Witajcie,
Piszę do Was w akcie rozpaczy, nie mam komu się zwierzyć- jeżeli próbuję, wszyscy mnie bagatelizują.
Problem zaczął się jakiś czas temu. W październiku podjęłam wymarzone studia (naprawdę, nie był to w najmniejszym stopniu przypadek, długo o nich marzyłam i włożyłam wiele starań by się dostać). Pierwsze tygodnie- wszystko ładnie, pięknie, aż nagle... trzask. Nie znoszę uniwersytetu, zawiodło mnie niemal wszystko tam. Podobają mi się dosłownie jedne zajęcia, które nie są nawet w programie moich studiów (mam na myśli lektorat). Wszystko wydaje mi się nieprzydatne, czuję, że marnuję czas i nawet nie jestem tym wszystkim zaciekawiona.
Jestem w potrzasku- nie wiem co robić. Nie umiem już nawet wykrystalizować swoich marzeń, wszystko mi się pokręciło, nawet to czego kiedyś chciałam jest teraz odległe i odpychające.
Mogłabym niby zmienić kierunek, ale boję się, że będę tak samo rozczarowana- może to kwestia tego, że nigdy nie lubiłam instytucji.
Czuję, że popadam w odrętwienie, na nic nie mam siły i ochoty. Zupełnie jakbym zawisła gdzieś między rzeczywistością i iluzją.
Czy macie może jakieś rady jak się ,,obudzić"? Jak odnaleźć siebie i gdzie szukać inspiracji?
Problem wydaje się błahy, ale ja naprawdę cierpię i nękają mnie nawet myśli samobójcze, tylko tak potrafię chyba uciec przed brakiem przeznaczenia.