Tak wiem, ten wątek napewno już wcześniej wielokrotnie sie pojawiał ale przyznam szczerze, ze nigdy wczesniej nie kozystalam z zadnego forum dlatego postanowilam poprostu zalozyc "nowy watek".
Napewno wiekszosc z was sie przerazi widzac dlugosc mojego wpisu ale chciala bym chodz troszeczke naswietlic ta sytuacje ktora staje sie juz nie do zniesienia...
Ze swoim facetem jestem 2,5 roku a od 9 miesiecy jestesmy zareczeni. W lipcu sie pobieramy. Chyba....
Chyba, bo ja juz nie wiem co mam robic i dlatego postanowilam zasiegnac opinii osob trzecich ktore juz po tych kilku sytuacjach ktore za chwile postaram sie dosc dokladnie opisac, beda mogly wyrazic swoja opinie ktora mam nadzieje ze bardzo mi pomoze podjac jakas decyzje bo inaczej wykoncze sie psychicznie... juz jestem prawie wykonczona, prawie codziennie sie klucimy ja ciagle placze, ciagle zastanawiam sie czy to ma sens czy nie odwolac tego wesela bo nie wyobrazam sobie takiego zycia dalej ale nie potrafie niczego zmienic...
Zaczne moze od tego ze najwiekszy problem u mojego faceta jest taki ze on uwaza ze skoro jemu cos nie przeszkadza to mi tez nie powinno a jesli przeszkadza to tylko dlatego ze ja przesadzam...
Oto kilka sytuacji zwiazanych z tym problemem. Ostatnio bardzo czesto si eklucimy jak juz wspomnialam, i podczas tych klutni on prawie caly czas na mnie krzyczy a czesto wrecz sie wydziera... potrafi i to dosc czesto powiedziec ze (i tu zacytuje) jestem pojeba*a, ze mam sie isc leczyc, ze mam spierdalac itd itp. , kiedy ja do niego mowie cos co dla mnie jest bardzo wazne, on jak juz sie zdenerwuje to poprostu sobie wychodzi z pokoju bo nagle on aurat w tej sekundzie musi isc nakarmic rybki albo przybic jakis gwozdzik albo nie wiadomo co jeszcze a ja mam sobie poczekac, dzi snp kiedy staralam sie spokojnie i powaznie porozmawiac o jego egzaminach ktore ma w ten weekend ze obiecal ze sie bedzie uczyl a nic kompletnie nie robi to porostu wyjal telefon i zadzwonil sobie pogadac z kumplem... a kiedy powiedzialam ze to wszystko co robi to dla mnie jest kompletnym brakiem szacunku i ze nie moge zniesc tego zachowania bo mnie to bardzo rani to stwierdzil jak zawsze ze ostro przesadzam i mam sie przestac czepiac...
Zawsze kiedy wychodzi i OBIECUJE mi ze wroci o tej i o tej godzinie i wtedy zrobimy napewno to czy tamto (juz nie bede konkretnych przykladow tu podawac bo nie w tym rzecz), to poprostu nie wraca... przychodzi np po godzinach chociaz wyszedl na 1,5.... oczywiscie jak wraca to juz nie robimy tego co mielismy zrobic bo on jest zmeczony albo on zapomnial albo co tam jeszcze.... jak ja jestem zla i mowie ze obiecales, ze znowu nie moge na ciebie liczyc nawet w najbardziej blachyc sprawach, jak sobie wyobrazasz nasze zycie skoro w ogole nie mam w tobie wsparcia ani nie moge byc pewna niczego kompletnie co ci powiezam, to on znowu wielce oburzony ze ja w ogole mu zwracam uwage mowi ze znowu przesadzam ze on pracuje i tez ma prawo po proacy wyjsc i cos porobic a nie ciagle ma byc tylko tak jak ja chce a on to co.... tylko problem w tym ze on ciagle tak mowi i ciagle robi tak jak on chce, w efekcie nigdy nie robimy tego co zaplanowalismy a jego obietnica jest rowna powiedzeniu - dobra zrobimy albo i nie nie wiem zobaczymy czy bedzie mi sie chcialo... jak zakladac rodzine z kims takim? ja nie moge byc go w niczym pewna, zaczynamy cos robic a on mowi zrobie jeszcze najpierw to, to tylko chwila, pol godziny max, no to mowie dobra idz a on wraca do domu po kilku godzinach... no bo tak zeszlo.... ale w miedzy czasie zrobil mnustwo innych rzeczy ktorych nie musial ale ktore chcial zrobic... w ogole nie majac na wzgledzie tego ze ja czekam bo cos ustalilismy czy bo cos mi sam obiecal...
