Witam.Zacznę od tego, że jestem w półtora rocznym związku z moim chłopakiem.Nadal jesteśmy bardzo młodzi, ponieważ mamy po 19 lat, ale bardzo realnie myślimy o naszej przyszłości.Tylko, że właśnie tego się boję....ale może zacznę od poczatku.Poznaliśmy się jakieś 3 lata temu przez moją byłą już przyjaciółkę Olgę.Nie powiem od początku baaaaardzo mi się podobał, ale opowieści na jego temat od Olgi odstraszały mnie od niego.Z resztą przez moje zachowanie i on nie dażył mnie sympatią.Jednak chyba los był nam pisany i w końcu wzieliśmy się za siebie i stworzyliśmy związek.Okazało się wtedy, że wiele historyjek mojej przyjaciółeczki na temat Mirka to czyste kłamstwa.Sama z resztą dowiedziałam się, że byłam młodocianą puszczalską, a Mirek chciał się ze mną początkowo zabawić...Wiele moich koleżanek mówiło, że to oszczerstwa, a Olga mówiła tak tylko dlatego, że potrzebowała usprawiedliwienia na swoje wybryki, że nie jest jedyna.Nie powiem, że nie całowałam się z 3 obcymi chłopakami na imprezach, bo bym skłamała.Ale do cholery ich bylo tylko tylu i nie robi to ze mnie dziwki,bo robi tak, co 2 nastolatka.Oczywiście Mirek nie mógł uwierzyć, bo Olgisia wmówiła mu duzo okrąglejsza liczbę.Lecz kiedy ja mówię mu o jego przeszłości w ktorej były już inicjacje seksualne tłumaczy to prosto-"jestem facetem"....Lecz nadal jesteśmy razem.Mieszkamy ze sobą już ok 6 miesięcy a za miesiąc wyjeżdżamy do Anglii, bo jego ojciec ma tam własna firmę.Z wielkim bólem wyjeżdźam, bo rezygnuje z wymażonych studiów,opuszczam rodzinę,ale czego nie robi się dla miłości.Tylko ja boje się.Nie jest między nami dobrze.On rzadko widuje się z kolegami a ja straciłam koleżanki na rzecz jego.Nie mogłam iść do pracy, bo wpadał w histerie, że szukam kogoś nowego,co było bzdurą.Sam do pracy się nie kwapił,bo mówił że ma jeszcze czas na harówkę i oczywiście żyjemy na koszt jego rodziców.Z szkołą też u niego ciężko.Powiem krótko-to jeszcze dzieciak.Zmieniając temat nie raz w kłótni nazwał mnie s*,k* czy dzi*ką, co ignorowałam lub złośliwie odpowiadałam "tak rogaczu".Czasami nie wytrzymuje i zaczynam go gryść i drapać a jak mnie wyzwie dostaje w twarz.innym razem jestem w kłótni bardzo arogancka i zamykam się w sobie.Dlatego Mirek nie wytrzymuje i zmusza mnie biciem do mówienia.Wiadomo nie katuje mnie, ale nie raz miałam siniaki i naprawdę bolało jak, jak mnie podduszał,kopał,czy wykręcał nadgarstki.Jest również chrobliwie zazdrosny i osadza mnie o zdrady.Nie dawno odzyskałam kontakt ze starą znajomą, z którą widze się raz na 2h w tygodniu.Nie rozumie dlaczego ją nie przyprowadzam i nie chodzi ze mną do niej.Mówię wprost że chce odetchnać,poplotkować,jakto baby, a on odrazu sugeruje mi,że mam fagasa. A jak mówię, ze go p* to zmienia strategie i uważa ze za CZĘSTO się widujemy.Dodam jeszcze, że stwierdzono u niego pewne dolegiwo
ści. Wiadomo, jak to facet...czuje się, jak na skraju życia.Nie raz czuje się wykorzystywana pod naciskiem,że jest chory. Przypomnę co wczesniej wspomniałam ze wyjeżdżamy.Nie odejdę od niego.Proszę o pomoc w tej sytuacji.Szukam lekarstwa,rady.Nie chce się bać i załować, że zrezygnowałam marzeń.Muszę mieć pewność.
Podobne tematy
2 2013-08-27 10:09:17 Ostatnio edytowany przez anetqueen (2013-08-27 10:10:03)
""Przypomnę co wczesniej wspomniałam ze wyjeżdżamy.Nie odejdę od niego.Proszę o pomoc w tej sytuacji.Szukam lekarstwa,rady.Nie chce się bać i załować, że zrezygnowałam marzeń.Muszę mieć pewność."
