Witam!
Od pewnego czasu znajduję się w takiej dziwnej sytuacji, ale zacznijmy od początku. Będąc na pewnym portalu randkowym poznałem pewna kobietę (nazwijmy ją Panią "A"), trochę popisaliśmy ze sobą, w końcu się spotkaliśmy i o dziwo się okazało że nie dość - fajna osoba, to jeszcze atrakcyjna kobieta, i w zasadzie od tamtego czasu zaczęliśmy się regularnie spotykać. Po pewnym czasie zapoznałem ją z gronem rodzinnym i najbliższych przyjaciół... no i właśnie kilka dni po takiej nazwijmy to "rodzinnej" imprezie usłyszałem takie słowa:
- muszę Ci coś powiedzieć, po czym pewnie przestaniesz mnie lubić - jestem MĘŻATKĄ.
Dobrze że wtedy siedziałem, bo pewnie by mnie to z nóg ścięło - nie powiem, przeszło mi przez myśl z raz czy dwa "W czym tkwi haczyk?" że taka kobieta jeszcze nie zajęta, ale że jest mężatką to na to niestety nie wpadłem i raczej bym nie wpadł. No ale do konkretów, bo pewnych wyjaśnień oczekiwałem - ok. 2 lat temu miała swój ślub, po mniej więcej pół roku bycia w małżeństwie nakryła swojego "męża" że ma romans z ich wspólną znajomą, a co lepsze to to że miał i w dniu ślubu jak i przed ślubem. Męża swojego "wyprowadziła" z mieszkania i żyje sobie sama i na tym można było by skończyć bo historia jakich wiele, ale...
trochę o niej: swojego męża poznała na studiach, razem byli parą przez 7 lat i bardzo go kochała... a w zasadzie jak twierdzi nadal ma do niego sentyment i często o nim myśli. Na portal randkowy trafiła za namową koleżanki i wiem, że nie byłem pierwszym z kim się spotykała i jak dotąd żaden potencjalny partner nie spełniał do końca jej oczekiwań. Pomimo tego, że mąż z nią nie mieszka, to utrzymuje z nim kontakt, od czasu do czasu się widują i do siebie dzwonią. Ba! praktycznie raz w tygodniu widuje się ze swoją teściową i jej matką, chadzają razem do kina, na zakupy albo wpadają do siebie posiedzieć pogadać. Gdy pytałem o jej zdanie na temat jej męża - to jest to ponoć "wspaniały człowiek, który jednym faktem przekreślił wszystko", a w kwestii ewentualnego rozwodu to wcześniej nie była na taki krok gotowa, ale coraz bardziej przymierza się do tego. No dobra po wysłuchaniu tego wszystkiego, potrzebowałem przespania tego tematu bo nie chciałem mówić czegokolwiek bez przeanalizowania. Następnego dnia ustosunkowałem się do tego wszystkiego, moje stanowisko wyglądało w ten sposób:
- fakt że jest mężatką mi nie przeszkadza, w końcu od dłuższego czasu nie żyją ze sobą, a jak "A" twierdzi - są już tylko małżeństwem na papierze.
- to że utrzymuje kontakty z mężem i jego rodziną - jej decyzja, ja osobiście znam parę osób po rozwodzie, które żyją względem siebie w dobrych relacjach i sam nic złego w tym nie widzę.
- a względem rozwodu, też było dla mnie zrozumiałe że cala ta sytuacja była traumatyczna, a rozwód sam w sobie do najciekawszych wydarzeń nie należy - więc sobie tłumaczyłem, że 1.5 roku to nie jest jeszcze wystarczający szmat czasu.
No okey Ja z kolei nie lubię robić czegoś na siłę, choć sam byłem na różnych zakrętach życiowych teraz, mam życie względnie poukładane i przede wszystkim wiem czego chcę, dlatego wprost wyłożyłem, że z mojego punktu widzenia, wiedząc to co wiem, wiele rzeczy mi nie przeszkadza i do wielu rzeczy nie mam prawa się przyczepić ( a przynajmniej nie na takim etapie bycia ze sobą), tyle że zdaje sobie sprawę - że gdyby jej mąż zmądrzał, zostawił swoją kochankę i zechciał do "A" wrócić - to moja osoba znajdowałaby się na gorszej jak nie z góry straconej pozycji. W odpowiedzi usłyszałem, że do męża nie wróci na 100% bo ma świadomość że dobrze by to się nie skończyło, nie potrafiłaby mu zaufać, ale tez powiedziała mi, że tak do końca to Ona sama nie wie czego chce.
I tak spotykaliśmy się jakiś czas dalej, głownie u niej w mieszkaniu, bo choć oboje w domu nie lubimy siedzieć, to na mieście "A" obawiała się z innym mężczyzna pokazać (a już Boże broń, nie było mowy o chwyceniu się za ręce czy czymkolwiek innym), bo obawiała się, że spotka ja ktoś kto ją zna, że jej mąż się o tym dowie i że przez to będzie miała problemy z rozwodem... - początkowo łykałem takie tłumaczenia, gdy wyjeżdżaliśmy poza miasto, to wtedy wyglądaliśmy jak dwa gołąbki, żadnych oporów nie miała, za często wyjeżdżać tak tez nie mogliśmy, bo HyH w tym wszystkim musieliśmy pogodzić tak nasze godziny pracy, by Ona znalazła czas dla siebie, dla teściowej, dla męża i raz w miesiącu wyjeżdżała na weekend do swojej rodziny.
