Hej,
proszę o pomoc przy moim problemie. Ostatnio usłyszałam od kogoś, że 'latam' ( nieświadomie) za chłopakiem, więc kontakt powiedzmy zerwałam, ochłodziłam ( to trudne, bo jesteśmy w tej samej grupie na studiach i widujemy się codziennie). On zaczął oczywiście pisać i dopytywać się o co chodzi i dlaczego się jakby nie zadaję z grupą i z nim, dlaczego z nim nie rozmawiam.. A teraz od początku.
Kończę studia i zaczęły mi się wspominki. Ludzie u mnie w grupie byli specyficzni, powiedzmy bardzo niedojrzali i dziecinni jak na swój wiek, ale zawsze też osiągaliśmy to , co chcieliśmy. Mieliśmy także jedne z lepszych ocen jeśli chodzi o inne kierunki na roku. Taki paradoks, ale no cóż, tak było.
Ja na początku bardzo zżyłam się z dziewczynami, jednak po kilku miesiącach zaczęłam zadawać się z kolegą, który był mi jak brat. Ja, osoba o złej samoocenie, myślałam, że on nigdy mnie nie zauważy, bo wtedy miał dziewczynę, więc podświadomie stał się moim przyjacielem, bo nie widziałam dla siebie i niego żadnych szans. Ale chciałam go mieć przy sobie, bo także był on dla mnie atrakcyjny fizycznie i mentalnie. Ludzie mówili o nas jako o bracie i siostrze. Pisaliśmy ze sobą codziennie, gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Nawet kiedy był w związku to 'pamiętał' o mnie. Czułam się ważna w jego życiu. DO tej pory nie wiem czy to nie była taka toksyczna relacja, bo ja przez te całe 3.5 roku studiów nie byłam w poważnym związku... I nie wiem czy nie zakochałam się w kimś innym bo podświadomie go kocha(ła)m.
Później pojechałam na rok za granicę na studia. On martwił się, że stracimy kontakt, ale udało się. Przez cały rok pisaliśmy ze sobą. Kontaktowaliśmy się. Ale też nie zapomniałam o swoim życiu. I jakby trochę za granicą odżyłam, bo odcięłam się od wszystkich z Polski. To dało mi siłę i wróciłam inna, silniejsza, pewniejsza siebie. On był pierwszą osobą, która widziała mnie przed odlotem i po odlocie.
Po powrocie na uczelnie okazało się ( tzn ja to tak odczułam), że moje miejsce u jego boku zajęła nasza wspólna koleżanka z kierunku. Wiem, że mieli zawsze ze sobą dobry kontakt, ale kiedyś on też przy mnie ją obgadywał. Uważał, że to tylko ja i on jesteśmy najlepsi, najfajniejsi i że nam się uda. ( Może trochę egoistyczne, ale ja jakoś też tak samo czułam. Oboje trochę cwaniakujemy i niektórzy mają nam za złe, że wszystko nam się udaje po prostu). Jeszcze na początku semestru wszystko było ok między nim, mną i tą koleżanką. Jednak on zaczął w pewien sposób bardzo widoczny w szkole okazywać w stosunku do mnie sympatię, łapać za ręce, za talię. Ale był przy tym inny, dziwny. Nie był sobą. Ja nie wiedziałam czy są to jaja czy nie. Ale pisał ze mną codziennie wtedy nie tylko na tematy związane z uczelnią, ale i inne o życiu. Widziałam, że mu się podobam. Peszył się przy mnie jak nigdy... Nie wiedziałam czy to jest jakby jego gra czy nie. On się zupełnie nie określił, ja jakby czekałam na pewien moment kulminacyjny i się nie doczekałam
....
W momencie kiedy on był bliżej mnie ta nasza wspólna koleżanka zaczęła być bardzo zazdrosna i okazało się, że się w nim kocha. Od tego momentu kiedy mi z nim powiedzmy sobie szczerze nie wyszło moje i jego kontakty nawet na stopie przyjacielskiej bardzo ostygły...Z tą koleżanką też nie pisał, bo sama mi później mówiła... Okazało się, że on po 3 tygodniach starania się o mnie wybrał inną dziewczynę, spoza uczelni. Podobna do mnie z wyglądu, ale młodsza, bardziej uległa. Ok trochę mi jednak żal, bo w stosunku do mnie się nie określił. Nie wiem czy czekał na jakiś mój znak, ale ja nie lubię końskich zalotów i podchodów rodem z przedszkola... Bo ja wtedy nie wiem co się dzieje i dawno z tego wyrosłam...On po prostu może też się mnie wstydził, bo byłam jego przyjaciółką? Już nie wiem.
