Myślałam,że nigdy tu nie wejdę, w ten dział. Biorę leki , chodzę regularnie do psychiatry-psychologa.Mam niesamowite poczucie humoru,co zresztą wprowadzało lekarzy w błąd.Ale z deprechy wyjść nie mogę, a wczoraj wcale nie przenośnie szukałam miejsca, gdzie mogłabym się powiesić.I gdyby nie telefon od nomen - omen mojego męża,to chyba nic by mnie nie powstrzymało.Udało mu się mnie uspokoić, ale zrozumiałam,że nadal jestem cholernie chora.Lekarze twierdzą,że mam depresję nawracającą, no, ale żeby coś "nawróciło", to chyba musi najpierw minąć
Nie mam motywacji do życia.Dzieci, ok, bardzo, ale to bardzo kocham moich chłopaków,ale są już dorośli, ja z moimi "schizami"mogę co najwyżej utrudniać im życie i rozwój."Zarażać" lękiem, więc lepiej by było dla nich, żeby mieli ze mną jak najmniej kontaktu.Mąż mnie olał, dał mi na to dowód nie raz, a ja bardzo potrzebuję męskiego przytulenia, zdroworozsądkowej rozmowy, no i k,,, jakiegoś oparcia,tzw. męskiego ramienia.Nie mam tego od wielu lat i mieć nie będę.Mam 50 lat i choć jeszcze możliwa ze mnie kobitka,to nie mam szans na jakiś związek, bo nawet dla 60- latka nie jestem atrakcyjna ze względu na wiek.Moją urodą " uwodzę "kobiety
, no ale orientacji na stare lata nie zmienię, sory.Nie mam pracy i nie daję rady pracować, jak ją mam.Stres, zmęczenie, brak zorganizowania, koncentracji no i pamięć - żadna.Zaczynają się różne choróbska, bo moja depra uwidacznia się głównie fizycznie, choć jestem zdrowa jak koń.Na rentę nie chcą dać mi skierowania, bo właśnie fizycznie jestem zdrowa, a długoletnia depresja to nie choroba, chociaż choroba, wg lekarzy
Opiekuję się tatem,staruszkiem.Na szczęście tata ma siły 30 latka, więc moja opieka sprowadza się bardziej do sprzątania,zakupów, od czasu do czasu,prania, a i tak wypompowana wracam na full, i odchorowuję przez kilka dni.Nie wiem po co to piszę, może dla pisania, dla wywalenia złych emocji z siebie.Smutno ![]()
Przygarnęłam jeszcze jednego pieska,chciałam zostać wolontariuszką w schronisku, ale jestem za stara, a opieka przy psiakach też mnie wykańcza.Odchorowuję po prostu wszystko, co robię,wypadałoby mi siedzieć w domu i nic nie robić, ale przez pół roku walczyłam ze sobą, żeby z tego domu wyjść,bo mam agorafobię.I teraz pytam - a właściwie, to po co?Nie mam już motywacji żeby walczyć dalej.
1 2013-10-08 14:39:03 Ostatnio edytowany przez zbytdelikatna (2013-10-08 14:51:51)
Podobne tematy
...chciałam zostać wolontariuszką w schronisku, ale jestem za stara, a opieka przy psiakach też mnie wykańcza.Odchorowuję po prostu wszystko, co robię,wypadałoby mi siedzieć w domu i nic nie robić, ale przez pół roku walczyłam ze sobą, żeby z tego domu wyjść,bo mam agorafobię.I teraz pytam - a właściwie, to po co?Nie mam już motywacji żeby walczyć dalej.
Oprócz zwierzaczków są również potrzebujący ludzie.
Gwarantuję Ci, że można zostać wolontariuszką w każdym wieku (jeśli praca nie wiąże się z wysiłkiem fizycznym).
Ośrodek dla niepełnosprawnych intelektualnie? Szpital dziecięcy?