Starałem się być wyrozumiały, o nic na sile nie wypytywałem, na nic nie naciskałem... ku mojemu zdziwieniu od czasu do czasu mówiła mi, ze dzwonił do niej ten czy tamten "gość" poznany na portalu, z którym rozmawia z grzeczności i daje subtelnie do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, ale wprost nic nie powie, bo nie chce nikogo urazić... no dobra z jednej strony miło, ze mówi, z drugiej strony - Ja na pewno bym o czymś takim nie pytany nie informował - bo po co? W każdym razie pewien zwrot w naszych relacjach nastąpił po pewnej nieprzewidzianej sytuacji.
Mianowicie pewnego razu - złapaliśmy gumę... "A" już od pierwszej chwili spanikowała, że jest w ciąży, że co to będzie, co Ona powie rodzinie, że nie znamy się zbyt długo, co powie mężowi, jakie to będą problemy z rozwodem... Jak na 30 letnia kobietę to mnie trochę zaskoczyła... Starałem nie przejmować tym zbytnio - raz dziecko to nie choroba, dwa - ktoś mi kiedyś powiedział że nigdzie nie ma 100% metody antykoncepcyjnej i współżyjąc z kimś jesteśmy gotowi na potomstwo, trzy to już tyle razy miałem zostać ojcem - że za becikowe to bym auto z salonu zakupił... tak czy siak jeszcze tej samej nocy gnałem po tabletkę... i co jak co wypisać receptę może każdy, moja dostałem od znajomej dentystki, a od lekarzy na dyżurach w szpitalach (bo byłem w kilku) dowiedziałem się, że takiej recepty nie wystawią - bo stan nie zagraża życiu i zdrowiu! - śmiech na sali - ale to tak po krotce abstrahując od tematu.
W każdym razie po tej akcji trochę się pozmieniało... "A" dość wyhamowała w stosunku do mnie, większość rzeczy odbywała się wyłącznie z mojej inicjatywy. Intuicja podpowiadała mi że rozwiązanie tej sytuacji przyjdzie z pojawieniem się zbawiennego "okresu" i częściowo się nie myliłem. Oczywiście się spotkaliśmy jak zwykle u niej w mieszkaniu i jak to wyglądało - jak spotkanie biznesowe, ładna sukienka, kawa podana w stylowych filiżankach i tym razem nie usiadła przy mnie a na przeciw mnie... Godzina rozmowy o wszystkim i o niczym aż przeszła do sedna:
min. przyznała się że ta sytuacja bardzo ja zestresowała, stwierdziła że przez ostatni czas bo parę dni nie mieliśmy ze sobą kontaktu - nie myślała o mnie - a skoro tak - to wydaje jej się że to nie to, że nie jestem dla niej odpowiednia osobą... i że się rozstajemy, przestajemy być parą... rozluźniając nieco atmosferę stwierdziłem, że w jej przypadku para nigdy nie byliśmy bo jest mężatką a mnie co najwyżej może traktować jako swojego kochanka. Oczywiście chciała zachować nr i prosiła byśmy kontaktu nie tracili bo "fajny ze mnie człowiek". No cóż tak zakończyłem wieczór, może i z lekkim żalem bo dobrze mi z nią było, ale na pewno nie z bólem serca.
Następnego ranka dzwoni do mnie o rozmawiamy, przyznałem się że trochę myślałem o niej, i dostałem opieprz, ze w takim razie czemu do niej nie zadzwoniłem? I zaproponowała mi, żebym przyjechał do niej i spędził z nią ten dzień a rozstaniemy się po tym dniu. Bardzo dobrze czuje się przy niej, więc miast siedzieć w łóżku przed telewizorem bez wahania zgodziłem się na to i pojechałem do niej i dzień spędziliśmy bardzo wyśmienicie. Nie powiem że deczko byłem skołowany bo jednego dnia stawia mnie się przed takim faktem a drugiego prezentuje się zupełnie inne podejście, no ale ustaliliśmy że ostatecznie - Ona nie chce mnie skrzywdzić bo nie wie czego chce i się nie spotykamy...
Kilka dni się ze sobą nie kontaktowaliśmy - Ja po przemyśleniach doszedłem do wniosku - że jeśli ktoś ma wątpliwości, to by je rozwiać, bierna postawa nie zawsze musi być pożądana, więc podjąłem rękawicę i umówiłem się z nią raz, drugi trzeci kolejny... oczywiście zachowywaliśmy się i robiliśmy wszystko to samo co przedtem z tymże od czasu do czasu, Ona podkreślała, że przecież się nie spotykamy (więc ja kwitowałem, masz rację, teraz się widujemy), zaczęła tez mi mówić, bym się przypadkiem w niej nie zakochał (trochę miłości już w życiu przeżyłem, więc tak łatwo mi to nie przychodzi), ale generalnie wszystko tak jakby wróciło do normy a ja się czułem jak pączek w maśle (pomimo fakty że ma męża z którym się chce rozwieźć ale tez tak jakby nie chciała).
