Witam.
Muszę wyrzucić to z siebie. Wiem, ze takich wątków jest tutaj multum pewnie, nie jestem jedyna, ale muszę komuś, choćby wirtualnie powiedzieć co mnie boli.
Od prawie 11 miesięcy jestem sama. Poprzedni związek zakończyłam ja - jak gówniara przez smsa. Niestety okazało się, że mój chłopak w trakcie naszego związku odnowił wirtualną znajomość z jedną koleżanką. Kiedy przypadkiem dowiedziałam się o tym jeszcze w zeszłe lato, miał zerwać z nią kontakt. Jednak tylko udawał. Dalej sobie z nią pisał, faktycznie na gg nie mieli kontaktu, ale jak się okazało, tłumaczył się chwilowymi problemami (czyli mną?). Dowiedziałam się tego 2 miesiące po zerwaniu, kiedy przejrzałam jego gg (żałuję, że zrobiłam to tak późno). Po zerwaniu mieszkaliśmy jeszcze razem na jednym mieszkaniu do czerwca. Myślałam zaraz po zerwaniu, ze mamy dobry kontakt, mimo wszystko. Jednak kiedy przejrzałam to archiwum załamałam się. Pisał z nią bardzo intensywnie od listopada (płakał, że dla niego ona nie ma znaczenia we wrześniu mi). Nie wiem jakim cudem udało mu się ukryć to przede mną. Mieliśmy jeden dość mały pokój. Ale on zawsze chorobliwie dbał o swoją prywatność, a ja idiotka mu ufałam. Nawet po różnych akcjach. Jak się radośnie dowiedziałam, on po prostu zapomniał jej wspomnieć, że ze mną jest. Kiedyś na moje pytanie czy ona wie, że on ze mną jest, odpowiedział, że oczywiście. Oczywiście mu uwierzyłam. Kretynka. On po prostu sobie wymazywał mnie z kontekstu - był gdzieś ze mną, i jej to pisał, to mnie nagle brakło w opisie i była piękna dziura. Poczułam się wtedy jak totalny śmieć. Nawet dzień po zerwaniu nie napisał jej o tym, tylko gadali o bzdetach. Kiedy byliśmy jeszcze razem, on napisał do niej coś, co wyryło się w mojej pamięci i duszy chyba już na zawsze - że startowałby do niej, ale dla niego to za wysokie progi... więc kim dla niego byłam ja? Stopniem, który można było przydeptać? Potem opisał jej jaką beznadzieją miał dziewczynę kiedyś - tłamsiła go, wykorzystywała. Nie będę już nawet cytować. Załamał mi sie wtedy cały świat. Aja przecież durna tak strasznie żałowałam tego zerwania, myślałam, że zrobiłam życiowy błąd, on mówił mi że zależy mu na mnie, ale za bardzo o zraniłam. Chciałam zrezygnować ze studiów, uciec do domu. Bolało mnie to, że on po zerwaniu w ogóle nie był choćby smutniejszy, przybity. Chodził zadowolony, wobec mnie był empatyczny, ale jak widać to była gra. Pod koniec lutego widziałam, że chodzi struty, smutny, ma łzy w oczach. Wtedy wygadałam się naszemu wspólnemu znajomemu o tej sytuacji ze szperaniem mu po kompie. On powiedział, że dobrze się stało, że to przeczytałam. Nie mógł już patrzeć jak się obwiniam, dręczę. Powiedział mi w tajemnicy, że ta dziewczyna z którą mój były mnie zdradzał emocjonalnie zaszła w ciążę w klubie i nie wie kto jest ojcem. Ponoć mojego byłego to totalnie zabolało, bo mu na niej zależało, a ona wolała szlajać się po klubach. Wtedy poczułam przez chwilę satysfakcję, ale szybko doszło do mnie - on zawsze mówił o niej, że się puszcza, że co chwile wydawało się jej że jest w ciązy, a mimo to wolał ją a nie mnie.... Mówił, że jestem dla niego piękna, inteligentna, ciepła a mimo to za moimi plecami kokietował dziewczynę, która co chwile mu się żaliła,że chyba zaciążyła... Wyśmiewał się z niej, a mimo to, cierpiał bardziej po jej "zdradzie" niż po moim zerwaniu. Kompletnie zrujnowało to moją i tak niską samoocenę. Wiedział, że pierwszy chłopak zerwał ze mną mówiąc wprost, że