mówi co jej ślina na język przyniesie a robi coś zupełnie innego, przerobiliśmy, ale to się nadal o to samo rozbija. Chyba dwa podstawowe problemy, jak się na coś umówię, to nigdy nie pokpię sprawy, a teraz no to się umówiłem, mam się do ciebie przeprowadzić, robię z tej okazji dla ciebie remont, ale minimum musisz mi pomóc, i umówiła się, na dokładny dzień i zmieniła plany, jak stanąłem okoniem, to poleciała w inwektywy, bo straciła rezon, ale jedyne co z tego wyciągnęła, to to że nie przyszedłem na jej wernisaż, a skoro mnie wyzwała od osoby, przez którą ma wiele problemów w życiu, czyli swojego ojca, to czemu się jeszcze dziwi, że nie przyszedłem. Pokpiła sprawę, którą ze mną wcześniej umówiła (nie poraz pierwszy) po czym jak się postawiłem, to mnie wyzwała używając najgorszej możliwej w jej przypadku inwektywy i jeszcze ma pretensję, że nie przyszedłem. Oskarża mnie o wyssane z palca sprawy, a sama ma ze sobą mnóstwo problemów nieprzepracowanych z dzieciństwa. Dla ścisłości, ja też jestem człowiekiem i czasem coś skrewię ale staram się i nie ściemniam, nie oszukuję i nie odwracam kota ogonem. Większość ludzi w moim otoczeniu już dawno mi powiedziało, że ma nadzieje, że wiem co robię, bo życie z taką osobą jest męczarnią. Sam już nie jestem pewien czy wiem co robię, szukam w sobie siły, żeby nie odpuścić i wierzę, że może coś się zmieni. Poza takimi napdadami i scenami, jest wspaniałą dziewczyną, ale te akcje uniemożliwają mi normalne funkcjonowanie i z nią i samemu, po prostu odechciewa mi się wszystkiego.
Popatrz. Kobiety zawsze Cie zostawiały. Czemu więc nie potrafisz zmienić swojego zachowania? Czemu jesteś taki słaby i dajesz wpędzić sie w poczucie winy, a jesli nie to dajesz sie wyzwac i ona nie ponosi konsekwencji czynów? Czemu nie olejesz tego co ona robi? Czemu wszystko planujesz z nią? Postaraj sie byc bardziej niezależny. A jesli juz zaczyna sie jej atak na Ciebie to czemu jej nie upomnisz DOSADNIE i nie wywalisz na zbity pysk z własną groźbą odejścia, jeśli sie nie poprawi? Po co Ci rozwydrzony dzieciak na utrzymaniu nie szanujący niczego co dla niej robisz i w jaki sposób zyjesz? Gdzie sie podziała Twoja męskość? Troche agresji chłopie, a nie spokojnego tłumaczenia. Masz jej to wytłumaczyc emocjami, a nie logiką. To jest kobieta, do tej istoty docierają czyny które trącą jej poczucie bezpieczenstwa. A Ty bezpieczenstwa jej dajesz nadmiar i moze robić z Tobą praktycznie to co chce i uchodzi jej to na sucho. Mowisz, ze troche mniej sie emocjonujesz, ale jednoczesnie cierpisz i Cie to wykancza. Musisz to totalnie olać, musisz jej sie postawić. Jej nie zmienisz, ale siebie i swoje podejscie mozesz. Albo męcz sie dalej próbując ją naginać. Słowami NIC nie zdziałasz i po tylu latach powinienes to wiedziec.
