Witam,
jestem 2,5 roku po ślubie i jedyne co dobre w tym związku to fakt urodzenia dwójki fajnych synków. Miałam wątpliwości przed wzięciem ślubu, ale byłam tak mocno zakochana, że wady typu picie, imprezowanie czy chodzenie i tracenie pieniędzy na jednorękim bandycie wybaczałam... Tydzień przed ślubem miałam dość, ale okazało się, że jestem w ciąży. Bardzo tego pragnęłam, moja córka miała 9 lat, ale mając 19 lat nie marzy się o macierzyństwie, tak po prostu się stało. Myślałam jak większość pewnie kobiet, że się zmieni, zawsze obiecywał zmiany, przepraszał itd. Przez te 2,5 roku wydarzyło się w moim małżeństwie tyle co pewnie u niektórych przez 10 czy 20 lat się nie wydarzy. M.in. mąz pił dużo, każda zalana impreza rodzinna, często pomagałam mu iść, czy oddawałam jego długi za hazard, czasem mnie uderzył w twarz, niby nic się nie stało. Raz wzywałam policje, skończyło się na tym, że przez niego do tej pory nie rozmawiam ze swoją siostrą, zresztą on jest kłótliwą osobą i sam praktycznie nie rozmawia ze swoim rodzeństwem. Po ok 1 roku małżeństwa dowiedziałam się, że bierze też narkotyki, po alkoholu i narkotykach z kolegą rozwalił mi moje auto, może nie było dużo warte, ale zawsze miałam czym jeździć. Mam dobrą pracę, nawet nieźle zarabiam, miałam pieniądze, swoje mieszkanie. A teraz wynajmuje mieszkanie, kredyty do spłaty itd. W te wakacje namówił mnie na otwarcie restauracji sezonowej, wziełam oczywiście na to kredyt za jego namową. Knajpa okazała się ogromnym niewypałem, pozostał tylko kredyt do spłaty. Moja córka od października wyprowadziła się do swojego taty, bo nie mogła już dalej znosić jego i tego jak on czasami mnie traktuje. Wiadomo, chodzi o alkohol, po którym on nie jest sobą. Podczas prowadzenia restauracji okazało się, że nadal bierze narkotyki, odwaliło mu dosłownie, tzn. np wypraszał klientów z knajpy, ja mu się jako właściciel za niego się tłumaczyć, odmawiał momentami gotowania (jest kucharzem), ciągle spał, trzeba było go budzić, no i co najgorsze kelnerce proponował sex, do niczego nie doszło bo ona tego nie chciała (pewnie ze względu na mnie i dzieci). Jak tak sobie całe moje małżeństwo przemyśle co się w nim zadziało to mam dość, dosłownie. Przed ślubem znaliśmy się prawie dwa lata, dodam, iż o takim facecie marzyłam, czuły, partnerski, umiał sprawić mi niespodzianki romantyczne np na walentynki. Wszystkie opłaty są na mojej głowie, siedzę jeszcze na macierzyńskim, on pracuje, ale co z tego, jak ostatnio znowu wraca do hazardu, a co za tym idzie więcej pije. Np wczoraj sytuacja taka, skończył wcześniej pracę, chwile w domu posiedział, wyszedł, pewnie na setkę chociaż się nie przyznał, przegrał swoją dniówkę z poprzedniego dnia i wpadł do domu prawie pijany że ma cynk, że musi iść grać i że wygra. Ostatnio chowam jego pieniądze bo w tym m-cu przegrał już jakieś 300pln, ale powiedział ,że zaraz coś rozwali (kiedy połamał mi nową suszarkę do ubrań, do tej pory jest posklejana, a mamie powiedziałam że dziecko przewróciło i samo się to połamało) nie chciałam się już denerwować więc dałam mu te 50zł i powiedziałam, że jeżeli je weźmie i pójdzie przegrać to z naszym małżeństwem jest koniec, oczywiście się tym nie przejoł, wrócił do domu bez pieniędzy i nawalony. A ja nie spałam prawie nic, dzisiaj zadzwonił i mówi do mnie cześć kochanie jakby nic się nie stało. Moja mama twierdzi, że on mną manipuluje. Zaczynam rozumieć słowa mojej mamy. Dodam, że przegrał całe moje złoto, nawet własną obrączkę. mi została tylko moja obrączka, pierścionek i łąńcuszek. Czuje się dosłownie jak wrak człowieka, nie wiem co dalej mam robić, bo jak go zostawie to nie stać mnie będzie na żadne mieszkanie, moja prawie cała wypłata w tej chwili idzie na kredyty. A teraz jeszcze muszę płacić alimenty na córkę. Co dalej z moim życiem będzie to ni wiem. to jesteś katastrofa jak przez te 4,5 roku znania mojego męża zniszczyłam swoje życie. Czekam tylko, bo on obiecał, że jak dostanie kase od rodziców po ich rozwodzie że spłaci nasze długi. Twierdzi że mnie bardzo kocha i nigdy nie da mi rozwodu, bo właśnie bardzo kocha mnie i dzieci. Nie wiem co mam już o nim myśleć, żyje z dnia na dzień, jest mi ciężko, ale on twierdzi, że rzeczywistość wygląda inaczej, nie mam go stresować, ciągle marudze i nie ufam mu. Ale czy ktokolwiek by ufał takiej osobie. <Matko, jak mi ulżyło jak to tutaj napisałam. BYłam nawet w ośrodku dla uzależnionych, ale nie miał kto mi pilnować dzieci, więc zrezygnowałam, a on nigdy nie poszedł na żadną terapię. Pamiętam wiele motywów, że go szukałam w mrozie w 8 czy 9 m-cu ciąży, teraz zastanawiam się po co... Twierdzi, że nigdy mnie nie zdradził, ale czy można mu ufać ?nigdy go nie złapałam za rękę. Napiszcie mi proszę co o tym myślicie, bo ja mam już nerwy zszargane i nie wiem co mam myśleć,m bo to co on ze sobą reprezentuje miłością nazwać nie można...