Nie, nie chodzi tutaj o mnie, lecz o osobę mi bliską. Kogoś kto zawsze był blisko i mogłam na niego liczyć zawsze i w każdej sytuacji, a teraz? Rak. Nowotwór złośliwy. bez żadnych szans, bez cienia nadziei, bez możliwości leczenia. 2 miesiące. Zaledwie tyle zostało mi na oswojenie się ze śmiercią. Do tej pory bliskie mi osoby umierały nagle, bądź śmierć była spowodowana już dość podeszłym wiekiem. A teraz? 36 letni mężczyzna umiera, a ja mogę tylko na to patrzeć. Wiem, że w sprawie jego zdrowia już nic nie zdziałam, ale może jakoś dam radę przebrnąć ten czas w mniejszym cierpieniu. Pewnie pomyślicie sobie, że piszę to z uśmiechem na twarzy, a powyższa historia jest wymyślona, bo przecież kto normalny w takiej sytuacji pisze posty na forum, na którym nikogo nie zna. Jeśli tak myślisz, to nic nie pisz, natomiast jeśli masz jakąś radę, propozycję napisz bardzo proszę.
Podobne tematy
Towarzyszenie w odchodzeniu jest trudne, zwłaszcza gdy odchodzącą jest bliska osoba. Odchodzenie zwykle jest też trudne dla tego, kto żegna się z życiem. Stąd nie obarczaj tej osoby swoimi emocjami i nie chodzi tu o to, byś była radosną jak skowronek, ale by odchodzący "nie miał Ciebie na głowie". Emocje są jednak silne i gdzieś je musisz upuścić. Stąd, zadbaj o realne wsparcie dla siebie, byś wychodząc od umierającej osoby mogła zwolnic hamulce, byś mogla płakać, szlochać, krzyczeć, bluzgać.
3 2014-02-11 19:47:18 Ostatnio edytowany przez Summerka (2014-02-11 19:49:36)
Trudno jest radzić ogólnie. Każdy umierający jest inny i może potrzebować czegoś innego.
Rozmawiać o tym, co przyjemne i miłe dla umierającego, choć nie tylko. Nie każdy czuje się na siłach wspierać, więc pogodną twarz staraj się pokazać.
Nie uciekać przed problemem i w miarę możliwości przeżyć razem ostatnie tygodnie i dni. Przynajmniej ja tak miałem. Nie mogłem patrzeć na to co się dzieje w szpitalu ale z perspektywy czasu wiem, że żałowałbym do końca swojego życia gdybym zachował się inaczej. Wystarczy potrzymać za rękę i nic nie mówić bo słowa już są niepotrzebne i nic nie zmienią...liczy się bliskość.
Moja przyjaciolka(pielegniarka )zachorowala na nowotwor,przeszla operacje,chemie......i wszyscy mielismy nadzieje,ze wyjdzie z tego..........nie wyszla,chodzilam do niej codziennie przez 3 ostatnie m-ce,posiedzialam z nia ,pogadalysmy,pomilczelismy,plakalismy razem,razem sie smialismy,ale bylysmy razem do konca.......mylse ,ze mojej przyjaciolce bylo lzej,bo wiedziala,ze zawsze bede z nia i przytule jej dzieci,kiedy jej zabraknie...........Wiem ,ze osoby smiertelnie chore wybieraja sobie osobe z ,ktora chca byc szczere na dobre i zle,chca rozmawiac o zyciu,o smierci,o rozpaczy,o wszystkim tylko trzeba byc i wsluchiwac sie w to ,co chce przekazac nam osoba,ktora odchodzi.......SPIESZMY SIE KOCHAC LUDZI ,TAK SZYBKO ODCHODZA(KS.TWARDOWSKI)trzeba trwac do konca,bo zdajemy egzamin ze swojego czlowieczenstwa ![]()
Jak sobie poradzic? Tylko być.Nie rozpaczać przy odchodzącym,oni tego nie potrzebują,mam wrażenie,że trudniej im przez to odejść.Nie byc też sztucznie wesołym. Być blisko i dawać spokój.