Staram się nie dawać tym atakom, ale mam jakiś mechanizm taki w sobie, którego nie udało mi się przepracować, że jak moja kobieta zaczyna płakać z jakiegoś powodu, którego mi nie wytłumaczy to czuję poczucie winy. Tkwię w tym bo poza wadami znam też jej zalety, tkwię w tym ponieważ, to zawsze ja byłem zostawiany dotychczas w moich nielicznych długotrwałych związkach i po tym długo cierpiałem i nie chcę nigdy nikomu sprawić podobnej niespodzianki, rozstanie się na normalnie z nią nie jest możliwe, bo tylko wóz albo przewóz. Jestem zdruzgotany tym, że z domu wynosi się takie rzeczy i że potem one wpływają w taki sposób na zycie innych, np teraz na moje. Kolejna sparwa, że jestem po prostu miętki, staram się nie dawać i nie brać tego do siebie wiedząc, że w gniewie wykrzykuje rzeczy, których często nawet nie myśli. Ale od czasu do czasu poziom abstrakcji wymyślanych przez nią problemów mnie przerasta, gorycz mi się przelewa, w głowie mi się kręci i najchętniej bym zniknął. Brakuje mi już pomysłów na normalne funkcjonowanie bez rozstania.
8 2014-05-26 00:39:53 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-26 01:01:23)
Ale Ty tez wyniosles to z rodziny widocznie, bo kto Cie nie nauczył byc twardym?
Oczywiscie mozecie nie pasowac temperamentem, ale jednak też z Tobą jest problem i Twoim "spokojem", oraz obwinianiem. Kobiete mozesz wyslac na terapie indywidualną, ale po tylu latach sadzisz, ze sie cos zmieni? Bo ja nie bardzo. Lepiej zmienic siebie, stworzyc ramę zachowan dozwolonych i niedozwolonych, a jesli nie pomoze to szukac kogos kto będzie miał podobny charakter. Tylko sobie zycie marnujesz, a ta kobieta zaniza Ci wartosc poprzez... jej niską wartosc. To nie jest Twoje dziecko bys reagowal na płacz, który nie jest spowodowany tym, że ją krzywdzisz (bo nie krzywdzisz).
Popatrz jak opisuje toksyczne kobiety
http://www.netkobiety.pl/t70317.html#p2001291
W wiekszosci tez tylko takie spotykam, az uwierzylem, że tylko takie chodzą po tym swiecie. Od razu urywam kontakt w momencie jak źle na mnie jej zachowania wpływają i nie da sie jej "ustawic do pionu" czy jak to one nazywają "ogarnąć". Jak próbuje przypisac mi winę lub gorsze cechy których nie mam itd. W zwiazku jednak albo uczy sie zdrowego podejscia, albo sie rozstajemy, bo takich zachowan nie da sie wytrzymać na dłuzsza mete. Nie rozmawiasz w momencie atakowania przez nią. Musisz cos zrobic, lub czegos nie zrobic - tylko czyny działają emocjonalnie. Im bardziej lekcewazysz jej ataki, tym mniejszy sens ona widzi w ich wywoływaniu. Z drugiej strony jesli cos juz robić to z większą emocjonalną siłą niż ona. Po prostu miec silniejsze emocje, ale nie te ktore Ciebie niszczą (np smutek, depresja, obwinianie).
Poza tym jesli ona ma dziecinne zachowania to potrzebuje ojca. Ojca tez w partnerze i prawda jest taka, ze jesli przypominasz jej ojca to jestes dla niej atrakcyjny. Co mozesz z tym zrobic? Tylko i wyłącznie wzmocnić samego siebie i ustawic ramy, by nie cierpieć przez jej zachowania.
9 2014-05-26 01:35:13 Ostatnio edytowany przez ego82 (2014-05-26 02:34:27)
Poza tym jesli ona ma dziecinne zachowania to potrzebuje ojca. Ojca tez w partnerze i prawda jest taka, ze jesli przypominasz jej ojca to jestes dla niej atrakcyjny. Co mozesz z tym zrobic? Tylko i wyłącznie wzmocnić samego siebie i ustawic ramy, by nie cierpieć przez jej zachowania.