Próbuj dalej. NAJGORZEJ to UTKNĄĆ w "martwym" punkcie. Janusz ŚWITAJ może, Jasiek Mela może, a Ty nie możesz??? O DŻIZAS!!!
Przybliż miejscowość - może ktoś zaproponuje jakiś konkret.
wiesz ja mam tak samo a dziś mam chyba mega depresję.Jestem trochę młodsza od ciebie i na razie nie byłam u psychiatry .Po prostu czuję że totalnie nie mam sensu w życiu.Mąż ...owszem jest miły jak znajdzie dla mnie chwilę ale ogólnie jest ciężko zapracowany.Przecież musi tyrać za dwoje skoro ja nie mam pracy.I to jest najgorsze,dom i nuda i brak jakiejś szansy na pracę.Mieszkamy na zadupiu tu nawet dla młodych nie ma pracy a co dopiero mówić o mnie.Chłopaki prawie dorosłe i tak jak pisałaś lepiej żebym ich nie zarażała swoją depresją.Kiedyś cieszyło mnie wszystko ,że jest wiosna ,że jest jesień ,że kupiłam sobie jakiś drobiazg.Cieszyłam się że dzieci rosną że wyszły z chorób.Zawsze znalazłam zajęcie. Zwierzęta też mieliśmy bo mieszkamy na wsi .Teraz zastanawiam się kiedy przychodzi taki moment że człowiek ma dość? Kiedy przestaje mieć motywację żeby żyć.W ciągu czterech lat straciłam całą rodzinę,najpierw mama ,ojciec ,kuzyn.... wszyscy odeszli. Został mi mąż i dzieci a czasem myślę że wcale im nie jestem potrzebna.Wiem że piszę nie na temat ale muszę się komuś wyżalić.Jeszcze ta jesień...Nie myślę o samobójstwie ale ostatnio najlepiej czuję się na cmentarzu kiedy pójdę tam na spacer.
zbytdelikatna napisał/a:...chciałam zostać wolontariuszką w schronisku, ale jestem za stara, a opieka przy psiakach też mnie wykańcza.Odchorowuję po prostu wszystko, co robię,wypadałoby mi siedzieć w domu i nic nie robić, ale przez pół roku walczyłam ze sobą, żeby z tego domu wyjść,bo mam agorafobię.I teraz pytam - a właściwie, to po co?Nie mam już motywacji żeby walczyć dalej.
Oprócz zwierzaczków są również potrzebujący ludzie.
Gwarantuję Ci, że można zostać wolontariuszką w każdym wieku (jeśli praca nie wiąże się z wysiłkiem fizycznym).
Ośrodek dla niepełnosprawnych intelektualnie? Szpital dziecięcy?
Próbuj dalej. NAJGORZEJ to UTKNĄĆ w "martwym" punkcie. Janusz ŚWITAJ może, Jasiek Mela może, a Ty nie możesz??? O DŻIZAS!!!
Przybliż miejscowość - może ktoś zaproponuje jakiś konkret.
Wiem,że chcesz mnie zmobilizować, dzięki.
O to chodzi,że nie daję rady na dłużej zająć się kimkolwiek.Robię się chora.Brakuje mi sił, no nie wiem jak to wyrazić,niki71na pewno rozumie, o co chodzi.Wiem niki czujesz się pewnie, jak kula u nogi dla rodziny i społeczeństwa.I dobija cię bezradność, żeby coś z tym zrobić.Do tego tylu straconych bliskich , przykro mi.Moja mama umarła 2 lata temu,ja byłam pierwsza z rodziny po śmierci
Siostra nawet mówi,że dobrze,że na mnie trafiło,bo jestem już uodporniona przez chorobę.To fakt, przechodząc przez to piekło, uodparniamy się na wiele rzeczy.Ale kto tego nie przeszedł, nigdy nie zrozumie, o co chodzi.Jeśli dobrze czujesz się na cmentarzu , to czas wybrać się do lekarza, a kiedy zaczniesz zazdrościć tym, co tam leżą,to jest ogromny czas na poważne leczenie.
...
