Moją dziewczynę "poderwałem" nie znając jej nigdy wcześniej, kojarzyłem ją tylko z ogólniaka ale przecież wtedy obydwoje byliśmy dla siebie zupełnie obcy. Rok czy dwa lata po szkole, gdzieś ją ujrzałem w sklepie, czy może minąłem na chodniku... wpadła mi w oko. Zacząłem o niej myśleć i udało mi się nawiązać kontakt z nią. Zaczęliśmy się spotykać, trwało to około 3,5 miesiąca. Po tym czasie staliśmy się parą. Przez nieco ponad miesiąc czasu było cudownie. Później zaczęło się sypać. Ona wyraźnie mnie zaczęła odpychać, by w końcu po kilku miesiącach ze mną zerwać, choć nasze faktyczne pożycie nie istniało już po wspomnianym, pięknym miesiącu. To było tak, że ja ją chciałem, ona mnie jedynie jako kumpla, może przyjaciela. Nie mogłem się z tym pogodzić. Po ponad roku czasu utrzymywania z nią regularnych kontaktów, zeszliśmy się i to w momencie, kiedy już jej nie ""namawiałem" na reaktywację związku. Przez ten czas "wychodziłem" ją sobie. To wyglądało tak, że pisaliśmy do siebie smsy, sporadycznie dzwoniliśmy do siebie, spotykaliśmy się przeważnie 1-2 razy w tygodniu, ale ona związku nie chciała, nie pozwalała mi się dotykać, całować etc. chyba, że w chwilach słabości, po upływie których stawała się zimna jak lód i moja nadzieja gasła...
Był taki moment, że znowu poczułem się facetem, wróciła mi pewność siebie, toteż zaczęła się koło mnie kręcić pewna blondynka, która się we mnie podkochiwała, byłą atrakcyjna, wykazywała wobec mnie naprawdę spore zainteresowanie, w wsumie dobrze mnie rozumiała, ale z mojej strony nie czułem tej iskry... Wciąż miałem w sercu tę jedną. U niej wzbudzało to cholerną zazdrość, u mnie jeszcze większą pewność siebie. I tak jakoś spowrotem zbliżyliśmy do siebie i z końcem ubiegłego roku znowu byliśmy razem.
Teraz historia się zaczyna powtarzać z tym, że jesteśmy znacznie bardziej do siebie przywiązani emocjonalnie niż wtedy.
Wychodzę z kumplami na piwo w sobotni wieczór, a ona mi pisze, że plątam się po pubach czy ogólnie po mieście (Kraków) a jej to nigdzie nie zabiorę. To wszystko dlatego, że umawiam się z nią - w weekend idziemy tam i tam - na co ona, że ok. Po czy kiedy jestem u niej ona zmienia zdanie, że nie i kończy się tylko spacerem, co zresztą ja i tak bardzo lubię robić.
Mieliśmy z końcem marca jechać gdzieś dalej na weekend, ale ostateczny, dokładny termin miał zależeć od tego jak się ułożą moje sprawy, bo mam trochę na głowie. Ona nie poczekała i ostatni weekend marca spędzi z koleżankami we Włoszech... Potem znowu mi zarzuci, że nigdzie nie jeździmy. Ja się ciesze, że fajnie czas spędzi i jestem za ale te pretensje i fochy mnie martwią.
Przez ostatnie kilka dni rzadziej do siebie piszemy, ona mi zarzuca monotonie ale ilekroć wychodzę z propozycją to ona nie chce. Kocham ją ale nie mogę słuchać, kiedy ona mówi, że i tak się kiedyś rozstaniemy itp... Nie wiem co robić, poradźcie coś. Dodam, że ja mam 24, ona 21. Seksu nie uprawialiśmy, bo ona nie chce. Uważa, że to przez swoje kompleksy, które z męskiego punktu widzenia są niedorzeczne, ale cóż akceptuje to...
Podobne tematy
Kochasz ją tak czysto bez seksu,to w dzisiejszych czasach sporadyczność a ona chyba sama nie wie czego chce,myślę że powinieneś sie otworzyć na kogoś kto odwzajemni Twoje uczucia bo długo tak się nie da,chociaż bywają masochiści którzy pielęgnują takie uczucia latami. Myślę,że lepiej być samemu niż z kimś kto nie odwzajemnia Twoich uczuć.