Swego czasu pamiętam, jak w pewnym podcaście PUA, Tomek ekspert odniósł się do "ram", które w sumie wcześniej sam promował. No cóż, śmiech to zdrowie, szczególnie jeśli mowa o "ramkach" do zdjęć ![]()
Swoją drogą, nie uważam, by lekka, nieprzesadna dziecinność była czymś nieatrakcyjnym. Na przykład, mi się podobają lekko dziecinne kobiety, w sensie dziecinny uśmiech czy cokolwiek podobnego. Poza tym, w każdym z nas jest trochę dziecka, i nie ma się co tego wypierać czy też negować... szczególnie lubię dzieci tak do 7 roku życia, bo są nie tylko fajne itp. itd., ale przede wszystkim szczere do bólu, naturalne, prawdziwie i spontaniczne - fajnie z nimi przebywać, bawić się, po prostu przytulić do maleństwa itp. itd -- natomiast wielka szkoda, że później to tak szybko i często w nich po prostu zanika, ale cóż... "ci dorośli" robią swoje, niestety. Jak to mówią, witamy w świecie dorosłych, w świecie pełnym ..... (nie czytałem tematu, więc taka wyrwana z kontekstu dygresja z mojej strony).
Ale w sumie to, sam zobacz, ile osób NEGUJE "coś" według swoich kryteriów (ram), które nie są tak dla innych atrakcyjne . Po prostu, według mnie potrzeba więcej mądrych i otwartych ludzi na tym świecie...
10 2014-05-26 04:00:23 Ostatnio edytowany przez kosmiczny nick (2014-05-26 05:43:15)
...Zresztą nawet jakby mi znowy kazała spadać to nie chciał bym od niej grosza, kaska nie gra dla mnie większej roli w ogóle, o ile ją mam a akurat mam. Nie mogę powiedzieć, żeby była ze mną tylko wtedy kiedy jest jej wygodnie. Piszę bo już nie ogarniam, czuję, że im więcej od siebie daje tym bardziej dostaję od niej popalić po prostu, nie mam się już nawet kogo poradzić... Co dwa trzy tygodnie mam jakies totalnie bezpodstawne jazdy, nienawiść i miłość.
Niekończąca się huśtawka emocjonalna... To faktycznie zakrawa na toksyczny, wyczerpujący związek. Dajesz coś z siebie, a w zamian masz proporcjonalnie więcej negatywnych emocji z jej strony. I tak ciesz się, że z taką małą częśtotliwością. Jak czułbys się majac takie sytuacje prawie kazdego dnia?
z domu wyniosła wychowanie od ludzi którzy całe życie ze sobą walczyli, i ona nic innego nie potrafi, nawet jak nie chce się tak zachowywać to właśnie tak jej wychodzi.
Niestety, ale to szablon, jaki niewielu osobom udało sie odsunąć przy wejściu w swój własny związek. Być moze Ty sam - jak sugeruje to thepass - nie miałeś wzorca silnego faceta i stąd ta delikatność i spokój, aczkolwiek moim zdaniem to własnie ten spokój i opanowanie (nawet w obliczu histerii kobiety) są oznaką siły i pewnosci siebie. Podejrzewam, ze gdybyś przyjął jej taktyke i zaczął podobnie się zachowywać, rzucać słowami i niemiłymi tekstami - mielibyście już klasyczne piekiełko.
Szantarze emocjonalne, zmienianie zdania co 5 minut, napady histerii i choleryzmu gdy nie jest jak chce. Gdy jest w takim stanie to może powiedzieć cokolwiek, nawet rzeczy których nie myśli, to nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. Nigdy nie usiłuje dojrzeć, że konflikty zazwyczaj nie są jednostronne tylko generowane przez dwie osoby, i nie próbuje ich rozwiązywać w żaden sposób, tylko histeria choleryzm, a potem głęboki żal do konca dnia, czasem przeprosiny, a następnego dnia element wyparcia, i brak możliwość powrotu do problemu bez agresjii słownej. A teraz z tym remontem to już pojechała na maxa, coś co można zrobić w tydzień ciągnie się miesiąc, nie ma czasu pokazać palcem co chce mimo iż to dla niej a nie dla mnie bo u niej w domu. Na jakiekolwiek argumenty moje ma jeden, że jej wypominam kasę i że mi ją zaraz odda ciężka sprawa, nie mam już żadnych pomysłów na wyjście z impasu
Wygląda na to, ze jest osobą dumną, z zadatkami despotki i problemami emocjonalnymi. Wyobraź sobie, co by sie miedzy Wami działo, gdybys sam miał swoje zdanie na temat jakichś szczegółów i każda Twoja decyzja byłaby podważana i wzbudzała dodatkowo agresję.
poza psychologiem dla par, inaczej tak będzie zawsze, mimo obietnic chęci zmiany podejścia zawsze kończy się tak samo, nie ważne co by się działo to moja wina...to wykańcza tak, że odechciewa mi się żyć.