O to chodzi,że nie daję rady na dłużej zająć się kimkolwiek.Robię się chora.Brakuje mi sił, no nie wiem jak to wyrazić,niki71na pewno rozumie, o co chodzi.Wiem niki czujesz się pewnie, jak kula u nogi dla rodziny i społeczeństwa.I dobija cię bezradność, żeby coś z tym zrobić.Do tego tylu straconych bliskich , przykro mi.Moja mama umarła 2 lata temu,ja byłam pierwsza z rodziny po śmierciSiostra nawet mówi,że dobrze,że na mnie trafiło,bo jestem już uodporniona przez chorobę.To fakt, przechodząc przez to piekło, uodparniamy się na wiele rzeczy.Ale kto tego nie przeszedł, nigdy nie zrozumie, o co chodzi.Jeśli dobrze czujesz się na cmentarzu , to czas wybrać się do lekarza, a kiedy zaczniesz zazdrościć tym, co tam leżą,to jest ogromny czas na poważne leczenie.
KOCHANA - ale TY spójrz jak racjonalne i wyważone masz podejście do tematu!
Toć to godne podziwu.
Dlatego działaj, póki sił, bo im dalej w las...
będzie TRUDNIEJ!
Może BEZ tego "spięcia"? Na początek 1 raz w tygodniu?
Nie cierpię generalizowania: "Kto tego nie przeszedł..." TO CO (gorszy, bo brak mu wyobraźni)?
No przeszłam - zmagałam się ze śmiercią matki (tudzież pogrzebem) sama, bo braciszek z rozpaczy się "znieczulał" alkoholem a ojciec (rozwiedziony z matką) siedział zagranicą (co nie przeszkodziło mu "wpaść" po spadek, bo akurat z tym państwem nie mieliśmy wówczas podpisanej konwencji prawnej).
W naszym wieku, KAŻDY ma jakąś przeszłość i historię za sobą.
Kwestią jest CO ZROBIMY z tym kawałkiem życia, które jest nam jeszcze DANE?
Powiem zatem jak swojej teściowej: "UWAŻAJ (grzeszysz)"
TYLKO mąż? Tylko dzieci? A gdyby IM COŚ SIĘ STAŁO? No sorry - to jak "wywoływanie wilka z lasu" ![]()
Anhedonia w czasie kiedy zmagałam się z chorobą synka i mamy jakoś sobie radziłam.Teraz przyszła na mnie klapa.Mam lepsze i gorsze dni.Staram się radzić sobie sama.Raz byłam u psychiatry na fundusz i to była porażka.A na prywatne wizyty mnie nie stać.
7 2013-10-09 10:17:36 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-09 10:23:44)
Raz byłam u psychiatry na fundusz i to była porażka....
RAZ?
No błagam Cię... raz to czasem głupiej maszyny nie da się naprawić! Trzeba chodzić tygodniami albo latami - chociażby dlatego, że psychotropy zaczynają działać DOPIERO po 4 do 6 tygodni! A czasem lekarstwo "nietrafione"...
Człowiek NIE prosta konstrukcja jak budowa cepa.
Takie słowa napisała uzytkowniczka w INNYM wątku, takim o samobójczej śmierci syna:
Dana, los doświadcza ludzi w przeróżny sposób. Mam koleżankę, która straciła cała rodzinę w przeciągu 4 lat. Nikt w jej rodzinie nie popełnił samobójstwa, wszystkich zabrały choroby.
Najpierw 13-letnia córka w strasznym cierpieniu zmarła na raka kości, po 2 latach jej 38-letni mąż, zmarł w drodze do pracy, a za kolejne 2 lata druga córka w wieku 13 lat zmarła na białaczkę.
Z każdą z córek przez okres choroby była w szpitalu, z każdą do końca. Wiem od niej jak straszna jest dla matki świadomośc, że jej dziecko umrze, że to tylko kwestia czasu, bo medycyna jest bezsilna.
Nie próbuję broń Boże, porównywac Twoich przeżyć do przeżyć mojej koleżanki.