7 2014-02-11 23:21:05 Ostatnio edytowany przez Picea (2014-02-11 23:28:55)
Nie, nie chodzi tutaj o mnie, lecz o osobę mi bliską. Kogoś kto zawsze był blisko i mogłam na niego liczyć zawsze i w każdej sytuacji, a teraz? Rak. Nowotwór złośliwy. bez żadnych szans, bez cienia nadziei, bez możliwości leczenia. 2 miesiące. Zaledwie tyle zostało mi na oswojenie się ze śmiercią. Do tej pory bliskie mi osoby umierały nagle, bądź śmierć była spowodowana już dość podeszłym wiekiem. A teraz? 36 letni mężczyzna umiera, a ja mogę tylko na to patrzeć. Wiem, że w sprawie jego zdrowia już nic nie zdziałam, ale może jakoś dam radę przebrnąć ten czas w mniejszym cierpieniu. Pewnie pomyślicie sobie, że piszę to z uśmiechem na twarzy, a powyższa historia jest wymyślona, bo przecież kto normalny w takiej sytuacji pisze posty na forum, na którym nikogo nie zna. Jeśli tak myślisz, to nic nie pisz, natomiast jeśli masz jakąś radę, propozycję napisz bardzo proszę.
To zupełnie zrozumiałe, że swoich negatywnych emocji nie poruszasz przy chorym, niemniej masz potrzebę o tym porozmawiać, niejako zrzucić ten balast z siebie o ile jest to w ogóle możliwe. Pisz więc tutaj. Będziemy pomagać jak umiemy. Zapewniaj go o uczuciach swych, wspominajcie piękne chwile. Powiedz Mu wszystko to co byś chciała. Róbcie coś wspólnie słuchajcie muzyki, czytajcie książkę. Bądź blisko, przytul, trzymaj za rękę. Gdy będzie chciał rozmawiać o raku sam zacznie. Biblia zachęca: ?Radujcie się z tymi, którzy się radują; płaczcie z tymi, którzy płaczą? (Rzymian 12:15)
Myślę, że jutro napiszę do Ciebie maila. Pozdrawiam
Bardzo Ci współczuję, po prostu bądź i spróbuj być silna, spróbuj przetrzymać ból i cierpienie, przepraszam chyba nie mam dla Ciebie żadnej rady, mnie nie nawet niektóre rady wtedy denerwowały. To, co proponowali Ci wyżej to najsensowniejsze, co możesz zrobić np. wyjść do ludzi, oderwać się na chwilę ? wykrzyczeć, wypłakać i odpocząć, nabrać głęboko powietrza w płuca i wrócić ? stawić temu czoła, aby ten czas, który jeszcze wam pozostał spędzić razem.
Przykro mi, ale ze śmiercią nie da się oswoić, bezradność wobec nadchodzącej śmierci jest porażająca, myśl, że się straci osobę, którą się kocha też. Jedynie, co można zrobić to kochać dalej, kochać i być blisko, i spróbować przygotować się na ten najgorszy moment i być z Tą osobą, aż do końca. Trzeba się nauczyć z tym żyć, a później żyć bez Tej osoby? a to najtrudniejsze. Wierzę, że dasz sobie radę, trzymam kciuki, pisz i tutaj i na maila, jak wolisz.
Bardzo Ci współczuję, po prostu bądź i spróbuj być silna, spróbuj przetrzymać ból i cierpienie, przepraszam chyba nie mam dla Ciebie żadnej rady, mnie nie nawet niektóre rady wtedy denerwowały. To, co proponowali Ci wyżej to najsensowniejsze, co możesz zrobić np. wyjść do ludzi, oderwać się na chwilę ? wykrzyczeć, wypłakać i odpocząć, nabrać głęboko powietrza w płuca i wrócić ? stawić temu czoła, aby ten czas, który jeszcze wam pozostał spędzić razem.
Przykro mi, ale ze śmiercią nie da się oswoić, bezradność wobec nadchodzącej śmierci jest porażająca, myśl, że się straci osobę, którą się kocha też. Jedynie, co można zrobić to kochać dalej, kochać i być blisko, i spróbować przygotować się na ten najgorszy moment i być z Tą osobą, aż do końca. Trzeba się nauczyć z tym żyć, a później żyć bez Tej osoby? a to najtrudniejsze. Wierzę, że dasz sobie radę, trzymam kciuki, pisz i tutaj i na maila, jak wolisz.
Powtórzę się, że trudno mieć gotowe recepty, a pytanie brzmiało, jak sobie poradzić. Każdy radzi sobie inaczej i nie ma gotowca.