O ile do takiej terapii dojdzie, bo nie bedzie miła. Być może, jak okaże się, że na takiej terapii usłyszy o swoim zachowaniu - w obecności osób trzecich - parę niemiłych słów, szybko sie z tego wymiksuje i ratunku dla poprawy juz nie znajdziesz. Skoro są z jej strony przebłyski swiadomości ze swoich zachowań, skoro są obietnice zmiany podejscia - dlaczego nic z tym nie robi? Spróbuj jej uświadomić, że w taki sposób doprowadzi do końca, bo w pewnym momencie sie poddasz i straci Cię ze swojego zycia. Czytając to wszystko mam wrażenie, ze raczej juz potrzeba tu pomocy dobrego psychologa czy nawet i psychiatry, bo widzę elementarne problemy z kontrolą emocji.
Sam już nie jestem pewien czy wiem co robię, szukam w sobie siły, żeby nie odpuścić i wierzę, że może coś się zmieni. Poza takimi napdadami i scenami, jest wspaniałą dziewczyną, ale te akcje uniemożliwają mi normalne funkcjonowanie i z nią i samemu, po prostu odechciewa mi się wszystkiego.
Jestem zdruzgotany tym, że z domu wynosi się takie rzeczy i że potem one wpływają w taki sposób na zycie innych, np teraz na moje
Niestety, ale często schematy zaobserwowane w domu, wyniesione sa bezwiednie (a często "wiednie" i z premedytacją) zaszczepiane w budowanym zwiazku. To wpływa na Wasze wzajemne relacje i Twoje samopoczucie. Za niedługo poczujesz sie nikim...
Nakłoń ja do pracy nad sobą. Moze Tobie przynajmniej sie uda i oboje zaczniecie normalne zycie...
Jako, że piszę do was na publicznym forum o swoim problemie głównie po to aby go nie kisić w sobie, ale nie zwracam się bezpośrednio po poradę, gdyż w moim mniemaniu taka nie istnieje (nie ma instant rozwiązań takich sytuacji, może porady u specjalisty przy zaangażowaniu trzech stron) to nie bardzo umiem się odnieść do waszych porad, za które i tak jestem wdzięczny i za nie dziękuję. Poruszacie tematy, które zdążyłem już zazwyczaj przerobić, albo z dziewczyną albo sam. Moim zdaniem jej uczucie do mnie jest szczere, czy dziecinne to inna sprawa, bo jest to uczucie opierające się na samym uczuciu, dziewczynka jest artystką, ma artystyczne podejście do życia związane z życiowym chaosem, nieogarnięciem i przy okazji tak naprawdę jest utrzymywana przez ojca, którego tak samo kocha jak nienawidzi (czy szuka we mnie ojca ? nie jestem przekonany, choć ceni moją opiekuńczość), to mi w ogóle nie przeszkadza bo widzę dużo więcej wartości w realizowaniu swoich życiowych pomysłów niż chodzenie do pracy od 7 do 15 (tak jak ja pracuję). Nigdy nie mieliśmy ze sobą żadnych problemów o podłożu zazdrości, pieniędzy, rodziny, majątku, jakkolwiek bardzo się różnimy to podejście do życia mamy podejście i życiowo się dogadujemy. Gorzej jeśli chodzi o słowność i ustalanie wspólnych działań. Ja trzymam się raz powiedzianego i dotrzymuję słowa, moja dziewczyna nie i co więcej, nigdy nie przyzna, że skrewiła tylko będzie odwracać kota ogonem. To jest chyba jedna z niewielu rzeczy, której nie potrafię, co więcej nie chcę przemilczeć, i która destabilizuje moje poczucie bezpieczeństwa w związku. Nie dość, że zawsze chce się wykpić a trudne rozmowy rozwala swoją histerią i choleryzmem, przeplatanym później często z rozpaczą i chcęcią zmiany, z której nic nie wynika
