Witajcie.
Jak zapatrujecie na sytuację, w której jedna strona przez pewien krótki okres czasu unika swojej drugiej połówki, po czym siłą zmuszona do rozmowy przyznaje, że "nie chce się rozstawać, ale... nie ma już gdzieś tej magii, tego czegoś, co przyciągała do tej drugiej osoby". Dalej się spotykamy i to nie tylko z mojej inicjatywy, przejawia jakieś tam zaangażowanie, ale ja w tym momencie w niemal każdym geście wyczuwam fałsz. Obawiam się, że skoro raz mu się znudziło, to równie dobrze może się to powtórzyć.
Druga sprawa, która mnie nurtuje (gdyby wypowiedział się ktoś, kto jest w związku na odległość - byłoby super) czy nie widując się ze sobą 5 dni w tygodniu to normalne, że się ze sobą nie kontaktuje? Obserwuję moje koleżanki w związkach - jedna prawie ciągle pisze smsy ze swoim chłopakiem, druga to samo, trzecia bardzo często wisi na telefonie. U nas chyba nigdy tak nie było, żeby codziennie się kontaktować, ale co 2-3 dzień albo on dzwonił, albo ja. Teraz potrafi przelecieć cały tydzień bez jednej rozmowy, często jest też tak, że albo godzinami nie ma zasięgu/wyłączony tel albo np. godzinami nie odpisuje. Dobija mnie takie coś, nienawidzę siebie za takie wydzwanianie do niego, ale często jest tak, że jak już sobie odpuszczam to zaraz albo mój tata czegoś od niego chce albo moi dziadkowie nas zaproszą do siebie - zawsze wypadnie coś, przez co będę musiała do niego zadzwonić. Telefon mu szwankuje, ale nie wszystko można zwalić na karb tego. Mam świadomość, że jeśli jest w domu, to może napisać na gadu-gadu, albo pisać z bramki internetowej, a zdarzyło się to może ze dwa razy.
Wkradła się nuda, mnie się po prostu nie chce 50 sobotę z rzędu siedzieć w domu i oglądać film (w trakcie którego on zawsze zasypia, ZAWSZE), ale nawet na głupi spacer nie mogę go wyciągnąć, bo nie ma czasu i przychodzi dopiero późnym wieczorem.
Wiem, że nie zawsze są motylki, ale jak to możliwe, że w przeciągu kilku miesięcy można co chwilę kłócić się o pierdoły, mimo, że kiedyś kłótnie były sporadyczne?
Przepraszam, jeśli trochę chaotyczne to wszystko. Wylewam z siebie gorzkie żale tutaj, bo nie chcę się zwierzać komuś, kto zna nas oboje. Za dużo jest potem zamieszania i tłumaczenia, a i zdarzy się, że te informacje płyną dalej, do osób, które nie powinny ich słyszeć.
Kocham go, ale jestem zmęczona. Non stop rozmawiam z nim na temat tego, że potrzebuję więcej kontaktu, ale jak to jak mówienie do ściany. Już-już postanawiam sobie, że robię przerwę, ale zawsze w takim momencie on robi coś takiego, że już sama nie wiem. Albo ktoś z mojej rodziny go wychwala przy mnie pod niebiosa, jaki to wspaniały, uczynny chłopak.
Z tego, co mówi i robi to jestem niemal pewna, że dalej mnie kocha, ale nie do końca "mu się chce". Jak sam powiedział, lepiej coś naprawiać w trakcie, a nie po fakcie, że jakby się to rozpadło, to mógłby żałować. Ale nie rozumie, że ja po czymś takim potrzebuję więcej bliskości, więcej zaangażowania, że nie zadowala mnie to minimum, które jest teraz.
Nie wiem już sama jak się ze sobą mam, opisałam to jak mogłam, z chęcią poczytam wasze komentarze i ewentualne porady.
Pozdrawiam.