Witam. Takich historii jak niżej opisana jest tu pewnie na pęczki, ale nie wiem już co robić, może ktoś z was będzie w stanie podsunąć jakiś dobry pomysł, poradzić coś, co pozwoli przetrwać przynajmniej najbliższy okres. Na początek opiszę swoją historię.
Byłem z moją dziewczyną w związku od 6 lat. Gdy się poznaliśmy ja miałem lat 21, ona 18. Jak we wszystkich związkach początki były cudowne, oboje staraliśmy się dla siebie i oddawaliśmy sobie nawzajem cząstkę siebie. To była moja pierwsza poważna dziewczyna, a ja byłem jej pierwszym poważnym chłopakiem. Również temat łóżkowy to była rzecz, której oboje się uczyliśmy od siebie i który do pewnego momentu dawał mnóstwo satysfakcji. Przez te 6 lat przeżyliśmy mnóstwo pięknych chwil, cała masa podróży, które oboje pokochaliśmy i podczas których bardzo się zbliżaliśmy do siebie. Podczas jednej z ostatnich podróży (a było to jakieś 2 tyg temu) oznajmiła mi, że już mnie nie kocha i że się wypaliła w tym związku. Mimo, że w ciągu ostatnich 3 lat były już dwa momenty, kiedy wspominała, że zastanawia się czy to ma dalej sens, to jej decyzja to był dla mnie cios. Do tej pory brała ode mnie tydzień czy dwa wolnego i postanawiała ze mną zostać. Teraz nie widzi takiej opcji, a przynajmniej jak twierdzi - teraz i w najbliższym czasie. Polak jak wiadomo, mądry po szkodzie, dlatego teraz gdy zostałem postawiony pod ścianą widzę punkty, które wcześniej ze względu na to, że ona była przy mnie, lekceważyłem, a które miały wpływ na jej decyzję. Zacznę od seksu, gdzie moje potrzeby znacznie przewyższały jej potrzeby, a gdy nie dostawałem tego co chciałem, potrafiłem się obrazić. Moja złość nie trwała długo, ale zdarzało się to niestety często. Potem się rekompensowała, ja uważałem, że wszystko wraca do normy i potem powtórka z rozrywki. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że to było z mojej strony głupie i dziecinne, a ona się z tym strasznie męczyła. Dziś gdybym miał możliwość to bym to zmienił. Po drugie i tu trochę wstyd się przyznać, moją piętą achillesową jest brak prawka. Jakoś tak się nie udało do dzisiaj zrobić, a że ona ma, to często mnie woziła, albo jej ojciec nas woził. Niby błahy argument, ale to też mogło jej ciążyć w pewnym sensie, że nie mogła na mnie liczyć pod tym względem. Po trzecie, mimo stabilności zatrudnienia nie stać nas było na zamieszkanie na własną rękę. W sumie nie mieszkaliśmy razem, ale ona przyjeżdżała średnio co drugi dzień i nocowała u mnie, pozostałe dni spędzała w domu swoich rodziców. Moi rodzice jakiś czas temu kupili mieszkanie, ale z myślą również o moim młodszym bracie, który gdy przyjechał na studia, siłą rzeczy stał się współlokatorem. Widziałem, że dziewczyna nie czuje się zbyt komfortowo z bratem za ścianą. Obawiam, się, że to również jej ciążyło. Wreszcie po czwarte, obawiam się, że ważnym czynnikiem mogło być moje uzależnienie od hazardu. Nie raz potrafiłem przegrać całą wypłatę, czy pieniądze przeznaczone na wakacje. Jakoś zawsze potrafiłem się z tego wykaraskać i może dlatego zbagatelizowałem problem. Ale teraz jak sobie o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że ona po 6 latach związku zaczęła się zastanawiać nad poważną przyszłością i stwierdziła, że nie może być z kimś, kto robi takie nieodpowiedzialne rzeczy. Gdy tak zebrać wszystko do kupy pewnie sobie pomyślicie, że dziewczyna dobrze zrobiła, ale jest też druga strona medalu. Ja naprawdę ją bardzo kocham i traktowałem ją przez te 6 lat bardzo dobrze. Opiekowałem się nią, byłem przy niej w trudnych chwilach, że nie wspomnę o zwykłych codziennych aspektach, takich jak chociażby to, że wracając z pracy zawsze czekał na nią obiad. Byłem skłonny dla niej do wszelkich poświęceń, gwiazdkę z nieba bym jej przychylił. No i są jeszcze oczywiście inne osobiste atuty, które sprawiły, że 6 lat temu mnie pokochała. Dlatego to rozstanie jest dla mnie ciężkim szokiem i nie mogę się z tego pozbierać. Gdy sobie pomyślę o tych wszystkich wspaniałych chwilach, które razem spędziliśmy, o tym, że przez 6 lat miałem się do kogo przytulić, z kim porozmawiać na co dzień, a teraz to straciłem, to czuję po prostu wielki żal, pustkę, brak mi mobilizacji do czegokolwiek. Gdyby mi tylko dała szansę, to ja naprawdę jestem w stanie się zmienić. Bo te wszystkie mankamenty, o których pisałem, to są jak ja to nazywam - rzeczy rozwojowe, które można zmienić, zrobić, naprawić czy z nich zrezygnować. Jak pisałem wcześniej, dziewczyna postanowiła mnie zostawić i na razie nie wyobraża sobie, że moglibyśmy do siebie wrócić. Ja zdesperowany, więc słowo klucz widzę w słowie "na razie", ale nie wiem czy dobrze to interpretuję. Żyję nadzieją, że może jednak czas okaże się sprzymierzeńcem jeszcze będziemy razem, ale trochę moją nadzieję podkopuje niepewność. Niepewność, czy w tym wszystkim nie znalazł się ktoś trzeci. Zdążyłem przeczytać kilka smsów od jej kolegi z pracy, które były dość dwuznaczne. To jakiś młody typ, chyba ze 2 lata młodszy od niej, czyli 5 lat młodszy ode mnie. Zapytałem ją o to, to patrząc mi w oczy powiedziała, że nic nie było i nic nie ma, a to on ją podrywa. Potwierdziła to kilka razy, ale sam nie wiem ile w tym prawdy do końca. Kilka bliskich mi osób radziło, żebym dał jej czas, żebym się na razie nie odzywał, ale ciężko mi w tym wytrwać, kilka razy zagadałem i dostałem tą samą odpowiedź. Na razie to zamknięty temat, może kiedyś, ale nie chce mi niczego obiecywać.
Bardzo ją kocham i niesamowicie mi na niej zależy, ale jestem taki bezsilny, że nie wiem co mam robić. Czy faktycznie czekać, czy jednak przypominać o sobie (mam wrażenie, że na razie przynosi to odwrotny skutek
), czy w ogóle warto się jeszcze o to bić, czy zweryfikować jakoś czy jest ta osoba trzecia a jeśli tak to jak. Cierpię strasznie...
Przepraszam jeśli komuś cała historia wyda się napisana trochę chaotycznie, ale mam tyle myśli w głowie, że ciężko to poukładać w logiczną całość. Z góry dziękuję za wszelkie rady.