Witam, potrzebuję Waszej pomocy i opinii.
Mam 29 lat, jestem zaręczona. Swojego narzeczonego poznałam 4 lata temu.
Żeby przedstawić lepiej całą sytuację cofnę się troszkę w czasie do tego momentu. Byłam wówczas kilka miesięcy po zakończeniu poprzedniego związku. W poprzednim facecie byłam niesamowicie zakochana, to ja byłam osobą "uganiającą się" za nim, co nie przeszkodziło mu w zostawieniu mnie po kilku latach bez słowa wyjaśnienia.
Pamiętam, że wówczas nie szukałam związku. Trochę przypadkiem poznałam obecnego narzeczonego, który zaczął się do mnie zalecać. Chcąc postępować uczciwie uprzedziłam go, że nie chcę się z nikim wiązać.
Mijały kolejne miesiące, ale on nie odpuszczał. Ciągle o mnie zabiegał, robił niespodzianki, pomagał w obowiązkach itd. Obserwując jego zachowanie w końcu uległam - z jednej strony jego zachowanie mile łechtało moje ego (a nigdy nie miałam zbyt dużego powodzenia u płci przeciwnej), a z drugiej strony po prostu zaczęłam doceniać jego zaangażowanie, odpowiedzialność i troskliwość.
Tak, zostaliśmy parą.
Nie, nie było motyli w brzuchu.
Już wtedy zastanawiałam się dlaczego. Tłumaczyłam to sobie na wiele sposobów. Przede wszystkim uzasadniałam taki stan zranieniem przez poprzedniego chłopaka i moimi problemami w domu - osoba bardzo mi bliska walczyła z rakiem. W końcu dałam sobie spokój z takimi rozważaniami, stwierdziłam, że mam ważniejsze rzeczy na głowie, a "co ma być to będzie".
Mijały kolejne miesiące razem. On był dla mnie oparciem w trudnych chwilach, znosił moje wahania nastroju, na poprawę humoru czasem przynosił kwiaty bez okazji. Ja byłam bez reszty zaangażowana w próbę ratowania osoby chorej na nowotwór i to przesłaniało mi świat. Byłam wyczerpana fizycznie i emocjonalnie. Nasze spotkania były po prostu kolejnym punkcie w moim kalendarzu, nie wywoływały wielkich uczuć.
Raczej nie wychodziliśmy z domu, spędzaliśmy czas oglądając filmy. Raz na jakiś czas wymusiłam wyjście do kina albo teatru.
Nie spotykaliśmy się z nikim (chyba że była jakaś okazja typu urodziny/parapetówka/wesele). Jego znajomi zaakceptowali mnie, ale bez chęci zacieśniania więzi. Bardzo to przeżyłam, bo liczyłam, że stworzymy paczkę. Tymczasem na nielicznych spotkaniach miałam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do niego. On też nie zapałał ogromną sympatią do moich przyjaciółek i ich facetów.
On nigdy wiele nie mówił, to ja zawsze opowiadałam o swoich problemach albo wypytywałam co u niego.
Seks był, kiedy ja chciałam. On nie inicjował zbliżeń.
Potem bliska mi osoba zmarła, a ja poczułam, że życie straciło sens. Po dwóch miesiącach on się oświadczył. Niby miał pierścionek wcześniej, ale zastanawiam się czy nie zrobił tego z litości. Przyjęłam oświadczyny. Czemu? Bo wiem, że on jest dobrym i odpowiedzialnym człowiekiem, wiem, że będzie wspaniałym ojcem. No i chyba chciałam poczuć, że coś w moim życiu będzie na zawsze (słabe, wiem).
Po roku od oświadczyn zaczęłam postrzegać wszystko w innym świetle.
Nasz związek określiłabym jednym słowem - nuda. Nigdzie nie wychodzimy, z nikim się nie spotykamy, nie rozmawiamy o niczym istotnym. Chyba zawsze tak było, tyle tylko, że teraz mi to zaczęło przeszkadzać.
Kiedy staram się porozmawiać na jakiś głębszy temat on tylko słucha. Pewnego dnia na próbę przestałam się odzywać - milczeliśmy kilka godzin. Spytał co się stało, kiedy wytłumaczyłam mu, że na codzień boli mnie to, że prowadzę monolog, on stwierdził tylko, że zawsze był małomówny.
Któregoś dnia chciałam pójść do kina - usłyszałam, że szkoda pieniędzy. Zaproponowałam wyjście ze znajomymi - nigdy nie wyszło.
Do tego mam wrażenie, że jego zainteresowanie mną wygasło.
Nie tylko nie ma już tego zabiegania o mnie i moją uwagę, ale już nawet nie pamiętam kiedy się do mnie uśmiechał. To boli, bo wiem jaki radosny był kiedyś ze mną. Teraz jest taki kiedy spędza czas z kumplami.
Z seksem też jest nienajlepiej - gdy dochodzi do zbliżenia wszystko jest mechaniczne, a ja czasem czuję się jak słaba gwiazda słabego pornosa. Słaba gwiazda, bo wydaje mi się, że go nie podniecam (nadal wszystko dzieje się z mojej inicjatywy). Słabego pornosa, bo on nie ma czasu na czułość.
Jestem zła na siebie. Z jednej strony chcę, żeby nasz związek był inny, wymagam zaangażowania, zmiany zachowań, które kiedyś akceptowałam. A z drugiej strony jestem sfrustrowana, bo mimo upływu czasu nie poczułam tej wielkiej, obezwładniającej miłości, o której marzyłam kiedyś. Nie wiem czy to wynik tego, że nie trafiłam na właściwą osobę czy mojej depresji (od dłuższego czasu mam poczucie braku sensu życia, pracy, nie odczuwam wielkich emocji, czuję że stoję z boku i obserwuję wszystko, ale nie do końca w tym uczestniczę).
Czuję się winna rozpoczęcia tego związku, przyjęcia oświadczyn mimo braku ogromnego uczucia. Mam wrażenie, że wszystko poszło źle przeze mnie. I teraz nie wiem jak się z tego wyplątać...
Czy warto ciągnąć taki związek wierząc, że miłość przyjdzie wraz ze zmianami naszych zachowań? Czy warto ciągnąć związek z człowiekiem, którego szanuję, ale nie kocham?
A może za dużo wymagam? Może większość związków nie jest poprzedzonych wielkim zauroczeniem? Może w większości związków nie prowadzi się długich rozmów o problemach egzystencjalnych, nie dyskutuje o literaturze i nie dzieli się wspólnej pasji?