Secondo1 napisał/a:"I znowu powtórzę, co im się udało, mimo że jest jasno napisane w 1. wątku - kochanki, którym udało się stworzyć szczęśliwy związek."
Eileen, czy możesz napisać, czym dla Ciebie jest szczęscie w związku ?
Jak wygląda, jak czują się w nim obie strony ?
"Stworzyć szczęśliwy związek" to oczywiście maksymalne uproszczenie. Generalnie chodzi mi o to, kto stworzył normalną rodzinę/relację, zapoczątkowaną zdradą - na przekór powszechnemu twierdzeniu, że szczęścia na krzywdzie zbudować się nie da.
Czym dla mnie jest szczęście w związku - jasne, mogę się rozpisać, ale chyba nie o to chodzi, każdy patrzy na to inaczej, nie wiedziałam, jak ująć taki "normalny związek", więc napisałam po prostu "szczęśliwy". Może niefortunnie, ale mówię - duże uproszczenie. I proszę, nie pytaj teraz, czym dla mnie jest normalny związek.
Secondo1 napisał/a:Często zdrada przyrównywana jest do morderstwa z premedytacją.
Czy człowiek który zamordował innego, może cieszyć się z tego co zabrał zamordowanemu ?
Może.
Ale czy zasługuje na miano człowieka ?
Nie zgadzam się z porównaniem - przecież ta trzecia/ten trzeci nie kradnie partnera wbrew jego woli, a tak z tego wynika. Przyszedł ktoś, zabrał sobie partnera i teraz szczęśliwy. Jak by na to nie patrzeć, to jest decyzja obojga.
Czy można się cieszyć z takiego związku? Przypuszczam, że tak - jak wszystko zależy od konkretnej osoby. Czy zasługuje na miano człowieka? Dla mnie to już trochę zbyt hm... patetyczne. Zdrada to jednak nie jest morderstwo. Nie twierdzę, że jest czymś dobrym, ale jednak to jest czyn innego kalibru.
Secondo1 napisał/a:Podobnie w związku zrodzonym ze zdrady.
Czy osoby w nim potrafią cieszyć się ze wspólnego przebywania ?
Mogą.
Ale czy ta szczęśliwość nie jest zakłócana świadomością krzywdy na którym jest zbudowana ?
Jeżeli tak jest, potrafią zapomnieć o krzywdzie, czy te ich "szczęście" jest taką wartością którą można podziwiać i uznać za prawdziwe szczęście ?
Pewnie część potrafi, zresztą jak patrzeć po przykładach podanych wyżej. Może i jest zakłócana świadomością krzywdy, ale:
a) nie wierzę, że zakłóca im to każdy moment, zwłaszcza np. jeśli rozbity związek trwał pół roku czy rok, to wątpię, że szczególnie zaprzątają sobie tym głowę np. po 20-30 latach wspólnego życia (oczywiście to tylko moje przypuszczenia)
b) jeżeli ten pierwszy związek się rozpadł, bo kochankowie postanowili związać się "oficjalnie", to w części pewnie było tak, że rzeczywiście w pierwszym związku się nie układało (niekoniecznie nawet przez kłótnie, picie, bicie, przemoc, ale przez zwykle niedobranie się, bo - jak ktoś wyżej napisał - wzięli ślub np. zbyt młodo czy pod naciskiem rodziny/otoczenia, czy przez ciążę czy cokolwiek innego). Chodzi mi o to, że popularna ściema przedstawiana kochankom "nie sypiam z żoną" czy "nie układa mi się z mężem" czasami może nie być ściemą i wtedy również niekoniecznie będą wspominać spowodowaną krzywdę, bo dla nich poznanie kochanki/kochanka mogło być tylko swego rodzaju katalizatorem przyspieszającym decyzję o rozstaniu.
Inna sprawa, jeśli kochanek/kochanka podchodzi do tego od początku znajomości na zasadzie "chcę odbić męża/żonę", bo mi się podoba i koniec, a inna, jeśli skądś się znają i po prostu zakochają w sobie - wtedy taka zakochana/zakochany niekoniecznie będzie stawiać szczęście żony/męża nad swoje własne, zwłaszcza jeśli - skoro mówimy o późniejszych trwałych związkach - kochanek jest gotowy zostawić obecną drugą połówkę i związać się z tą trzecią. Nie wiem, czy nie namieszałam i czy to jest zrozumiałe.
Secondo1 napisał/a:Nie wierzę w szczęście zakłócone wyrzutami sumienia, które każdego normalnie czującego, zdolnego do miłości nie tylko zauroczenia, w którymś momencie życia dopadną.
"w życiu piękne są tylko chwile"..
Tak samo poczucie szczęścia w związku zrodzonym ze zdrady, może trwać chwilę.
Do momentu przytłoczenia świadomością krzywdy którą się wyrządziło.
Czy taki związek mozna uznać za szczęśliwy, bo choć przez chwilę ?
Nie wiązałabym zdolności do miłości ze zdolnością do odczuwania wyrzutów sumienia.
Nie wiem, dlaczego ale tutaj uważam zupełnie odwrotnie - wydaje mi się, że te wyrzuty sumienia byłyby większe na początku, przy samym zostawianiu partnera/partnerki dla innej osoby, ewentualnym rozwodzie, kiedy oglądałoby się w pewnych sytuacjach jej cierpienie itd., natomiast że po jakimś czasie ta świadomość wyrządzonej krzywdy by malała.
I nie, takiego związku nie można nazwać szczęśliwym, jeśli przez chwilę i nie o takie związki mi chodzi, ale niekoniecznie ci zdradzający i kochanki muszą patrzeć na to/odczuwać to w ten sam sposób. Zresztą ciężko spekulować na ten temat, bo - jak mówią - "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Dlatego głównie prosiłam o wypowiedzi tych osób albo kogoś, kto takie historie zna - bo cała reszta, łącznie ze mną, może tylko podejrzewać.