bo jak tylko przejdzie jej szloch to zapomina o sprawie, ja przestaję naciskać bo nie mam serca jej dalej "cisnąć" i nic się nie zmienia, już nie raz stawiałem sprawę na ostrzu noża, że albo przestanie się zachowywać w taki sposób albo będziemy musieli się rozstać. Jestem za miękki, co oczywiście też wyniosłem z domu, ale nie będę wyrzucał sobie ani moim rodzicom, że wychowali mnie w poczuciu szacunku dla wartości innych ludzi, inna sprawa, że nadmiar szacunku i chęci zrozumienia innych nie raz skopał mi w życiu dupę, ale jak jest się miętkim to trza mieć dupę twardką jak mawiają. Inni ludzie nie robią mi takiego zamieszania w życiorysie jak moja dziewczyna, ona wie na jakich nutach zagrać i wie, że mi na niej zależy. Jestem w kropce, i jedyne co mogę zrobić to zmienić siebie ale jakoś niekoniecznie widzę tę zmianę jako zmianę na lepsze. Ogólnie nie uważam zmiany związku na brak związku na in plus, wychodzę z zasady, że lepiej naprawiać jest źle funkcjonujące mechanizmy niż je wyrzucać i zmieniać na nowe. Niestety skończyły mi się narzędzia i pomysły na naprawę. Nie widzę możliwości kontynuowania na dotychczasowych zasadach (nie widzę jej już od lat i za każdym razem o tym mówię i wnoszę o zmianę zasad funkcjonowania mojej dziewczyny w sytuacjach stresowych i spornych) i nie widzę aby jakiekolwiek zasady zmieniały się. Na koniec dodam, że nie jestem masochistą ani nic w tym stylu
Prawdą jest, że po każdej takiej scenie czuję się nikim bardziej i bardziej i za każdą sceną dużo więcej czasu zajmuje mi dochodzenie do siebie, to co na początku zajmowało mi godziny, teraz zajmuje dnie lub tygodnie, nic mnie chyba w życiu tak nie wycięczało dotychczas. Za każdym razem namawiam ją do pracy nad sobą, ale wyraża taką chęć tylko po scysjach w krótkotrwałym okresie rozpaczy, następnego dnia już o tym nie pamięta i nie ma powrotu do tych rozmów, bo rozpoczynają tylko następny konflikt, myślę, że ma bardzo silny mechanizm wyparcia. Też uważam, że bez profesjonalisty już wiele zrobić nie da rady i jak już znajdę w sobie siły na jakiś kontakt (remontu już nie skończę ale chociaż muszę zabrać narzędzia swoje, z przeprowadzki też nic nie będzie, muszę znaleźć sobie miejsce do mieszkania i wziąć część swoich rzeczy od niej - żeby chociaż mieć na czym spać i usiąść) to będzie jedyna karta jaka mi została do zagrania przed rozstaniem. Także tak czy inaczej jest to strzał w kolano, być razem źle, nie być razem też źle. Długo szukałem, żeby się przyczepić o coś do siebie, i zmienić coś w sobie
aby te sceny się nie powtarzały lub chociaż nie były tak emocjonalnie wyczerpujące. Ale niestety nie mam sobie wiele do zarzucenia, jakbym przestał komunikować to minimum, które komunikuję gdy coś jest między nami nie tak, to mógłbym się tylko podporządkować i spantoflować, takiej opcji także nie widzę.
A więc oboje jesteście po 30... Wybacz, ale zachowanie Twojej lubej zupełnie temu przeczy. Jej już się raczej nie da "wyprostować" i kwestia teraz jest taka czy wyobrażasz sobie rodzinę z kimś tak niestabilnym emocjonalnie, chyba że to Cię nie interesuje to możesz się dalej z nią męczyć. Tylko teraz pytam... po co?
