Myślę, że umiejętność wypracowywania sobie pozycji w stadzie trzeba sobie wypracować. Nie jest to łatwe. Nie każdy jest wygadany, nie każdy wie, że może być. Prawda jest taka, że na szacunek zawsze sobie trzeba zasłużyć. W sensie - nie jesteś wygadaną osobą, pozwalasz się stłamsić, przekrzyczeć, wejść sobie na głowę. Ludzie bezbłędnie wyczuwają, kogo sobie mogą lekceważyć, a kogo nie. Często wystarczy jeden impuls, serio.
Jak było u mnie..
Byłam często najmłodsza w różnych grupach. Treningi, szkoły językowe, zespoły, w których grałam. A to rodziło pewne założenia: gowniara kontra swiat. Początkowo wolałam się nie odzywać, bo nie wiedziałam, czy glupstwa nie palnę, a bezlitośnie by to było roztrząsane. Lądowałam na najgorszych miejscach w autokarze, na stołówkach, bywało, że dzieliłam podczas wyjazdów pokoje z opiekunami. Syf i koszmar. Zaczęło się u mnie od tej świadomości, że sobie na to pozwalam. A skoro pozwoliłam raz, nadal będę spychana na margines i tłamszona. O ile nadal będę na to pozwalać.
Nie działałam z rozmysłem, ale intuicyjnie.
Dziś wiem, że po pierwsze - zaczęłam patrzec ludziom w oczy, gdy mówiłam cokolwiek. Po dwa - wyrażałam swoje zdanie jasno, nie podniesionym, ale zdecydowanym głosem. Opracowałam do perfekcji sztukę obracania niezręcznych słów, czy czyichś chamskich tekstów w żart. Po trzy - zaczęłam ludziom (niewygodnym) zamykać usta ich własnymi argumentami (np. Wiem, że sądzisz, że wyglądam za grubo w tych spodniach. Cóż, nie każdy może mieć tak piękny tyłek jak ty, ale każdy może chcieć się modnie ubrać
). Po czwarte - zaczęłam mówić to, co myślę. Nie bezmyślnie, ale jeśli czegoś nie chciałam, nie lubiłam - nie tłamsiłam tego w sobie. Mówiłam wprost, bez ogródek. Duuuużo osób mnie za to nie lubiło. Ale, patrząc obiektywnie, oni też tak robili. Sami nie chcieli, by ktoś mówił tak do nich... to nie jest wygodne. Takich ludzi zaczynają się inni bać albo... ich szanować. Bo wiedzą, że masz coś w głowie, w sercu - mówisz o tym. Nie lekceważą Cię, bo się boją, że rzucisz im tym w twarz.
Reakcja ludzi... na początku śmiali się, wykpiwali mnie, że kozak się robi, że małej się w główce pomieszało.. potem zaczęli ze mną walczyć, że kim ja jestem, co mi się wydaje.. a potem spokornieli. I to oni musieli się ładnie uśmiechać, by znaleźć się w gronie moich znajomych. Do dziś trzymam poziom. Tylko że teraz te postawy, wypracowane, wyuczone, przychodzą już jako naturalne i jedyne.
Wiele sobie tym w życiu pomogłam. Inaczej do dziś bym była popychadłem i "chłopcem na posyłki". Bo wystarczy, że raz jedyny nam ktoś zakorzeni w głowie, że jesteśmy niżej w hierarchii.. idziemy zgodnie z tym schematem całe życie. Chyba że sami siebie kopniemy w tyłek.