Cześć. Potrzebuję trzeźwego spojrzenia na moją sytuację.
Jestem z chłopakiem rok, znamy się 6 lat. Żyjemy w związku na odległość, ale planujemy za kilka miesięcy zamieszkać w jednym mieście. Spotykamy się jak najczęściej się da - czasem co 2 tygodnie, 3, na 3 dni, tydzień, jak jest wolne od pracy/szkoły to spędzamy je z reguły razem, w wakacje było to kilka tygodni. Jeździmy do siebie na zmianę, jest ok. Jeżeli chodzi o zaufanie też jest dobrze. On jest dobrym człowiekiem, szanuje rodzinę, pracuje (raczej toruje sobie drogę w super firmie, ale narazie jest "chłopcem na posyłki"). Niezbyt często gdzieś wychodzi, ale jak już to idzie z nim siostra, z którą ma dobry kontakt (ja w sumie też), więc jestem spokojna. Jakaś minimalna zazdrość jest, z którą staram się uporać, ale zrozumiałam, że tu nie ma jego winy. Jak jesteśmy ze sobą to jest cudownie, super, wiadomo - nie zawsze kolorowo, ale nawet podczas jakiejś sprzeczki to nasza miłość wisi w powietrzu, za chwilę przytulimy się, pogadamy. Jest dobrze. Naprawdę jest dobrze, a nawet i bardzo dobrze.
Tylko...
ODLEGŁOŚĆ.
Przez nią daję mu się poznać ze złej strony. Przez nią jestem wściekła i robię awantury o nic. Nie radzę sobie z tym, wiecznie obiecuję sobie, że to ostatni raz, mówię, że żałuję. On wie, że na żywo jestem inna, ale męczy go to, że kiedy się nie widzimy to co chwilę się kłócimy.
Dobrze, że jest źle tylko gdy się nie widzimy, ale po co w ogóle kiedykolwiek ma być źle?
On się do mnie zraża, ma dość, często krzyczy, przeklina, czasem powie, że jestem żałosna. Wiem, że jestem żałosna. Nagadam mu, a potem myślę - jak ja mogłam? I przepraszam... I tak w kółko. Irytuje mnie wiele rzeczy, które robi, jak się nie widzimy.
Niby nie zabraniam mu gdzieś wyjść, niby rozumiem, że może spędzić czas z kimś innym, albo sam ze sobą, jednak ja, durna, często mam fochy. Przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę...
Przykład? Umówiliśmy się, że w poniedziałek wieczorem pogadamy na skype. Z pracy wrócił wcześniej niż zawsze, mało się odzywał (film oglądał, grał - przecież może), a ja jak na szpilkach i foch, że on się nie odzywa, to i ja się nie odezwę. Czekam i czekam, aż o 20 piszę, że idę spać (co nie było prawdą), a on, że mieliśmy gadać, a ja, że nie będę z nim gadała na wieczór kiedy jesteśmy zmęczeni. Że skoro nie ma mnie na żywo nie znaczy, że w ogóle mnie nie ma, że jakbym była obok, to przecież spędzałby ze mną czas. A on, że przecież umówiliśmy się na wieczór i właśnie miał dzwonić, a ja dalej swoje... Czy ja jestem normalna?
Kolejny przykład: wczoraj wyszłam z kolegami, on ze swoimi. Wróciłam koło północy, on jeszcze nie. Ok, spoko, poszłam spać. Budzę się koło 2 - zero znaku życia (mamy układ, że jak wracamy do domu to się meldujemy, że jest ok), dzwonię, a on, że siedzi jeszcze z kolegami. Ja już coraz bardziej wkurzona i niespokojna (o co?), nie mogłam usnąć. Pisał o 5, że wraca no i wzięło mnie o 5 nad ranem na awanturę. Dlaczego? "Bo jak jestem u Ciebie to o 22 jesteś zmęczony i chcesz spać, a z kolesiami siedzisz do rana; bo jak jestem u Ciebie to mówisz, że musisz się wyspać, bo rano praca, a idąc z kolegami nie przejmujesz się tym". Kiedy powiedział, że w pt nie musi iść (w czw i śr też nie był), to ja, że: "Jak jestem to nie odpuścisz sobie, nawet jak proszę nie zostaniesz ze mną, nawet jak byłam z mamą to pracowałeś zamiast z nami spędzić czas", dodałam, że skoro miał 3 dni wolnego + weekend, to mógł przyjechać do mnie. Jego gadka, że nie ma kasy, ja, że jakby chciał przyjechać, to by jej nie wydawał (tyle co wydał starczy na bilet w jedną stronę do mnie, a dopiero mówił, że nie ma grosza...), a on, że chciał się spotkać z kolegami, ja, że woli kolegów ode mnie, że woli z nimi pić niż wydać na bilet do mnie, a on, że tak, bo sam na sam z nimi był ostatnio pół roku temu. Mówię, że oni nie uciekną, a on, że ja też nie...
Jest wiele takich sytuacji. Nie poznaję sama siebie, ale jak jest daleko, to jestem zazdrosna o wszystko co robi, bo robi to zamiast być ze mną. Często przesadzam, wiem, że ma trochę nauki, że niby coś przez te 3 dni wolnego liznął notatek, ale ja dalej zaparta, że mógłby się uczyć w pociągu (a z własnego doświadczenia wiem, że nauka w pociągu to żadna nauka). Jak widzicie - NIE RADZĘ SOBIE Z TYM i nie wiem co mam zrobić, nie chcę by totalnie się do mnie zraził.
Plusem jest to, że mówi, że chce przyjechać (bo wie, że będzie dobrze). Zła jestem, on i tak chce przyjechać do mnie i wiem, że za lekko ponad tydzień (po jego poprawce) by do mnie się zbierał... A tak, to ja mam wrażenie, że to tylko moja inicjatywa, bo ja ciągle o tym gadam, a on nie.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Bałam się tego związku, ale jedynie ze względu na zaufanie. Ale je mamy. Więc czego chcieć więcej?
Dajcie mi porządnego kopa i przemówcie do rozsądku... Chyba, że on faktycznie coś robi nie tak, ale naprawdę czuję, że to ja jestem prowokatorką do takich sytuacji, chyba nie da się tego ukryć...