Ale teraz do sedna. Na pewnej imprezie spotkałam się ja, ta wspólna koleżanka i on z dziewczyną. Wtedy wspólna koleżanka się do niego nie odzywała zupełnie, jakby obrażona na świat, że on ma dziewczynę. On wtedy powiedział mi coś bardzo chamskiego i dlatego nie odzywałam się do niego przez kilka następnych dni. Oczywiście napisał co się ze mną dzieje, bo nie pamiętał kiedy mi coś powiedział i zaczął mnie zapewniać o przyjaźni itp. Że mimo, że ma dziewczynę nie chce zapominać o przyjaciołach z uczelni, żebym sobie nic nie myślała. Wtedy też ta wspólna koleżanka z obrażonej na cały świat stała się jego 'pieskiem na posyłki'. I od tych dwóch miesięcy tak jest... On nawet już ze mną nie rozmawia jak z przyjaciółką, nawet tak jak było to kiedyś, wcześniej. Woli towarzystwo tej koleżanki. O dziewczynie tutaj nie mówię, bo mieszka w innym mieście i widują się tylko w weekendy. Więc cały tydzień widzi mnie i tą koleżankę.
W tym momencie jestem jakby zazdrosna nawet nie o jego dziewczynę, tylko o tą wspólną koleżankę. Jestem zazdrosna o to,że on teraz woli spędzać czas na uczelni z nią niż ze mną.
I teraz moje pytanie. Czy ja siebie poniżam latając i kontaktując się z tym chłopakiem? Czy jeśli coś do niego czuję to powinnam z nim codziennie pisać nie myśląc o tym, że on ma dziewczynę, ani tym bardziej nie myśląc o tej przyjaciółce?
Doszłam do wniosku,że powinnam oziębić nasze stosunki, bo za często siebie widzimy i się kontaktujemy na uczelni i poza nią. I po moim pobycie za granicą to on garnął się do tego, żeby się ze mną spotkać...
On czasem ze mną przeprowadza jakieś filozoficzne rozmowy ożyciu, ale nigdy nie rozmawiamy o partnerach...
W tym momencie nie wiem czy ja gram jako pies ogrodnika - który chce mieć go tylko dla siebie i czy przypadkiem ja nie zachowuję się tak samo jak ta nasza wspólna koleżanka... Tylko zastanawiam się, dlaczego ona weszła między mnie a jego kiedy byłam za granicą... Dlaczego zabrała mi jakby kontakt z nim i za każdym razem mi utrudnia... Może ja przesadzam, ale proszę o radę.
Czy powinnam się leczyć czy zostawić kolesia w spokoju? Czy jestem za bardzo zaborcza w stosunku do niego i powinnam odpuścić i zająć się własnym życiem? Ale szlag mnie trafia, kiedy np od niego słyszę, że z nią rozmawia...heh Czuję, że on też ma do mnie jakiś żal i zastanawiam się czy nie chodzi o tą próbę poderwania mnie, która nie wyszła.Nastąpił jakiś konflikt emocjonalny i do tej pory nie wyjaśniłam sobie z nim tego....
Nie wiem co o tym myśleć i proszę o radę. I tak zaraz skończę studia i pewnie każdy pójdzie w swoją stronę... Ale szkoda by było zaprzepaścić znajomość z nim...
PS a może on po prostu lubi otaczać się przyjaciółkami i cale nic do mnie ani do tej wspólnej koleżanki nie czuje oprócz sympatii. A i tak zawsze będzie wybierał na partnerki dziewczyny które są o 180 stopni inne ode mnie? Może to jest taka osobowość męska. On jest narcyzem, lubi być w centrum uwagi. Ale czasem też wydaje mi się, że ma jakby dwie twarze
więc już sama nie wiem w którą mam wierzyć