Jenka napisał/a:Już widziałam twoje wcześniejsze tematy chyba jesteś jakimś działaczem bot o nie pierwsze twoje podejście do skreślania feminizmu.
Nie jestem działaczem i nigdy nie byłem członkiem żadnej partii, ani stronnictwa politycznego, żadnej organizacji etc. etc. etc.
Jeszcze raz chciałbym wyjaśnić - ja nie jestem wrogiem feminizmu. Ja nie jestem przeciwnikiem praw kobiet (ani praw do głosowania, ani do nauki ani do żadnej innej dziedziny życia, którą pragną wykonywać). W moim otoczeniu jest sporo kobiet (nie znaczy to jednak że posiadam jakiś...harem, po prostu w mojej firmie także pracuje wiele kobiet - a jest to firma transportowo-przewozowa), Moja Pani też jest...kobietą (a jakże i to jaką
).
Ale od razu muszę stwierdzić że te miliony kobiet, które uważają się za feministki i które rzeczywiście wierzą w ideały równości i wolności kobiet i mężczyzn, tak na prawdę są w dużej mierze oszukiwane. Dlaczego? Większość z nas zajmują sprawy dotyczące naszego codziennego życia, takie jak rodzina, praca, dzieci, zarobki (a co za tym idzie wszystkie z tym związane wydatki, szczególnie gdy ma się jeszcze dzieci), kwestie emocjonalne, lęki, depresje, miłość, zazdrość, nałogi etc. A gdzie w tym wszystkim plasuje się ideologia, a szczególnie ideologia systemu który już nie istnieje, rozsypał się z takim hukiem (teoretycznie, ale można tak przyjąć), jakieś 25-lat temu? No właśnie, kto z nas jest ideologiem? Wątpię, naprawdę wątpię by na tym forum była choć jedna osoba otwarcie przyznającą się do wyznawania tej "religii" (bo to jest i była religia - a partia dla wielu działaczy była matką i ojcem razem wzięta. Np. taki Jacek Kuroń w latach 60-tych pisał do swej dziewczyny: "Kocham Cie, prawie tak bardzo jak Partię"
- fajnie?).
Ale każdy z nas pragnie sprawiedliwości, każdy chce równości i dąży do wolności. Te nasze pragnienia wykorzystują ideolodzy, dla których przejście od komunizmu do feminizmu (szczególnie zainfekowany "czerwonką" był feminizm II i III fali). Ideolodzy i ideolożki, które oficjalnie nie przyznają się do tej zbrodniczej ideologi, ale (bardzo często), wyssały ją z mlekiem matki. Gdy mamusie, tatusie, babcie, dziadziusie należeli np. do KPP. A to była sekta, to byli fanatycy do potęgi. Ci ludzie nie rozumowali racjonalnie, dla nich poprawa bytu społeczeństwa, równała się wkroczeniem do Polski Armii Czerwonej, po wejściu której wszelka niesprawiedliwość i ucisk - miały zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (przykładem niech będzie tutaj "szanowny" tatuś redaktora Andrzeja Morozowskiego - Jodek Mordka, płakał po 17 września 1939r., że Armia Czerwona "wyzwoliła" tylko tereny do Bugu. A tak marzył bidulek by poszła dalej). Zdarzało się też że ci, którzy na kursach, przygotowujących do akcji dywersyjnej w Polsce (w latach międzywojennych), osiągali zbyt niskie punkty z określonych ćwiczeń instruktażowych, gotowi byli (w wypadku, gdyby partia straciła do nich zaufanie i nie powierzyła odpowiedzialnego zadania zamordowania lub wysadzenia czegoś w "faszystowskiej Polsce"), gotowi byli popełnić samobójstwo. Były też przypadki gdy niewielka różnica zdań, między szkolonym a szkolącym, rosła do kwestii egzystencjalnej. Ci ludzie po nocach płakali, nie mogli spać, cały czas zastanawiając się co by tu zrobić, by partia nie straciła do nich zaufania. I nie robili oni tego ze strachu - oni w to wierzyli całym sobą, często płakali mówiąc: "Jeśli Partia mnie odrzuci cóż ja pocznę. Całe moje życie to Partia, bez niej wszystko traci sens".
Problem tkwi w tym, że tych ludzi (dziś już potomków tamtych zbrodniarzy), nie widać, a o ich stosunku do komunizmu nie słychać - póki sami nie uznają że już mogą o tym publicznie, głośno powiedzieć - pani Katarzyna Bratkowska uznałą że jej czas właśnie nadszedł. 
TYLE!