Zainspirował mnie artykuł w ostatnim numerze Wprost do założenia tego tematu. Czy zaobserwowałyście u siebie albo u swoich znajomych, że traktują weekendowe picie jako sposób na życie? A co w sytuacji, gdy to picie weekendowe zamienia się w powszechną praktykę? Artykuł ten dotyka problemu młodych, zadbanych kobiet, odnoszących sukcesy, rozwijających karierę, albo studiujących. Mimo wrażeniu, że mają wszystko i niczego im w życiu nie brakuje, to jednak próbują zagłuszyć pustkę właśnie alkoholem. Autor tego artykułu podnosi tezę, że współczesne kobiety piją w równym stopniu jak mężczyźni, "po męsku", czasami nawet więcej niż oni, pomimo faktu, że alkohol działa na nie o wiele szybciej i też szybciej mogą się od niego uzależnić.
Ja mogę napisać jak to było w moim przypadku. Zawsze dobrze się uczyłam, rodzice nie mieli ze mną żadnych problemów, ale gdzieś tak w momencie pójścia do liceum, zaczęłam pić ze znajomymi. To nie było żadne picie ukradkiem, za betonową budą w krzakach. Spotykaliśmy się w domach, przy winie, było miło i dorośle. Problem zaczął się przy osiemnastkach. Wódka lała się na nich strumieniami, wszyscy pili równo kolejki, jedną za drugą. Nawet nie byliśmy wstawieni, pomimo wypijania ogromnych ilości i bardzo często, bo te osiemnastki były organizowane co 2-3 tygodnie. Na studiach weekendy zaczęły zamieniać się w codzienność. A to się piło shoty, jak nie to szampan, wino, whisky, piwo czasem też, ale to częściej w pubie w czasie wykładów. Obecnie jestem po 3. roku i zerwałam z piciem. Miałam już dość, zwłaszcza, że zaczął mi się coraz częściej urywać film. Nigdy nie powiedziałabym, że którakolwiek z moich koleżanek czy ja sama byłam alkoholiczką. Nie wygląda żadna z nas na alkoholiczkę. Po prostu dobrze się bawiłyśmy. Ale nie da się ukryć, że zaczynało się robić poważnie, zwłaszcza że sięgałam po alkohol gdy było mi smutno, a miałam ochotę poprawić sobie humor, albo były nawet takie wieczory, gdzie szłam do sklepu po wino i sama je wypijałam , oglądając jakiś film. Obecnie nie piję od blisko 2 miesięcy i czuję się o wiele lepiej sama ze sobą.