Dojrzałość cielesna nie zawsze idzie w parze z dojrzałością mentalną, ja sam nie powiedział bym o sobie, że jestem specjalnie dorosły, pewnie mam z 18 lat, co nie przeszkadza mi w wieku 33 lat zachowywać się normalnie wobec otoczenia. Jeśli chodzi o zakładanie rodziny, to żaden ślub mnie nie interesuje, jej także, dzieci też nie planujemy posiadać, świadomie (przynajmniej ja, bo dla dziewczyny słowa niewiele znaczą, a organizm i tak zrobi co zechce) także pod tym względem jesteśmy także dogadani i nie stanowiło to dotychczas podstawy do konfliktu między nami. Ja już sam nie wiem na co liczę, serce swoje rozum swoje. Zdaje się, że nie lubię zmian i ogólnie jestem stały w podejściu do życia, zarazem przewidywalny, poza tym jak wspominałem wydawało mi się zawsze, że przy odrobinie chęci można wszystko naprawić, ale nie widzę już oznak chęci ku temu ze strony dziewczyny.
14 2014-05-26 12:25:51 Ostatnio edytowany przez robingirl (2014-05-26 12:30:56)
EDIT: podwójnie się wpisało, więc jedną usuwam.
15 2014-05-26 12:30:11 Ostatnio edytowany przez robingirl (2014-05-26 13:03:37)
Azetka,
nie szukasz porad, ale parę uwag ode mnie.
Jak dla mnie w Waszym związku przyciągnęły się przeciwieństwa. Ja na własnej skórze przekonałam się, jak złudne jest poczucie, że przeciwieństwa się uzupełniają. Ok, ludzie moga się uzupełniać, ale wszystko zależy od tego w jakich sprawach i na ile są różni. U mnie role podzielone byłby odwrotnie: on kochany i wyluzowany, z ogromną ilością dobrych chęci i lekko mniejszą faktycznych działań i ja - odpowiedzialna, załatwiająca, to co trzeba. I wyszło, że właśnie podejście do sposobu realizacji wspólnych planów i tym samym marzeń w dużej mierze dopprowadziło do naszego rozstania. Pomógł (?!) zewnętrzny kryzys, który wyciągnął na światło dzienne to, czym na codzień jakoś "zarządzaliśmy", a co w momencie, gdy trzeba było wykazac się dojrzałością urosło do rozmiarów przepaści nie do przeskoczenia. Dlatego mnie nie dziwi, że dogadujecie się w wielu sprawach, że widzisz zalety drugiej strony (tak swoją drogą, to naprawdę jestem ciekawa jakie - i nie jestem tutaj złoślwa- bo z tego co piszesz, to zalet dla partnera w związku mało można pokazać) i że jednocześnie się męczysz: jak dla mnie nie możesz żyć w zgodzie ze sobą, z zasadami, które wyniosłeś z domu i które, jak masz dowód (nawet podświadomy) pozwoliły na zbudowanie Twoim rodzicom chyba szczęsliwej, a na pewno stabilnej rodziny.
A zaczyna Cię to męczyć tym bardziej, że 4 lata to kawałek czasu i powoli człowiek "osiada" się w związku. Pierwsza fascynacja za Wami. Pierwsze docieranie za Wami. Magiczna 30 za Wami. I wcale bym się nie zdziwiła, że po prostu to, co was na początku przyciągnęło przestaje wystarczać. Może to, czego wydawało Ci się, że chcesz, wcale nie jest tym, czego potrzebujesz do swojego indywdualnego poczucia szczęścia. "Love is sometimes not enough" vel i z nią źle i bez niej nie dobrze.
Widać, że dość świadoime podchodzisz do Waszego zwiazku i niuansów relacji ze swoją dziewczyną. Sam musisz podjąć decyzję, czy wir emocji jest dla Ciebie ważniejszy niż spokój i stabilność. Bo może z dziewczyną bardziej podobną do Ciebie, po prostu po takich huśtawkach będziesz się nudził (ale chyba były też jakieś inne wcześniej więc masz porównanie).
Ale może jedna wskazówka: usiądź na spokojnie i przemyśl, jak chciałbyś, żeby wyglądało Twoje życie za 10 lat. Albo np. jak ma wyglądać jeden idealny dzień z Twojego przyszłego życia. I wtedy pomyśl, czy swój ideał masz szansę zrealizować z aktualną dziewczyną. Taką jak jest teraz. Bo może się zmieni na lepsze, ale może na gorsze, więc i tak najlepiej pracowac danyh aktualnych.