W życiu zdarzają się sytuacje, w których bardzo chcemy pomóc, a nie mamy takiej mocy, nie jesteśmy w stanie.
DLATEGO mówię i powtarzam - nie mówcie "mam TYLKO męża, TYLKO dzieci..."
MAMY RÓWNIEŻ jakieś życie (może całe lata) PRZED sobą!
CO z TYM czasem ZROBIMY zależy od nas. ZMARNOWAĆ?
Do końca swych dni siedzieć w kątku i cicho chlipać? 5 lat? 10? 15?
Wyobrażacie to sobie???
Może i masz ale ja trafiłam na wyjątkowo niesympatyczną panią doktor.Miałam wrażenie że tylko patrzy żeby zapisać byle jakie tabletki i żebym wyszła.Cóż może była zmęczona w końcu byłam któraś w kolejce.Po tej wizycie jakoś się otrząsnełam i żyję.Jak jest bardzo żle to mówię sobie że ludzie mają gorsze problemy i żyją i radzą sobie więc nie ma się co użalać.A wiesz że po śmierci mojej mamy było tak samo.Braciszek z tatusiem zaczeli topić smuty w kieliszku.Na dodatek zamieszkali obaj niedaleko i wtedy się zaczeło. Kłótnie awantury i mnie w to wszystko wciągali.To był horror,czasem myślę że to było gorsze niż śmierć mamy.Z tym zdążyłam się pogodzić bo chorowała 2 lata więc powoli się oswajałam.A to co było póżniej to był szok dla mnie.Te awantury pijackie,kłótnie o majątek,marny zresztą.Cóż było minęło.Ale nigdy w najgorszych nawet chwilach nie myślałam o samobójstwie na poważnie.zbytdelikatna masz bliskich.Wyobrażasz sobie ich odczucia,twoich synów gdybyś sobie coś zrobiła.U mnie w rodzinie był taki przypadek.A jeśli będzie ze mną gorzej to na pewno znajdę jakiegoś lekarza.Jakiś instynkt samozachowawczy chyba we mnie pozostał skoro tak myślę i w tobie chyba też.
![]()
"Dum spiro spero"
10 2013-10-09 17:56:57 Ostatnio edytowany przez zbytdelikatna (2013-10-09 20:26:07)
Zabrakło mi motywacji żeby tutaj pisać.
Zabrakło mi motywacji żeby tutaj pisać.
BYWA...
A jak w "codzienności"?
Szukałaś jakich ODMIENNYCH od dotychczasowych pomysłów?
Widzisz gdzieś, jakieś "światełko w tunelu"? (aby nie to ostateczne!
)
Dziewczyny bardzo wam dziękuję za odzew.Pomału wychodzę na prostą.Nie martwcie się o mnie,jakoś to będzie ![]()
Ha i czego ja nie próbowałam od tamtego czasu
Jedyne co mi się udało, to odstawić leki pół roku temu.Doszłam do wniosku, że po tylu latach brania bardziej mnie trują niż pomagają.
Porażka.
Usiłuję dociec co jest przyczyną moich problemów.Może po prostu głupia jestem ![]()
Jakoś tak nikt się mną specjalnie nie przejmował, poczynając od dzieciństwa do teraz.Za to ja przejmuję się wszystkimi.Opiekuję się kim się da i jak się da.Jestem do tego nadobowiązkowa, nie potrafię nawet poleżeć sobie w łóżku w dzień wolny, bo w głowie kłębią mi się myśli, że się nie wyrobię, że to trzeba zrobić, że tamto.Mam opinię osoby "zachłannej" na robotę, ale to mnie już dobija, zniechęca.Jestem minimalistką,cieszy mnie byle co, wystarczy, że wszyscy z bliskich są zdrowi, że mam opłacone rachunki,dach nad głową i co do gara włożyć i jestem happy.Nawet nie umiem chcieć czegoś więcej.Może dlatego, że przez całe życie byłam nie za bogata.Unikam trochę ludzi, przeszłam kilkakrotnie w pracy zawodowej prawdziwe piekiełko zwane mobbingiem.Przez to wpadłam w deprechę,dodatkowo mój mąż okazał się nielojalny,opuścił mnie w najmniej odpowiednim momencie, wtedy kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia.Jednak sam traktuje mnie jak wyrocznię - leci do mnie ze wszystkimi problemami.No a ja po starej znajomości staram mu się doradzać.Nie obnoszę się z moimi problemami, jestem zła sama na siebie, że nie potrafię wyjść z tej czarnej dziury, szkoda mi życia.Szpital,terapie, to wszystko nic nie dało, wręcz przeciwnie,zdołowało mnie całkiem.Ponoć jestem ciężkim przypadkiem
Może macie jakieś pomysły?