Tak pięknie napisać: bądź blisko, kochaj, trzymaj za rękę.... A życie płata różne figle i nagle może się okazać, że ktoś nie wytrzymuje bez pomocy środków farmakologicznych albo zachowuje się w sposób irracjonalny.
Summerka wszystko może się okazać, ludzie są różni i różne sytuacje mogą spowodować różne rzeczy, nigdy się nie wie dopóki nie przyjdzie się z tym zmierzyć osobiście, tak jak sama powiedziałaś "Każdy radzi sobie inaczej i nie ma gotowca".
A pisać nie jest pięknie, jak się przeżyło śmierć kogoś kogo się bardzo kochało, a ja już kilka osób pożegnałam nawet własnego syna, jedni odchodzili nagle, a inni z raka wyrokiem, towarzyszyć przy śmierci jest bardzo trudno nawet obcej osobie, a bliskiej dodatkowo boli...
Ani mnie ani kilku osobom, które znam i wiem, że takie doświadczenie przeszli nie udało się zwariować mimo, że nie brali środków, ani nie korzystali z psychologa, co oczywiście nie znaczy, że ktoś inny nie będzie tego potrzebował.
Nie bardzo rozumiem dlaczego akurat mój post cytujesz, dlatego, że napisałam bądź blisko i kochaj? Napisałam, bo wiem jak czasem wygląda śmierć i jak ciężko jest opiekować się taką osobą, kiedy przychodzi końcówka, nie będę wchodzić w szczegóły, powiem bardzo oględnie, a Ci to już przeszli zrozumieją, kiedy wszystko z człowieka schodzi i dookoła masz tylko czarną maź, i sprzątasz i sprzątasz, a to się leje i leje bez końca, wtedy najtrudniej jest dalej kochać i robić to co trzeba robić, bo nic więcej nie da się zrobić...
iajagoda! Jeśli czujesz się urażona zacytowaniem Twojej wypowiedzi, to bardzo Cię przepraszam.
Dlatego ją zacytowałam, bo w tych krótkich zdaniach ujęłaś to, na co chciałam odpowiedzieć.
Jeśli przeszłaś tak dużo, to jesteś dzielną kobietą.
Ja tylko wspomniałam, że nie wszyscy tak sobie dobrze radzą. Nie wszyscy potrafią okazać miłość, bliskość odchodzącej osobie, bo sami nie wytrzymują psychicznie.
A wiele osób nie wie po prostu, jak ma się zachować i dlatego ten temat jest taki ważny.
Nie czuje się urażona tylko byłam zdziwiona, dlatego zapytałam.
Temat jest bardzo ważny i najgorsze, że tak jak ja powiedziałam - nie ma rady, tak jak Ty powiedziałaś - nie ma gotowca, ludzie są różni, śmierć też ma różne twarze, a w obliczu śmierci najgorszy jest ból i bezradność, że nie możesz za wiele pomóc, ani nie możesz tej osoby zatrzymać, uświadamiasz sobie jak życie jest kruche i jak nie wiele trzeba, aby się skończyło. Ludzie nie wiedzą jak się zachować, bo często są przerażeni i zagubieni, a dotyczy to obydwóch stron i tych co odchodzą i tych co ich tracą.
W drugi dzień świąt zmarła moja siostra , chociaż wiedzieliśmy że jest sytuacja beznadziejna, w 2 szpitalach odmówili już dalszego leczenia ale ja do końca miałam nadzieję czekałam na cud że coś się zmieni nie dopuszczałam nawet takich myśli do siebie że może być inaczej ,że jest za młoda aby umrzeć nigdy nikt nie jest gotowy na przyjęcie śmierci ani ten co umiera ani rodzina to jest ból nie do opisania pomimo ich cierpienia i bólu wywołanego przez chorobę mają swoje plany nadzieję tak proszą o dalsze życie a my rodzina jesteśmy bezradni jest to potworny ból i pustka . każdej nocy patrzę po pustym pokoju wypatruję czy może jest u mnie przyszła do mnie wiem że to można uznać za śmieszne ale czekam na nią ale sama myśl o tym że już nie przyjedzie ani ja nie pojadę do niej jest straszna nie można pogodzić się ze śmiercią najbliższej osoby ![]()
Mój tata zmarł 5 lat temu, kiedy miałam 16 lat. Dotychczas zdrowy, pełen siły człowiek - pracoholik, nagle przez raka stał się osobą potrzebującą pomocy, osobą, którą trzeba się zająć, osobą, która jest bezradna i bezbronna jak małe dziecko. Do tej pory on wszystkim pomagał, a kiedy sam oczekiwał pomocy praktycznie wszyscy ci, którym pomógł - odkręcili się, mieli swoje sprawy i problemy.
