Witam.
Z moim narzeczonym przeżyłam najpiękniejsze chwile życia. Po fatalnym związku nr 1, to okazało się zupełną odwrotnością, nagrodą za cierpienia i upokorzenia. Moi rodzice, znajomi, wszyscy go pokochali za to, jaki jest dla mnie, jak się mną opiekuje, jak traktuje, jaki jest dojrzały.
I tak było, do momentu, kiedy życie było dobre.
Niestety, nadciągnęły czarne chmury. Poroniłam. Przeżyłam szok. Okrutny ból, niedowierzanie, cierpienie. A on się zmienił. W dniu, kiedy dostałam krwotoku, postanowił wyjechać do miasta oddalonego o 200 km, żeby...naprawić samochód. Chciał zostawić mnie samą w mieszkaniu na weekend, powiedział, że w razie czego zadzwonię przecież na pogotowie. Dostał porządną reprymendę, nie przebierałam w słowach, chciałam uzmysłowić mu, co on wyprawia. Nie dostrzegł niczego złego w swoim zachowaniu. Dopiero jego matka, która dowiedziała się o tym wyjeździe, zdołała przekonać go, żeby został i się mną opiekował, bo może grozić mi niebezpieczeństwo.
Kiedy dowiedziałam się o poronieniu, byłam w ogromnym szoku. Przyznam, że i ja źle się zachowałam, bo go odepchnęłam, wyzywałam, nie potrafiłam poradzić sobie z bólem. Ale on nie starał się zbliżyć, stwierdził, że przecież i on cierpi tak samo jak ja. Że nie to, to kolejne dziecko. Wrzeszczał, że ja wrzeszczę. Ale przecież ja tak naprawdę potrzebowałam wtedy jego, jego pocieszenia, obecności, samego bycia. A on wyszedł na kilka godzin i zostawił mnie z rozdartym sercem.
Kiedy byłam w ciąży, miałam fatalne nastroje. Zaczepno-kłótliwe o cokolwiek. Źle się czułam, wszystko mnie denerwowało. A on się wtedy ze mną kłócił, dla niego rozwiązaniem było wywiezienie mnie do rodziców i pozbycie się problemu. Pozwalał, żebym rozstrojona nerwowo wychodziła na wielki mróz i spacerowała nocami po osiedlu.
Dla niego rozwiązaniem jest ucieczka. Do rodziców, pracy, kolegi. Pozostawienie samej w rozpaczy, z pretensjami, że przeżywam tak bolesną dla mnie utratę. Nie umie współczuć, postawić się na moim miejscu. Po stracie dziecka, jego jedynym zmartwieniem było, kiedy skończy mi się okres...
Nie umiem być z takim człowiekiem. Tak, dbał o mnie, kiedy tak naprawdę dolegały mi jakieś bzdurne błahostki. Kiedy spotkało mnie piekło, odsunął się, rozłączył, nie potrafił wesprzeć, patrzył tylko na czubek swojego nosa.
Czy to ma sens? Czy można być z takim człowiekiem a w sytuacjach kryzysowych polegać tylko na sobie? Pomóżcie.