Sytuacja deczko zmieniła się tydzień temu... byliśmy umówieni, chciała ze mną spędzić dzień tym bardziej że to były moje urodziny. Miała wyjść 10 min wcześniej z pracy a ja miałem ją z pracy odebrać. Pech chciał, ze w tym rozkopanym wzdłuż i wszerz mieście godzina z hakiem by dojechać z jednego końca na drugi to za mało. Byłem nieco tym faktem wkurzony ze sie spóźnię, ale przyjechałem mając te 10 min poślizgu, z roztargnienia podjechałem na główny parking by odebrać ją z pracy gdy Ona i wszyscy wychodzili no i z tego powodu sie na mnie bardzo wkurzyła - bo mówiła mi że w pracy wiedza że ma męża, żę to znajomy męża prace jej załatwiał, ze nie chciała by mieć z tego powodu problemów itp itd... i zostało mi albo i nie mi - bo jej sie wyrwało w powietrze, że już nikt nigdy jej z pracy odbierać nie będzie. Wieczór spędziliśmy nieco sztywniej niz normalnie no ale trudno... Na sobotę byliśmy umówieni na bal karnawałowy, w sumie przez te parę dni o tej środy się z nią za bardzo nie kontaktowałem bo miałem istny młyn w pracy, ale dowiedziałem się że w piątek była potańczyć - nie pytałem z kim, w dodatku zauważyłem nowe kwiaty u niej w mieszkaniu - wiem że lubi - może kupiła sobie je sama? a może dostała od teściowej?
Bal karnawałowy był udany, ale pod koniec stwierdziła że nie chce mnie skrzywdzić a wydaje jej się ze mi zaczyna coraz bardziej zależeć i poprosiła byśmy te relacje w takiej formie w jakiej jest zakończyli... no cóż - nic na siłę - wiem że nikogo do niczego nie zmuszę - zresztą co by to dało... a chwile później gdy tańczyliśmy razem bardzo namiętnie mnie pocałowała - przepraszając za to bo sama nie wie czego chce...
Po balu odstawiłem ja do domu a sam wracałem do swojego z nastawieniem, że no rozstaliśmy się definitywnie, a rano gdy wstałem telefon od niej i no jednak nie - byłoby fajnie jakbym przyjechał.
Dobra tak wygląda moja relacja z tą kobietą. Nie jest to relacja normalna, nie jest tez prosta z wielu powodów... Ja sam na wiele rzeczy mogę nie patrzeć o wiele rzeczy mogę nie pytać. I mogę zrozumieć, że ktoś może nie być gotowy, albo że komuś nie odpowiadam, ale mam pewne wątpliwości też co do mojego przeświadczenia o tej osobie, bo pomimo wielokrotnych rozmów z "A" i tłumaczenia jej, że z mojej perspektywy powinna wpierw zamknąć definitywnie etap małżeństwa - skoro do męża nie ma zamiaru wracać (albo raczej pozwolić aby on wrócił do niej), pomimo tłumaczenia że nie może w każdym facecie szukać odpowiednika "jej wspaniałego męża" - bo nie znajdzie jego wiernej kopii, Ona mimo woli przyznaje mi rację ale popełnia znów te same błedy...
Od pewnego czasu wiem, że pomimo tego iż byliśmy ze sobą razem Ona mimo wszystko nadal udzielała sie na tym portalu randkowym na którym sie poznaliśmy, a co więcej będąc ze mną równocześnie sie z kimś spotykała.
Z jednej strony pretensji nie mam - ona mężatka bez męża, nic sobie nie obiecywaliśmy, ale niech mi ktoś wytłumaczy Jaki jest sens mówienia komuś że nie chce się tej 2 osoby skrzywdzić, że samemu nie wie czego się chce i zaczynać ten sam proces od nowa z kims innym? wiem ze nie byłem pierwszym z tego portalu i teraz wnioskuje ze nie będe ostatnim. Ale co ta kobieta robi? Ktos kto chce, myśli o rozwodzie - prędzej czy później decyduje sie na rozwód a nie spotyka się jak nigdy nic na herbatce z teściową a czasami i razem z mężem, nie obawia się co to będzie gdyby ktoś się dowiedział że ma nowego partnera (w końcu jej mąż nadal jest z inną - poszedł swoja drogą - On może a Ona nie?). A może tu chodzi na odegraniu się na mężu - z cyklu popatrz wybrałeś tamtą lafiryndę i z nia jesteś - a zobacz z iloma ja byłam?
Niech mi któraś z doświadczonych Pań z tego forum naświetli nieco w głowie. Bo być może wykreowałem sobie nieprawdziwy obraz tej kobiety, a może chciałbym sie z nia spotkać i powiedzieć wszystko co myślę na ten temat, jednak czy dobrze myślę? bo nie chciałbym mówić głupot
Dziekuje za uwagę