Mój tata też usłyszał wyrok - 4 tygodnie. Później okazało się, że lekarze popełnili błąd, jednak choroba postępowała i żył 9 miesięcy od odkrycia faktu, że jest chory. Te 9 miesięcy poświęciliśmy mu swój czas. Codziennie kiedy był w szpitalu (a był w nim często, bo leki 'antyrakowe' pozbawiały go krwi i ciągle musiał dostawać nowe dawki), byliśmy przy nim na zmiany. Siostry, mama, ja, babcia. Nie chciałyśmy zostawić go ani na chwilę samego, żeby o tym nie myślał, nie dołował się. Nawet w dniu śmierci byłyśmy przy nim wszystkie do ostatniej chwili. I tak moim zdaniem powinnaś postępować. Być z tą osobą cały czas, ile tylko potrafisz. Ten wyrok go nie minie, chyba, że zdarzy się cud, więc jedyne co możesz zrobić to spędzać czas z ukochaną osobą, żeby dotrzymać jej towarzystwa w ostatnich chwilach. Wiedz, że może na Ciebie liczyć, na Twoją obecność. Tylko staraj się nie płakać, nie mówić o chorobie, mimo, że jest to trudne.
Dziękuję wam wszystkim bardzo serdecznie za słowa otuchy. Nie przeczytałam tego wcześniej i żałuję. Na pewno by mi pomogły w trudnych chwilach. Najgorsze juz za mną... Za nim. Mi pozostała tęsknota i cierpienie, a jemu spokój i ukojenie. Jest coraz lepiej. Znalazłam patent na szczęście po takich przeżyciach.
Ja utrzymuję swoją chorobę od 24 lat. Wiedzą o niej tylko najbliższe osoby,chciaż nasze stosunki nie są takie same jak przed usłyszeniem prawdy. Od prawie dwóch miesięcy mój stan zdrowia bardzo pogorszył się. Straciłam na wadze około 15 kilogramów,wogóle wyglądwm źle. Podejrzewam że na nowo mam depresję,ale walczę dla moich 2 synów nastoletnich. Prawie nie wychodzę z domu, bo jak wyjdę,spotkane osobu np; sąsiedzi ,zaczynają wyputywać się dlaczego tak źle wyglądam i z jakiego powodu. Tak chciała bym powiedzieć komuś o tym noim koszmrze,ale trzymam to w tajemnicy ze srtachu jak ludzie zareagują,czy nie zrob ią z tego plotek i sensacji. Niestety już doznałam odrzucenia gdy wyznałam prawed,ale byłam pewna że mogę tej osobie zaufać i pożałowałam tego. Odbiło się to na moich dzieciach,mnie to tak nie poruszyło.Co mam powiedzieć moim chłopcom,czuję że zbliża się mój koniec,oni wiedzą o mojej chorobie,ale nie cierpią o niej rozmawiać. Widzę po zachowaniu synów że boją się lecz nie pytaja mnie o to jak długo będziemy razem i czy to już się zbliża. Jestem zalamana,ale dalej muszę udawać ,że wszystko jest dobrze.:(
beatko napisałam do Ciebie maila
Nie uciekać przed problemem i w miarę możliwości przeżyć razem ostatnie tygodnie i dni. Przynajmniej ja tak miałem. Nie mogłem patrzeć na to co się dzieje w szpitalu ale z perspektywy czasu wiem, że żałowałbym do końca swojego życia gdybym zachował się inaczej. Wystarczy potrzymać za rękę i nic nie mówić bo słowa już są niepotrzebne i nic nie zmienią...liczy się bliskość.
Zgadzam sie. Po prostu byc z ta osoba.Przeprasazm,ze sie wcinam,ale pisze to z wlasnego doswiadczenia.Miesiac temu zmarl moj maz,to co przezywam...wiadomo.Ale jestem szczesliwa,ze bylam z nim w chorobie,az do samego konca.I zaluje kazdej chwili kiedy mnie przy nim nie bylo(bo musialam isc do pracy).Pozdrawiam.