szuka lepszej (potem tego żałował i do dziś mimo 4 lat nadal chce wrócić). Wiedział, jak trudno było mi na nowo zaufać, a mimo to tak perfidnie mnie okłamywał przez te wszystkie miesiące. Pewnie gdybym nie zerwała i tak by się spotkali. On co chwile jej pisał, że tylko jej może się wyadać, że tylko ona go rozumie... a potem biegł do mnie się przytulić. Paranoja. Mimo, że mieszkaliśmy razem, starałam się od niego odciąć. Nie umiałam jednak być wobec niego wredna, nie powiedziałam mu że wiem. Jego znajomi zaczęli traktować mnie jak trędowatą nawet cześć nie odpowiedzieli. Dla nich to byłam ja to zła. On nigdy choćby z poczucia przyzwoitości nie stanął w mojej obronie. A przecież mogłam wygarnąć przy nich, że on mnie okłamywał, zdradzał... Nie chciałam jednak robić taniej sensacji, zacisnęłam zęby. Serce mnie bolało, jak nagle okazało się, że on ten który nie miał 1.5zł na bilet do mnie na uczelnie, zaczął szaleć po klubach. Sam przyznał, że jak był ze mną to był oszczędny do przesady, a teraz mu już tak nie zależy na tym.. sam nie wiedział czemu. Ja oczywiście się uśmiechałam, a wewnątrz cierpiałam. On nawet po zerwaniu się jej wstydził - chyba wiedział, że jeżeliby ją przyprowadził do domu, domyśliłabym się wszystkiego i jego oblicze skrzywdzonego chłopaka by pękło. Tak naprawdę dałam mu chyba upragnioną wolność...
Dziś mieszkam już sama. I zostałam sama. Dla niego poświęciłam tak naprawdę wszystko. Przeprowadziłam się do innego miasta, zamiast szukać koleżanek trwałam przy nim, pocieszałam go, wspierałam, dopingowałam. On też to robił, tylko... po drodze znalazł sobie też inne rozrywki. Nasz świat kręcił się wokół niego, gdy ja wypadłam z orbity, zostałam sama. Przez pierwsze miesiące po rozstaniu byłam w totalnej rozsypce. Potem nie umiałam się zebrać w sobie do niczego. Nie mam przyjaciółek, bywa, że czasami nie powiem słowa poza tymi wypowiedzianymi na uczelni. Najgorsze jest jednak to, że straciłam kompletnie wiarę w siebie. Nie wierzę już, że ktoś mnie może pokochać i nie chcieć po jakimś czasie szukać lepszej. Mam 22 lata, 2 moje związki skończyły się prawie tak samo - oni chcieli lepszych, gniotąc przy tym mnie jak robaka. Ktoś może powiedzieć - jesteś młoda, kogoś poznasz. Ale ja w to kompletnie nie wierzę. Jestem jak w zawieszeniu, straciłam chęci do czegokolwiek. Nie wierzę, że można mnie lubić, a tym bardziej kochać. Próbowałam poszukać koleżanek - niby spotkania były fajne, ale po 1 się kontakt urywał. Mam kolegę, który chyba mnie podrywał, ale po spotkaniu tak samo - jego zapał zgasł. Czuję się jak cień, przemykam przez to życie niezauważona. Mam jednego bliskiego kolegę, ale nawet teraz rozmowy z nim mnie męczą - czuję, że on ma już mnie dość, mojego smutku. Nienawidzę siedzieć w tym domu, ale z drugiej strony nie mam sił iść nawet na zajęcia czasami. Wszędzie widze roześmianych ludzi - nawet mój były, ma teraz swój najlepszy czas, wiecznie zadowolony. Czuję się tak, jakby on okazał się wredny i nieuczciwy, ale to ja za to cierpię. Nie życzę mu żle, bo jednak nadal mi na nim zależy, ale... żałuję, ze te 3 lata temu zaufałam, że ktoś mnie pokochał i rzuciłam całe swoje życie. Jestem zawiedziona sama sobą - znów pokochałam kogoś za mocno, chciałam by było mu dobrze, a zapomniałam o sobie. Chyba nie mam w sobie tyle siły, by starać się na nowo poukładać sobie życie, by komuś kiedyś zaufać ![]()
Pewnie nikomu się tego czytać nie chciało, ale musiałam wyrzucić to z siebie. Przepraszam.