Powodzenia
Przeciwieństwa przeciwieństwami, mamy wiele cech wspólnych, co więcej podobno nawet jesteśmy do siebie fizycznie podobni (choć ja mam 190cm a ona 160cm), ale to nie moje zdanie tylko zewnętrzne. Zalety ? mógłbym napisać drugie tyle co dotychczas na ten temat, oczywiście subiektywnie, bo to co dla mnie jest zaletą mogło by być dla kogoś innego wadą. Ogólnie zasada jest taka, że jak nie da się sama sobie zapędzić w kozi róg swojej pokręconej logiki w konflikcie, i póki nie zaczynają jej dręczyć jej demony, to jest w sumie jedną wielką zaletą (czy też mała przy 160cm wzrostu) nie żebym ją idealizował, no ale nie będę podawał jako wady, że śpiewa przy robieniu obiadu a słabo jej idzie (śpiewanie, żeby było jasne). Jeśli chodzi o wyobrażanie sobie swojego życia za 10 lat czy za miesiąc albo nawet jutro, to nie mój wkręt, nie planuję nie zakładam i nie ambicjonuję się, tego nauczyło mnie życie, plany niespecjalnie mnie interesują, żyję dniem dzisiejszym, zazwyczaj z planów, szczególnie rozbudowanych, w moim przypadku wynikają tylko rozczarowania, np. zaplanowałem sobie, że będę jeszcze raz twardy i zniosę jej sceny, i jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz...etc, etc. Miłość czasem nie wystarczy to prawda, ja jestem daleki w ogóle od używania zwrotów tego rodzaju, uważam je za przereklamowane i zbyt wyeksploatowane w naszej popkulturze, zresztą nie są mi do niczego takie słowa i zapewnienia potrzebne, wolę czyny. Co z tego, że moja dziewczynka codziennie powtarza mi, że mnie kocha i nie może beze mnie żyć, skoro raz po raz każe mi spierdalać (dosłownie) i robi mi hardkory po których żyć mi się odechciewa na czas nieokreślony. Te ciągłe sceny doprowadziły do tego, że zacząłem podświadomie (jak myślę) unikać seksu, bo jakaś część bliskości została naruszona i nie mam czasu aby się zregenerować w tym uczuciu, tudzież po prostu zapomnieć poprzedniej scenie zanim ma miejsce następna. To też jest dla mnie problematyczne bo jestem jak z dowcipu o kobiecie co szuka wymówki przed mężem i czuję się z tego powodu niekomfortowo, bardzo.
Oczywiste jest dla mnie, że muszę podjąć sam decyzję, pisałem o tym wyżej, że tak naprawdę piszę tu o swoich problemach, bo zanudziłem już większość swoich znajomych opowiadaniem o moich problemach a może tak naprawdę bardziej znudziłem ich tym, że za każdym razem daję się jednak przekonać, żeby brnąć w to dalej. Ojciec już dawno mi powiedział, że to moja sprawa, ale życie z kimś takim będzie bardzo trudne. Większość kolegów czy w moim wieku czy starszych bez ogródek mówi, żeby się rozstać. No ale staram się jednak nie sugerować specjalnie, i iść swoją drogą. Myślę, że byłbym w siódmym niebie gdyby kiedyś moje starania i ciężarki jakie dźwigam udało się przekłuć na związek bez tych scen, ale na to musiała by pracować moja dziewczyna. Raz już udało mi się ją do tego namówić, sfinansowałem jej 15 wizyt u specjalisty, jakieś zmiany zauważyłem, ale czasowe i już dawno zaniknęły. Zawsze mogę to sobie tłumaczyć, że może specjalista (specjalistka) nie była do końca taka specjalna, mogę liczyć na to, że może kolejna sesja coś zmieni, lecz nie sądzę aby to się udało. Po prostu pękła we mnie nić wiary w to, że cokolwiek się zmieni. Moja dziewczyna w afekcie nie raz mi wykrzykiwała, że to ja mam problem a nie ona i ona siebie lubi taką jaką jest i