Usiłuję dociec co jest przyczyną moich problemów.Może po prostu głupia jestem
Jakoś tak nikt się mną specjalnie nie przejmował, poczynając od dzieciństwa do teraz.Za to ja przejmuję się wszystkimi.Opiekuję się kim się da i jak się da.Jestem do tego nadobowiązkowa, nie potrafię nawet poleżeć sobie w łóżku w dzień wolny, bo w głowie kłębią mi się myśli, że się nie wyrobię, że to trzeba zrobić, że tamto.Mam opinię osoby "zachłannej" na robotę, ale to mnie już dobija, zniechęca.Jestem minimalistką,cieszy mnie byle co, wystarczy, że wszyscy z bliskich są zdrowi, że mam opłacone rachunki,dach nad głową i co do gara włożyć i jestem happy.Nawet nie umiem chcieć czegoś więcej.Może dlatego, że przez całe życie byłam nie za bogata.Unikam trochę ludzi, przeszłam kilkakrotnie w pracy zawodowej prawdziwe piekiełko zwane mobbingiem.Przez to wpadłam w deprechę,dodatkowo mój mąż okazał się nielojalny,opuścił mnie w najmniej odpowiednim momencie, wtedy kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia.Jednak sam traktuje mnie jak wyrocznię - leci do mnie ze wszystkimi problemami.No a ja po starej znajomości staram mu się doradzać.Nie obnoszę się z moimi problemami, jestem zła sama na siebie, że nie potrafię wyjść z tej czarnej dziury, szkoda mi życia.Szpital,terapie, to wszystko nic nie dało, wręcz przeciwnie,zdołowało mnie całkiem.Ponoć jestem ciężkim przypadkiemMoże macie jakieś pomysły?
Jeśli nie szanujesz czasu, który powinnaś przeznaczyć dla siebie, to dlaczego oczekujesz że inni będą to robić?
Jeśli przyzwyczaiłaś innych do tego że dajesz i nie wymagasz tego samego to skąd to zdziwienie że nie wraca do Ciebie choć część tego co dajesz?
Jesteś świetnym materiałem na męczennicę.
16 2015-05-15 10:15:42 Ostatnio edytowany przez lara29 (2015-05-15 10:25:27)
Jesteś wrażliwą osobą nie głupią,zazdroszczę ci że potrafisz cieszyć się z tych według ciebie najmniej istotnych rzeczy,wydaje mi się że to właśnie jest droga do szczęścia,ja się tego cały czas uczę,przynajmniej próbuje
a inne problemy takie jak mobbing w pracy czy problemy uczuciowe np.z partnerem,któż ich nie ma,problem w tym że my chorzy na depresje wszystko widzimy w czarnych barwach.
Jeste wrażliwą osobą,
Więc tym bardziej powinna pomyśleć o sobie, o tym żeby rozwijać się w kierunku w jakim chce się rozwijać.
To nie jest osoba czerpiąca siłę z samego dawania. Jeśli nie wraca do niej to co daje to skutki sędzia takie jakie opisuje. Obniżony nastrój, frustracja.