Jakiej pomocy Ty oczekujez? Odejsc nie chcesz, realizowac wlanych marzen nie chcesz, bo..? Milosc? Jezeli miloscia nazywasz brak zaufania, wyzywanie sie fizyczne i psychiczne z obu stron, ubezwlasnowolnienie... To gratulacje masz swojego ksiecia, jezzdz z nim do Anglii a my niedlugo przzeczytamy w prasie o nastepnej tragedii wsrod polonii na wyspach
3 2013-08-27 11:47:24 Ostatnio edytowany przez artystka1989 (2013-08-27 11:54:56)
Dziewczyno Twoje słowa są przerażające. Mówisz , że Twój chłopak to dzieciak, ale Ty też. Jeżeli pozwalasz się bić, zmuszać do mówienia, wyzywać, stwierdzasz , że to toksyczny związek , ale bez wyjścia. Wyjście jest bardzo proste i oczywiste. Moim zdaniem to w ogóle nie jest miłość. To jest typowy toksyczny związek. Jak można mówić o miłości kiedy Ty rezygnujesz z wymarzonych studiów, bo " czego nie robi się dla miłości". W dojrzałym związku się ufa drugiej osobie, nie posądza o zdrady, ma znajomych, pasję i dąży do czegoś razem. Wy do czego dążycie? do zatracenia chyba.. Prawdziwa miłość to szczęście, spokój , a nie ciągły strach, lęk i ograniczenia. Też nie mam pojęcia jakiej Ty rady oczekujesz, ale mam nadzieję, że dojrzejesz za nim będzie za późno. I zapewniam Cię, że niestety zawsze jak rezygnuję się z marzeń,pasji dla osoby która nas ogranicza, a my robimy w imię miłości to żałujemy. Jedziesz tam tylko, żeby być przy nim, więc jak Ty chcesz rozwijać swoje życie z kontrolerem przy boku? Piszesz bardzo realnie myślimy o przyszłości? Jak realnie myślicie o przyszłości skoro Ty rezygnujesz ze studiów, on nawet o nich nie myśli. Taka zabawa w dom, a jakby (nie życzę Wam tego) przytrafiło się dziecko to wszystko na karku Waszych rodziców. To nie jest realne myślenie o przyszłości. Piszę może trochę ostro ,ale na prawdę skoro masz wątpliwości to może nie jest za późno na opamiętanie się dla Ciebie, nie rezygnuj z siebie, nie warto. Teraz Wasz związek jest jeszcze w fazie uniesienia, 1, 5 roku to jeszcze nie tak dużo, ale minie trochę czas spadną Ci klapki miłości z oczu i zostaniesz z niczym.. bez studiów, bez swoich pasji, bez siebie tak na prawdę.
Nikt nie da Ci recepty na uleczenie tego związku. Chłopak jest chorobliwie zazdrosny, a Ty chorobliwie mu się podporządkowujesz. W żadnej aptece niema tabletki na zazdrość.
Możesz być najwierniejszą z wiernych, a on i tak będzie podejrzewał Cię o zdradę. Ty już zrezygnowałaś z samej siebie. Zrezygnowałaś ze wszystkiego w imię miłości. Czy ty nie czujesz że to niewola. Dorzuca Ci kolejną kulę do nogi, a Ty nadal go usprawiedliwiasz.
No tak. Czego się nie robi dla miłości.
Ty już zrobiłaś z siebie niewolnicę jego uczuć. Znosisz obelgi, bicie, upokarzanie. Nie licz że będzie lepiej. Może być jeszcze gorzej.
Przypomnę co wczesniej wspomniałam ze wyjeżdżamy.Nie odejdę od niego.Proszę o pomoc w tej sytuacji.Szukam lekarstwa,rady.Nie chce się bać i załować, że zrezygnowałam marzeń.Muszę mieć pewność.
Z marzeń to Ty już zrezygnowałaś. Niedługo się o tym upewnisz. Byleby jak najwcześniej.
Dziękuje Wam za odpowiedzi i dobre rady.Nie ze wszystkim się oczywiście zgadzam ,ale mimo wszystko bardzo mnie podbudowały.Jak już wcześniej wspomniałam nie potrafie odejść.Wiem ze oboje się ranimi i może jesteśmy dzieciakami.Myślimy poważnie o przyszłości pod względem finansowym, dlatego wyjeżdżamy za granice, gdzie napewno bedziemy lepiej żyć.Nie jedziemy w ciemno.Tylko, jak mowilam problemem są uczucia.No zobaczymy jakto będzie...
