mysterious_chocolate napisał/a:Witajcie!
Wątek dotyczy łez. Każdemu zdarza się czasem zapłakać, jednym częściej, innym rzadziej.
Często płaczecie? Czy zawsze musi być jakiś powód, czy zdarza się wam płakać bez przyczyny? Co/Kto doprowadza was do płaczu? Płaczecie w samotności, czy przy kimś? Jaki jest wasz stosunek do płaczu publicznego i/lub przy osobie przeciwnej płci? Płaczecie na zawołanie czy tylko w konkretnych okolicznościach a może musicie się zmuszać bo łzy nie chcą lecieć nawet wtedy gdy jest wam smutno?
Czy po wszystkim odczuwacie ulgę? Czy z tym walczycie?
Jednym słowem - czym są dla was łzy?
Pozdrawiam
Witaj!
Coś spać nie mogę i wpadłam na ten temat.
Czy płaczę często? Zależy. Jestem wrażliwą osobą, może nawet bardzo wrażliwą i jak mam gorszy okres, to często. Gdy stało się coś niedobrego np rozstanie z byłym chłopakiem czy choroba mamy-rak, to dłuższy czas potrafiłam płakać nawet codziennie. Po prostu jakiś czas płakałam wtedy codziennie, bo były to dla mnie trudne sytuacje. Moja mama nadal choruje na raka, jest to dosyć trudna sprawa z jej rakiem teraz- guz nacieka na odbytnicę, pęcherz, podają chemię, na razie nie pomagała, guzy rosły, a nie da się ich wyciąć, więc nadal chemia, dlatego no martwię się o nią
Dlatego, no może już nie płaczę codziennie, bo leczenie mamy trwa już 4 lata z półtoraroczną przerwą, więc 2 i pół roku, ale co jakiś czas, płaczę. To pozwala mi choć trochę pozbyć się negatywnych emocji, bo jak pisałam sytuacja wygląda średnio ciekawie i boję się o mamę. Jestem z nią bardzo silnie związana i chcę, by wyzdrowiała, za wszelką cenę. Ja mam taką trochę zła cechę, że jak płaczę, to w samotności, a w towarzystwie bardzo rzadko mi się zdarzyło, nawet jak byłam bardzo smutna. A to jest złe, ponieważ, gdybym popłakała w towarzystwie bliskiej osoby, to by mi bardziej ulżyło, wiem to. Jak mi się udaje zapłakać, to chyba tylko przy chłopaku, przy mamie nie chciałabym płakać, bo ona też jest ze mną bardzo związana i gdyby widziała mój płacz, to mocno by cierpiała, wiem to. A przy chłopaku jak już uda mi się na to pozwolić. Jakoś tak mam. Natomiast, mój pies też został uśpiony, opowiadałam o tym przyjaciółce i byłam bardzo smutna.. a nie potrafiłam zapłakać przy niej...
Dopiero w samotności... A też źle, bo to by mi bardzo pomogło. To nie jest tak, że się wstydzę przy niej zapłakać, to przyjaciółka i naprawdę nie ma powodu do wstydu.. ale łzy jakoś nie chciały lecieć... Jakoś nie umiałam, mimo smutku. Postaram się jednak tego nauczyć, bo czasem by mi to bardzo pomogło, a wiem, że mogę na nią liczyć w każdej sytuacji, wtedy na pewno jeszcze lepiej by mnie wsparła. Moja siostra, babcia za to potrafią płakać przy mamie, jak powiedziała coś w sensie założenie co gdyby nie udało się jej wyleczyć, to żeby rozrzucić prochy... To one rozpłakały się bardzo, taka druga babcia też. Moje serce było w tym momencie rozdarte na milion kawałków, ale nie umiałam się przy nich rozpłakać, dopiero w samotności. Taka to moja wada
Dlatego kiedyś ta druga babcia tak rzuciła niefajnie, że ja chyba mało się przejmuje chorobą mamy.. Tylko ona właśnie nie wie, że ja w samotności, chyba nie rozumie, że każdy inaczej okazuje emocje. Przy mamie i przy tej drugiej babci taka twarda byłam, nie wiem jakoś tak mam, być może to wtedy wygląda tak jakbym się nie przejmowała, to trochę tak jakbym przy nich miała pokerową twarz, bez emocji. Nie wiem z czego to u mnie wynika, ale tak mam- tyle, że to złe, dlatego staram się to zmienić i zacząć okazywać im więcej tych emocji. Zdaję sobie sprawę, że z boku można przez to pomyśleć, że ja nie przejmuje się chorobą mamy, właśnie przez ten wyraz twarzy, po którym nie widać smutku itp, ale to siedzi we mnie. Bardzo cierpię, to jest w środku widocznie schowane, na zewnątrz niewidoczne. No, ale muszę to zmienić, dla mojego dobra psychicznego, bo tak mnie dusi wtedy i nie jest to dobre, bo ja też potrzebuję wsparcia itp, muszę nauczyć się z tego wsparcia korzystać...
