Cześć,
Mój problem polega na tym, że nie umiem siebie zaakceptować. Coraz trudnej jest mi wytrzymać sama z sobą. Wszystko we mnie mnie irytuje. Mówiąc wprost - nienawidzę siebie. Mam 21 lat. Od zawsze nie mam ŻADNYCH przyjaciół, ba nawet chłopaka. Raz zdarzyło mi się mieć bliższą koleżankę, którą uważałam za przyjaciółkę, ale to było tylko moje mylne wyobrażenie. Pomogłam jej kiedyś bardzo, ale miałam wrażenie że później rozmawia ze mną tylko dlatego że jest wdzięczna i nie wie jak się ode mnie uwolnić. Bardzo o nią zabiegałam, chciałam żeby mnie lubiła, więc bardzo łatwo mną manipulowała a ja jak ostatnia kretynka byłam wdzięczna że w ogóle poświęciła mi tą godzinę rozmowy na jeszcze wtedy gadu-gadu. Chciałam sprawdzić czy jej na mnie zależy i stwierdziłam że teraz ja poczekam aż pierwsza napisze. Minęło półtora roku i od tamtej pory nie napisała. Bardzo za nią tęsknię, czytam nasze rozmowy, płaczę i zastanawiam się gdzie popełniłam błąd, dlaczego przestała ze mną rozmawiać. Zazdroszczę cholernie tym wszystkim małolatom, które całymi dniami szwędają się z przyjaciółmi a ja siedzę sama jak palec. Jestem na studiach, niby to najlepszy okres w życiu człowieka, ale ja jakoś nie umiem się w tym odnaleźć. Wyjechałam ze swojego miasta, do całkiem innego, nikt ze "znajomych" mi osób tu nie przyjechał. W dodatku jestem na kierunku który mnie zupełnie nie interesuje, na samą myśl o pójściu na uczelnię dostaję wysypki. Myślałam, że jeśli będę studiować to w ten sposób jakoś uda mi się zawiązać znajomości... No ale życie dość boleśnie to zweryfikowało. Nie wiem co robię źle, nie wiem co mam w sobie zmienić. Ludzie imprezują, bawią się a ja czuję się wyalienowana... W mojej grupie dziewczyny razem imprezują, spotykają się po zajęciach, a ja nie jestem nigdzie zapraszana, nawet jeśli są jakieś projekty to nigdy nie ma chętnych żeby je ze mną robić... Nie wiem dlaczego tak jest, bo przecież nie jestem jakaś wredna, czy opryskliwa. Wręcz przeciwnie. Staram się jak mogę pomagać, tłumaczyć jakieś zagadnienia, pożyczać notatki. A koniec końców zostaje mi tylko wrócić do swojego pokoju i siedzieć sama. Większość swojego życia spędzam właśnie siedząc w samotności. Nie mam z kim wyjść na dyskotekę, choć bardzo to lubię, na zakupy chodzę sama. Oprócz mojej mamy, nikt nie dzwoni na mój telefon, nikt nie pisze na facebook'u. Bardzo chciałabym kogoś znaleźć, ale nie wiem już w jaki sposób mam to zrobić. Nienawidzę siebie za to. Nie umiem sobie z tym poradzić. Czuję, że nie ma nikogo kto by się przejął moim losem. To żenujące żeby w tym wieku siedzieć i żalić się w internecie na swoje żałosne życie, ale nic innego mi nie pozostaje. Nie mam żadnych pasji, szczególnych upodobań, nie mam o czym rozmawiać z ludźmi, jestem totalnie beznadziejna. Czasami miewam myśli, że lepiej byłoby beze mnie, z resztą i tak nikt by nie zauważył mojej nieobecności.
Często płaczę z bezsilności, samotności i poczucia że do niczego się nie nadaję i na pewno to się już nie zmieni.
Nie wiem jak mam sobie pomóc. Nie wiem jak mam się zmienić, by zjednać kogoś ku sobie. Coraz częściej zauważam, że nie mogę żyć tak dłużej we własnej skórze. Boli mnie to każdego dnia, a mimo to nie umiem nic z tym zrobić.
Przepraszam, że się tak rozpisałam.