Witam.
Postanowiłam napisać na tym forum, docelowo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie 'co się ze mną dzieje?'. Mam niecałe 22 lata, jestem na finiszu pierwszego etapu studiów, które są bardzo przyszłościowe. Mam kilku wspaniałych i oddanych przyjaciół, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. Gdzieś tam daleko, 300 kilometrów ode mnie, mieszka mój chłopak. Niby wszystko w porządku, z zewnątrz życie wręcz perfekcyjne, jednak od mniej więcej 2 - 3 miesięcy czuję się fatalnie.
Nie poszłam dziś na zajęcia, bo tak bardzo się przestraszyłam, że dostanę burę za niskiej jakości prace 'domowe'. Oczywiście wmówiłam sobie, że się źle czuję. Wszystko w celu uniknięcia wymyślonej przeze mnie sceny ganienia. Takie sytuacje powtarzały się od samego początku studiów, lęk przed pojawieniem się na zajęciach. Powód? Jestem głupsza od reszty, reszta wie, że się stresuję -> wyjdę więc na osobę żałosną w oczach mojej malusieńkiej grupy uczelnianej. Najdrobniejsze czynności, takie jak wyjście do sklepu, odebranie połączenia od obcego numeru, załatwienie błahostki, rodzą paranoję.
Mieszkam z mamą i starszym bratem, który niestety nie jest łatwym człowiekiem w koegzystencji. Artystyczna dusza i uzależnienie od alkoholu powodują konflikty rodzinne. Dwa razy padłam ofiarą agresji fizycznej z jego strony, policja bywała u nas na 'herbatce ratunkowej'. O znęcaniu psychicznym nie wspomnę - wyzwiska i mieszanie z błotem to norma. Tydzień temu znowu było dość nieprzyjemnie. Ojciec od około 7-8 lat migruje z miejsca na miejsce w poszukiwaniu pracy. Przyjeżdża tylko na wakacje i święta. Rodzice jakoś nie specjalnie się mną przejmują, czuję że telewizja zajmuje często wyższą pozycję w hierarchii ode mnie. Ale gdy już okazują mi zainteresowanie, odrzucam ich zdawkowymi i często chamskimi odzywkami. Przyjaciele uważają jednak, że mimo tych 'niedogodności' mam wspaniały dom, bo dziwne, ekscentryczne zachowania i niewybredne żarty są po prostu zabawne. Można powiedzieć - nasz własny dom wariatów. Przyjaciele potępiają zachowania brata i bierność rodziców, jednak pomoc w tym wypadku jest niemożliwa.
Nieśmiałość i wieczny lęk nie pozwalał od dzieciństwa gonić za marzeniami. Zrezygnowałam ze śpiewu, bo bałam się wystąpić na konkursie, na który byłam zapisana. Ciągle myślę o powrocie do tego zajęcia, rozpoczęciu na nowo - bezskutecznie. Przeświadczenie o zrobieniu z siebie kretyna wygrywa. Jednak robienie z siebie kretyna mam we krwi. Od najmłodszych lat zgrywanie tak zwanego 'klasowego błazna i rozweselacza' szło mi fantastycznie. Wszyscy mnie lubili, a spędzanie ze mną czasu uważali za przyjemność. W jakiś sposób zawsze czułam się gorsza od reszty, głupsza. Miałam problemy z nauką w ciągu roku szkolnego, jednak wyniki egzaminów końcowych były zawsze wysokie. Chodziłam do najlepszych szkół. W gimnazjum wysyłano mnie do psychologów szkolnych, by naprawić 'mój system wartości' i zachęcić do nauki. Nie potrafili ze mną wygrać.
Z życiem miłosnym - pasmo porażek, aż do teraz, chociaż mój obecny związek jest związkiem 'widmo'. Od małego interesowali mnie tylko ci niedostępni, mną niezainteresowani. Wszyscy, którzy byli mną zainteresowani szli w odstawkę - bez słowa uciekałam i zrywałam z nimi kontakt. Wyznania miłości działają na mnie jak płachta na byka, powodują lęk i chęć ucieczki na drugi koniec świata. Mój obecny chłopak przez ostatni miesiąc był przeze mnie pomiatany, a swoim zachowaniem, pogardą a zarazem chęcią 'ratunku' doprowadziłam do 'zerwania'. Nienawidziłam go, teraz nie chcę by odchodził.
Cierpię na gonitwy negatywnych myśli, które są niczym nieuzasadnione. Wpadam w niekontrolowany szał, a upuszczenie przedmiotu kończy się mięsistym przekleństwem i drżeniem ciała. Nie mam na nic ochoty, praca jest dla mnie obowiązkiem, do którego zabieram się jak pies do jeża. Kończę studia, które wybrałam z przypadku, bo 'dobre pieniądze'. Boję się iść do pracy na własną rękę, widzę nieporadną i zestresowaną siebie. Rezygnowałam z pracy w wakacje, bo strach mnie zjadał.
Mam wizytę u psychologa na początku marca, ale oczekiwanie na tę datę jest wykańczające. Szukam pomocy wszędzie, robiąc pewnie z siebie przy okazji ofiarę. Jeśli kogoś nie zraził tak długi post, to czekam na odpowiedzi od użytkowniczek. Po prostu już nie mam siły, straciłam kontrolę nad swoimi lękami i emocjami.
Pozdrawiam. M.