jesli ja mu nie pwoiem co jest do zrobienia nie zainteresuje sie kompletnie niczym, od pol roku go prosze zeby naprawil klamke na balkon bo nie moge zniego korzystac gdyz calkiem odpadla i popekala ale on nie m aczasu... jednak na kolegow ma go zawsze.... kiedy ja go o cos prosze to nie ma sily ale jak moj tata go poprosi o cos (mieszkamy w jednym domu z moimi rodzicamy, moje jest cale pietro ale oni sa na dole...) to czas jest... wiecznie tylko mowi ze przeciez on ciagle cos robi.. tak, nie moge powiedziec ze nie, bo pracuje, pomaga na dzialce... ale to nie wszystko, chcac zalozyc wlasna rodzine niestety trzeba sie o nia troszczyc, o swoje cztery katy tez, nie tylko o cudze... a ja zawsze jestem na ostatnim miejscu... jest jakis wyjazd on mowi ze on jedzie, ja mowie a ja? tez bym pojechala, no dobra no to pojedziemy razem... nigdy nie pomysli, nie powie chodz moze pojedziemy czy pojdziemy tu czy tu bo jest fajna opcja... tylko koledzy i on... tak bardzo chciala bym schudnac bo okropnie sie ze soba czuje, tyle razy mowilam mu zeby mnie wspieral zeby mi pomagal bo niesttey nie mam w ogole samozaparcia i nie potrafie sie zdyscyplinowac, on oczywiscie mowi ok spoko i na tym ze to powie si ekonczy jego pomoc... w ogole mnie nie motywuje do niczego, nie wspiera mnie w niczym z czym mam problem, w ogole nie pamieta o niczym, nic go nie interesuje, nawet przygotowania do wesela.... praktycznie wszystkie kwestie za ktory odpowiada mlody ogarniam ja... on nawet nie jest w stanie wymienic co jeszcze jest niezalatwione.... i oczywiscie tez nie widzi w tym problemu... ciagle tylko mowi ze po slubie bedzie lepiej ze sie zmieni ze bedzie super... ale jak ja mam w to wierzyc?
owszem, nie moge powiedziec ze sie wclae nie zmienil bo niektore rzeczy poprawil w swoim zachowaniu (juz od poczatku nie bylo kolorowo ale mimo tego bardzo sie pokochalismy). kiedy go poznalam duzo pil... ale juz od dluzszego czasu nie pije... czasem okazjonalnie ale to jak kazdy. Naprawde bardzo duzo z nim przeszlam i duzo rzeczy znosilam, nawet potrafil calkiem pijany zabrac moj samochod i nim odjechac nie wiadomo gdzie apo kilku godzinach wrocic ze zlamanym nosem caly zakrwawiony... ja odchodzilam od zmyslow, cierpialam strasznie ze znowu mi cos tak okropnego zrobil ale mimo to nie zostawilam go...
takich sytuacji jest ogrom, ale nikt by tego nie przeczytal gdybym wszystko opisala...
2 lata prosilam go zeby zrobil prawo jazdy bo az wstyd mi w rodzinie i przed znajomymi ze chlopak 24 lata i prawa jazdy nie ma tylko dlatego ze nie chce mu sie na testy nauczyc...
nie wspomne juz o szkole... od kad go poznalam robi liceum dla dorostych i caly czas jest na 1 roku... jeszcze nigdy nie widzialam zeby sie uczyl, chociaz tyle razy go prosilam mowiac ze nie wyjde za kogos bez szkoly (nie mowie juz o studiach ale chociaz to srednie) bo jak on sobie wyobraza utrzymac rodzine i wychowac dzieci? czego ich nauczy? w czym im pomoze jak pojda do szkoly? jak on w ogole sobie poradzi gdyby mnie zabraklo, bo rozne sa sytuacje w zyciu? ale on w ogole tego nie bierze do siebie... wiecznie tylko slysze "jo dobra...", "sie zrobi...." ale sie nie robi....ja wiem ze to moze nie brzmi jak jakies wielkie problemy ale uwierzcie mi ze codziennie sa jakies sytuacje przez ktore leze i placze, ja codziennie zastanawiam sie czy nie odwolac tego wesela bo za chwile bedzie juz za pozno...
kocham go ale nie chce tak zyc....
a moze wcale go nie kocham tylko to przyzwyczajenie... panicznie boje sie samotnosci, to moj pierwszy powazny zwiazek, nigdy nie mialam powodzenia u chlopakow, chociaz zawsze wszyscy mowili ze jestem ladna fajna i napewno nie moge odgonic si eod facetow... ale w rzeczywistosci chyba wcale tak nie jest bo zawsze trafialam na samych debili brzydko mowiac .... poza tym mam ciezka sytuacje wdomu, z moim rodzicami zycie pod jednym dachem jest koszmarem a to malzenstwo pozwolilo by mi na osobne zycie... ten fakt tez utrudnia mi decyzje bo nie dosc ze z nimi wykanczam sie psychicznie to od jakiegos roku z nazeczonym tez... to nie chodzi o to ze chce za niego wyjsc tylko po to zeby uwolnic sie od rodzicow, poprostu rozmyslajac nad tym czy chce zyc w takim zwiazku od razu mam w glowie ze juz niznajde innego faceta i zawsze bede skazana na rodzicow(ktorymi musze sie zajac )wiec jedynie mieszkanie z facetem na "osobnym garnuszku" moglo by pomoc zaczac normalnie zyc. poza tym przywiazalam se bardzo do niego i kiedy jest dzien gdzie sie nie klucimy i pokazuje ze naprawde mu zalezy (co mi powtarza chociaz nie pokazuje...) to czuje sie swietnie przy nim. ale ile mozna tak wytrzymac? ja juz placze z byle powodu, w kazdym zachowaniu jego widze problem bo juz jestem moze przewrazliwiona, sama nie wiem... moze to wszystko to tak naprawde moj problem? moze ma racje? moze czepiam sie sama nie wiem o co? moze to wszystko co on robi nie jest niczym nadzwyczajnym? odchodze od zmyslow... przepraszam za moje bledy i leterowki ale pisze dosc szybko i napewno kilka mi sie zdazylo. bardzo was prosze o odpowiedz bo naprawde nie wiem co o tym myslec....