nigdy się nie zmieni, po czym pół godziny później jak jej przeszedł atak przepraszała mnie z płaczem i szczerze miała wyrzuty sumienia i było jej źle. To są takie cykle, którymi załatwia wszystkie sprawy. Po pierwsze zamiast dyskutować kwestie sporne na bieżąco kumuluje je w sobie i potem wybucha, wybuch wygląda zawsze tak samo - wszystkie chwyty dozwolone, przegadane i rozwiązane problemy brudy zostają odświeżone, lecą inwektywy, jest histeria z rzucaniem się na podłogę, potem choleryzm wzmożony a na koniec żal i wyparcie. Dodam, że ojciec mojej dziewczyny jest w naszym małym mieście znanym zawodnikiem i jest głównie znany poza swoją funkcją znany z tego że jest chamem i cholerykiem, który z nikim sie nie liczy. Straszną sprawą jest to, że moim zdaniem to on jest odpowiedzialny z problem swojej córki (lub wszystkich, bo jest ich kilka) a moja dziewczyna jego córka, która całe życie przez jego wychowanie boryka się z problemami jest dokładnie taka sama, a świadomość tego przychodzi do niej zawsze po scenie, ale tylko na kilka godzin, później tabula rasa. Tragedia ![]()
Tak naprawdę nie bardzo widzę jakiekolwiek wyjście z sytuacji niż rozstanie, jeśli zechce coś zawalczyć, jak za tydzień jej przejdzie i zacznie się odzywać, to zaproponuję jej terapię dla niej lub dla nas obydwojga, może się okaże, że to ja jestem zapalnikiem albo zwykłym zjebem, nawet bym się ucieszył bo wiedział bym już na czym stoję, i czy mógłbym ja w sobie coś przepracować poza zostaniem pantoflem przytakiwaczem czy też po prostu powinienem stronić od jakichkolwiek związków bo robię kobietom piekło z życia, czy też po prostu moja kobieta robi piekło z życia mi, bo mnie "kocha". Podejmowałem tę decyzję już niejednokrotnie ale potem podejmowany pod kolana prze osobę z którą łączą mnie 4 lata tak hardkorów jak i chwil które niestety będę pamiętał do końca życia jako te najmilsze, zmieniałem zdanie, dając jeszcze jedną szansę, niestety jestem za miętki
jak patrzę na kogoś z kim sypiam w jednym łóżku jak płyną mu po policzkach krokodyle łzy to jednak nie jestem twardki w ogóle. Ciężka sprawa, przecierpieć swoje. Po poprzednim 5cio letnim związku z koleżanką, która literalnie uciekła z niemcem, czego mi nie powiedziała, tylko nawkręcała mi jak bardzo jest przeze mnie nieszczęśliwa dochodziłem do siebie kilkanaście miesięcy zanim przestało mi pękać serce dzień w dzień, a mogła po prostu powiedzieć, że ma mnie dość i ma kogoś innego, coż tak to jest, czasem trudno powiedzieć prawdę. Najchętniej bym się położył i już nie wstawał. A.
Nawkręcała, że jest nieszczęśliwa? Jak dla mnie to wszystko przez to, że ulegasz manipulacjom i nie tylko słownym. Ale też nie mozesz mowic, ze jest tak źle, bo te związki nie są krótkie u Ciebie. Szczesliwa rodzina nie jest szczęśliwą rodziną, kiedy jedna strona jest ugodowa, zamiata problemy pod dywan, by nie dopuścić do 'gorszych' konsekwencji i godzi się na wszystko (ze strachu?). Moze Ty gdzies wybierasz kobiety, które mają inne cele w zyciu? Bo o temperamencie juz było wspomniane - z tymi nudno nie jest, ale to ciągła walka. Rad nie chcesz, ale jak dla mnie - jeśli ktoś ma rozwiązać problem to niech będzie to mężczyzna. Samo wygadanie się nic nie zmieni, a tu trzeba zmian. Także w sobie, lub o wiele szybciej weryfikować czy z daną kobietą urządzisz sobie takie życie jakbyś chciał mieć.