Odkąd inwestorzy musieli zacząć liczyć się ze zdaniem ekologów, wiele społecznie użytecznych prac zostaje wstrzymanych przez protesty, których zadaniem jest ochrona przyrody, w tym na przykład krajobrazu czy ginących gatunków zwierząt. Działanie wydaje się słuszne, bo przecież jeśli raz coś zniszczymy, to na zawsze, ale jest jeszcze druga strona medalu - dobro społeczne.
Dla przykładu:
Serwis biztok.pl zwraca uwagę, że polscy narciarze uciekają oddawać się białemu szaleństwu (a także wydawać niemałe pieniądze) do Czech i na Słowację. Z kolei w kraju mamy inwestorów, którzy poważnie myślą o inwestycjach w narciarską infrastrukturę. Są tacy, którzy na granicy województwa małopolskiego i śląskiego chcą zbudować największy ośrodek narciarski w Polsce - za kilkaset milionów złotych przygotować kilkanaście tras narciarskich z kolejkami gondolowymi, trasy do narciarstwa biegowego oraz halę, dzięki której narciarstwo można byłoby uprawiać nawet latem.
W artykule dalej czytamy: "Jednak, gdy inwestor rozpoczął załatwianie formalności, od razu podniosły się głosy sprzeciwu. Protestują mieszkańcy, którzy chcą chronić przyrodę, krajobrazy, ciszę i spokój. Popierają ich ekolodzy, którzy gotowi są do walki o chronione gatunki zwierząt, zamieszkujących te tereny.
I tu dochodzimy do odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie, dlaczego w Polsce nie udaje się wciąż wykorzystać potencjału naszych gór? Są inwestorzy, są plany, brakuje tylko zgody, a to takie typowo Polskie."
Raz jeszcze podkreślam, że powyższy przykład przytoczyłam głównie dla zobrazowania problemu, nie chciałabym natomiast, aby się na nim skupiać. Zależy mi, abyśmy porozmawiali o tego typu sytuacjach - po której stronie wówczas stajemy? Ekologów czy tych, którzy chcą zrobić coś dobrego, przy czym dobrego w wymiarze społecznym? A może da się znaleźć złoty środek i jedno z drugim doskonale pogodzić?