Bardzo dawno mnie tu nie było, jednak teraz sama nie wiem komu się wygadać i postanowiłam napisać...
W moich poprzednich postach wyczytacie jaka jestem szczęśliwa, mam cudonego chłopaka, który walczył o mnie i od nowa zbudowaliśmy "stary, nowy" związek. W skrócie -byliśmy ponad 2 lata, następnie przerwa półroczna, po czym znów się spotkaliśmy, on walczył, zabiegał, ja się bałam ale się skusiłam i tu powinnam napisać "i żyli długo i szczęśliwie"...
I tak w sumie było, ostatnio zaczęłam jakoś tak "racjonalniej" podchodzić do tego wszystkiego. Nie widziałam niczego w tym złego bo wychodzę z założenia, że jeśli człowiek czegoś się boi, zastanawia, obmyśla to znaczy, że podchodzi do tego poważnie. Więc tak obserwowałam sobie czasem z boku jego zachowanie, zastanawiałam się później czy naprawdę tego chcę, czy to mi odpowiada itd... (chyba zachowanie to wyszło z powodu coraz częstszych rozmów o zaręczynach). Oczywiście jestem świadoma jego wad, kilka zachowań mnie poważnie denerwuje, pewnych kwestii się obawiam ale mimo wszystko czuję, że kocham go, że to ten...
No ale do sedna. Dziś akurat przypada nam 5. rocznica (i tu schody... 5. od kiedy pierwszy raz postanowiliśmy zostać parą i razem sobie żyć), z racji tego, że póki co nasz związem można nazwać tym "na odległość" więc uradowana przez tel pytam go czy wie jaki dziś dzień (rzecz jasna zapomniał -facet....) no i jak już go uświadomiłam to stwierdził, że jaki ja mam powód do świętowania skoro po tym i tak się rozstaliśmy, że miałam jakiegoś tam innego (chwila głupoty ale fakt i się tego nie wypieram) i robiłam to, to i jeszcze coś... I tak od słowa do słowa potoczyła się kłótnia o przeszłość. Zanim na nowo odbudowaliśmy ten związek rozmawialiśmy wiele, chciałam wejść "czysta" więc niczego nie ukrywałam i zdecydowaliśmy wspólnie i było dobrze. Tu dziś nagle słyszę jakieś wyrzuty (sam nie był bez winy), ja nie wracam do tego co było i jak było. W pełni świadoma z całą konsekwencją zdecydowałam się na ten związek, na jego odnowę i walczę o niego, staram się, dbam, pielęgnuje a tu co?! Nie oczekuję bukietu, kolacji itd (chociaż byłoby niezmiernie miło) ale czy dziś była naprawdę okazja do wygarnięcia tego wszystkiego? Skoro tak mu źle, skoro to ja zniszczyłam, zraniłam go itd to po co się decydował na kolejny raz? To nie było tydzień temu, minęły już 2 lata, mówi o ślubie, o domu, rodzinie... Powiedział mi jeszcze dziś, że on kiedyś postanowił, że nie będzie już taki jak za pierwszym razem bo mu się to nie opłaciło skoro go zostawiłam (chodziło mu chyba o to, że nie będzie tak romantyczny i "spontaniczny").
Rozpisałam się, sama nie wiem czy dojdziecie sensu tej wypowiedzi ale chwilę temu skończyliśmy rozmowę i jeszcze jest we mnie wiele emocji, stąd ten chaos. Kalkuluje to tak na chłodno jak jakieś zyski i straty a ja go po prostu kocham i chcę jego szczęścia. Czy ja żyję jakimiś wymysłami i pragnieniami czy to po prostu zwykła kłótnia, wynikająca z jego urażonej dumy i zazdrości o przeszłość? Poradźcie mi coś, odnieście sie może jakoś do tego, naprawdę nie mam za bardzo z kim o tym pogadać.
I oczywiście nie odbierajcie takiego stanu rzeczy jako permanentny