Co do płaczu publicznego, to hmm.. skoro ciężko mi zapłakać przy jednej osobie, a co dopiero publicznie. Jednak, nie uważam, by to było coś złego, jak się przytrafi. O wiele bardziej bym wolała umieć tak zapłakać niż tak jak teraz. A na pewno wolałabym umieć zapłakać przy bliskiej osobie, a nie nie móc, a potem w samotności płakać i przez to bardziej może nawet cierpieć. Dlatego jak piszę chcę się tego nauczyć, dla swojego dobra. Jedynie chyba płakałam przy mamie jak wzruszający film, jakbym wtedy zdejmowała tę pokerową twarz. Muszę się tylko nauczyć zdejmować ją na co dzień. A ja ogólnie na filmach wzruszający melodramatach itp bardzo często płaczę, bardzo mnie wzruszają, więc jak je oglądam jakiś czas częściej, to wtedy jestem non stop prawie zapłakana. Taki paradoks, że historia filmowa mnie tak wzrusza, a przy tym co dzieje mi się w życiu ciężko mi zapłakać przy kimś bliskim...Dobrze, że chociaż teraz Wam się z tego wygadałam, to pewnie jakiś krok. A jak płaczę w samotności, to nie muszę się zmuszać, łzy same lecą, u mnie wtedy jest to zazwyczaj bardzo silny płacz w samotności, nie jakieś kilka łez. No, ale jak mówię, to dlatego, że bardzo przeżywam chorobę mamy. Gdyby to była mniejsza sprawa, to może parę łez by starczyło, a tak to nie. Rozstanie z chłopakiem byłym wtedy też sporo mnie kosztowało i też mój płacz był bardzo silny, wręcz takie długie szlochanie.
Coś takiego, że zaczęłam i nie mogłam przestać. Tylko wtedy staram się po cichu, bo nie chcę, by nikt słyszał. Tzn mojej mamie zdarzyło się usłyszeć, ona wtedy się smuci, martwi, mówi "Proszę Cię nie płacz, bo i mi jest smutno, nie chcę, żebyś płakała", to i ja wtedy staram się płakać ciszej, by nie słyszała. Może tu jest klucz, że ciężko mi płakać przy bliskich, bo nie chcę ich smucić, tak jak smucę mamę, gdy wie, że płakałam. No, ale ona tak się martwi tym wtedy, bo bardzo mnie kocha, nie chce, bym cierpiała. Może jednak porozmawiam z nią, że czasem ten płacz jest mi potrzebny, bo oczyszcza mnie z tych emocji choć trochę, że to lepiej niż dusić w sobie. Wtedy pewnie zrozumie i nie będę już nic ukrywać
Tak, jak już popłaczę, to zazwyczaj potem jest ulga, a jak mi się zdarza właśnie ze smutku płakać nawet z godzinę, to potem takie zmęczenie po prostu. Muszę z mamą o tym pogadać, musimy bardziej się wspierać, a nie unikać tematu, wtedy pewnie będę mniej potrzebowała tego płaczu, bo nie będę tak zamknięta w swojej skorupie 
A i jak już płaczę,to nie walczę z tym, nie widzę sensu, by z tym walczyć. Lepiej to z siebie wyrzucić, nawet jak to jest płacz godzinami, jak bywało u mnie. Jednak daje to takie oczyszczenie, człowiek czasem jakby zaczyna trzeźwiej myśleć, jaśniej- ja tak mam czasem. Nie zawsze, ale czasem daje mi to jakąś siłę.