Bez ludzi którzy ją docenią i odwzajemnią to co dla nich robi będzie tak jak jest, bo teraz to szukanie garnka złota na końcu tęczy.
Nie należy mylić wrażliwości z nadwrażliwością, która występując czasowo nie stanowi problemu, ale permanentna nadwrażliwość jest już cechą niepożądaną.
Rumpel, ale w jakim kierunku ja mam się rozwijać? Chłopie mam 52 lata,co mi proponujesz? Moje koleżanki biegają po kościołach,chodzą na pielgrzymki, oplotkowują sąsiadów,egzaltują się cudzymi łóżkami,przeżywają seriale i ojca Rydzyka,tak wygląda ich "rozwój" w tym wieku. A to nie dla mnie. Ale co innego można robić w tym wieku?
Co do tej nadwrażliwości, to gdzie ją widzisz? To nie atak,tylko mi przybliż.
Lara - dzięki.
19 2015-05-15 12:00:18 Ostatnio edytowany przez zbytdelikatna (2015-05-15 17:12:25)
/
Zbytdelikatna - a kup sobie drożdże i spróbuj tak przynajmniej przez kilka tygodni zjadac ich tak z łyżkę dziennie (zalanych wrzątkiem, żeby je zabić - takie rozbełtane
). Zacznij też opychać się kurczakiem i tuńczykiem, a na deser serwuj sobie orzeszki ziemne albo masło orzechowe. I obserwuj swoje samopoczucie. Na pewno ci to nie zaszkodzi, a a nuż pomoże ![]()
21 2015-05-17 13:58:40 Ostatnio edytowany przez Olinka (2015-06-08 19:19:21)
można by się zastanowić dlaczego te wszystkie starsze panie chodzą na te pielgrzymki i do kościoła, wcale tego nie popieram jednak można wyciągnąć z tego pewien wniosek. Jak już zaspokoiło się potrzeby materialne i cielesne (albo i nie zdązyły, ale czas życia się już kończy) to czas na sprawy duchowe. One tak tego szukają, szacunek, że chociaż próbują Naprawdę potrzebujemy duchowosci w naszym życiu, celu, pasji, nadziei, sukcesu - chcemy powiedzieć na koniec, że wygrałem życie. Proponuję zostawić religię i skupić się na osobistej relacji z Bogiem - swoim twórcą. By mieć świadomość, że zanim jeszcze umrzesz, nie tylko robiłeś wszystko po swojemu ale zapoznałeś się z instrukcją jaką dał do życia - Biblią. Nawet choćby dlatego, żeby powiedzieć że zaliczyłem w życiu tą bestsellerową książkę, która w nakładzie nie ma sobie równych. A może przy tym odkryjesz, że tak naprawdę wcześniej wcale nie wiedziałeś jak żyć i twoje życie było tylko namiastką życia. Pamiętaj że Biblia i religia to najczęściej dwie bardzo oddalone od siebie sprawy. Polecam na początek refleksyjne księgi przysłów i kaznodziei - refleksje na temat życia najmądrzejszego króla. Jak nie lubisz czytać na [spam] mają Biblię z lektorem - spróbuj nic nie tracisz I pamiętaj zanim zaczniesz poproś Go by ci pomógł to wszystko zrozumieć i znalazł Ci motywację do życia i ciesz się z małych kroczków
Człowieku, jakie starsze panie? Kobiety 50 letnie dziś, to nie kiedyś.Tylko jak się życie pieprzy to nieważny jest wiek.O starszych paniach to można mówić pod 60 - tkę. No nie chce mi się już tu pisać,bo jak ktoś wyskoczy z jakąś pierdułą, to wątek ciągnie się miesiącami, a jak ktoś ma poważny problem, to zbywa się go byle czym.Wracam do męża, jaki jest to jest, ale jest.Przynajmniej jakiś cel w życiu,a nie czekanie na śmierć psychiczną i fizyczną. A co do starości, to zamierzam być młoda choćby do 90-tki.I proszę mi tu nie wyjeżdżać ze starszymi paniami.Żegnam.