Gdy działo się jednak w moim życiu dobrze, bez tego co teraz, tych wszystkich niefajnych rzeczy, to płakałam rzadziej. Czasem coś tam zapłakałam by z siebie wyrzucić, ale sporo rzadziej, raczej pomagała rozmowa z innymi i ogólnie było dobrze. To teraz gorszy okres, uśpienie psa, długa choroba mamy, to jest ciężej i płacz przychodzi czasem i co parę dni czy częściej, to naturalne. O nic się bardziej nie modlę niż to, by w końcu mama wyzdrowiała.
Cieszę się, że chociaż przy chłopaku mi się udało zapłakać. Jeszcze nie jest idealnie, muszę nad tym popracować i chcę nad tym popracować przede wszystkim, ale zawsze coś. Co więcej, mój chłopak parę razy przy mnie też zapłakał. U niego nie był to taki szloch mocny jak u mnie, raczej łzy po prostu, ale widać było, że też potrafi się przede mną otworzyć. Cenię to w nim, bo naprawdę może czuć się przy mnie swobodnie. Wtedy opowiadał o uśpieniu swojego psa. To wrażliwy facet, tak jak ja wrażliwa kobieta, też czasem zapłacze i dobrze, właśnie te negatywne emocje muszą znaleźć ujście.[
Piszecie, że rzadko płaczecie na wyciskaczach łez. Ja tutaj odwrotnie, wyciskacz łez, jakaś chora, rak, nieszczęśliwa miłość i praktycznie zawsze płaczę. Płakałam na takich już zanim, moja mama zachorowała na raka. Bardzo mnie wzruszają. Najbardziej płakałam chyba na "Pamiętniku"- ryczałam jak głupia tak naprawdę, "Słodki listopad", ostatnio obejrzany "Ósmoklasiści nie płaczą" i wiele innych. Takie melodramaty zawsze doprowadzają mnie do łez, płaczę na nich właśnie takim długim, mocnym płaczem- szlochem często, ale też się tego nie wstydzę. Jedną osobę nie wzruszają filmy- melodramaty i ogólnie filmy różne, inną za to bardzo wzruszają i ja należę do tej drugiej grupy, wzruszają mnie bardzo melodramaty i właśnie różne inne filmy czasem też i się tego nie wstydzę. Czasem i jak sobie przypomnę któryś melodramat itp, to już łzy lecą. Chociaż wiadomo, jak pisałam wyżej, ta moja duża wrażliwość, to z drugiej strony też wada, bo czasem za bardzo zamykam to w sobie, z czym jak pisałam zamierzam walczyć, by nauczyć się czasem wypłakać przy przyjaciółce chociażby, czego na razie nie umiem.
Dziewczyny, niektóre z Was piszą, że łzy to oznaka słabości- np Doughnut tak napisałaś. Dlaczego? Ja dużo teraz płaczę, bo choroba mamy, to jestem słaba? Nie uważam tak. Lepiej tak niż dusić to w sobie, lepiej też popłakać przy kimś bliskim, dlatego tego będę się uczyć. No bo na pewno lepiej jak popłaczę przy bliskiej osobie niż sama- jak pisałam da mi to więcej wsparcia. Pokaże też komuś bliskiemu co naprawdę czuje. Po prostu jedni płaczą więcej, inni mniej, ja chyba sporo płaczę, ale to właśnie teraz, gdy tyle złego się dzieje. Może ktoś na moim miejscu by płakał mniej, ale ja tak nie potrafię. To, że płaczę sporo nie znaczy, że jestem słaba, jestem po prostu wrażliwa i tak odreagowuje, dobrze, że tak robię, gdybym tłumiła płacz, to by było gorzej.
Noele95, odniosę się też do Twojej wypowiedzi, bo mnie zasmuciła... Zasmuciła, bo to smutne, że rzadko płaczesz, bo ludzie mają gorsze problemy. Słuchaj, nie ma na to skali, jak czujesz, że masz ochotę płakać, to płacz. Ludzie mają różne problemy, nie ma sensu jednak, byś porównywała, masz ochotę płakać to płacz, niezależnie jakie to problemy. Tak uważam.