Boże! Widzisz, a nie grzmisz! Tak chce się krzyczeć, jak się czyta, co Ty tu wypisujesz dziewczyno?! Przeczysz sama sobie, Ty nie masz pojęcia o życiu, o ludziach, ani tym bardziej o miłości czy związkach i nie wiesz czego chcesz, bo masz klapki na oczach. Tobie żadna rada nie pomoże, bo Ty i tak zrobisz swoje. Powiem krótko; popełnisz błąd, którego będziesz żałować i w najlepszym wypadku spierniczysz sobie życie, a w najgorszym nie tylko sobie, bo nie daj Boże, jak ktoś tu wspomniał, kiedyś pojawi się dziecko i wszyscy będziecie cierpieć. To oczywiste, że jak wszyscy moi poprzednicy Ci odradzam tego wyjazdu i tego związku, ale wiem, że Ty i tak wyjedziesz, więc życzę Ci jak najlepiej (choć to nie możliwe). Tak czy inaczej zapamiętaj sobie wszystkie te posty, bo może te wszystkie przestrogi sprawią, że oprzytomniejesz po straconych paru latach, anie spier....... życiu. Pozdrawiam.
Co z tą młodzieżą się wyrabia, to nieprawdopodobne...
7 2013-09-03 17:02:51 Ostatnio edytowany przez bags (2013-09-03 17:06:28)
Zobacz, jak to jest - zaczynasz z kimś być i tak naprawdę od razu wiadomo z czym będzie problem. Czasami tylko wydaje nam się, że problem nie jest aż tak wielki, albo, że możemy go akceptować - zwłaszcza przez wzgląd na piękną resztę. A po czasie się okazuje, że to co było problemem na początku, jest nim wciąż po wielu latach...
Wielcy ludzie tego świata uważają zgodnie jak jeden, że "Związek dwojga ludzi to partnerstwo, czyli równe prawa, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej. Nie ma co się oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku. Szkoda niszczyć w taki sposób swoje życie w związku."
Tak tu mamy doczynienia z podwójną dyktaturą - z jednej strony damskiego boksera a z drugiej analogicznego i zarazem bezdotykowego KATOWANIA samej siebie.
Tak emocjonująca walka bokserska nawet by nie doczekała się emisji w telewizji, a co dopiero pierwszego gongu rundy, bo oboje zawodników poszłoby na deski, zanim jeszcze zdążyliby wyjść z szatni ![]()
Zresztą każdy psycholog stwierdzi od ręki, że toksyczne związki - nawet jeśli Twój takowych znamion nie miał, do czego osobiście sam mam spore zastrzeżenia i wątpliwości, to schemat jest podobny - są bardzo uzależniające, są jak narkotyk. Twoja separacja - o ile do niej dojdzie, nawet poprzez czasowe rozstanie - jest jak odwyk, a na odwyku brakuje Ci tego, co Was od siebie uzależniło. Ponadto przez cały okres trwania związku Twoje życie było podporządkowane i zorganizowane wokół "szalejących" emocji Twojego partnera. Teraz brakuje Ci po prostu czynnika, który (paradoksalnie) nadaje Twojemu życiu kierunek, który Ty sobie sama "aplikujesz" upierając się przy stwierdzeniu "nie odejdę od Niego".
Nawet osoby z tego forum - jak również ja - znające i mające dobitne doświadczenia w tej materii są zdania, że z takich związków się ucieka jak najszybciej i jak najdalej. Najlepiej jeszcze nogami do przodu... by żyć i funkcjonować NORMALNIE i z dala od tego chorego, patologicznego uzależnienia z domieszkami szantażu emocjonalnego, zaaplikowanego Ci przez niego i w głupi kompletnie sposób przez samą siebie!!!
Dla mnie też się taki związek wydawał się być bez odwrotu, bo był małżeńskim; na dokładkę sakramentalnym. Przebywanie w gronie takiego osobnika - a nawet bym powiedział, że w towarzystwie 2 związkowych, dorosłych partnerów ("matka") - było dla mnie cennym doświadczeniem i nauczką, z której wyciągnąłem daleko idące wnioski na dalsze życie; ze związku zostało jedynie wspomnienie a z małżeństwa... formalność do jego unicestwienia.
Bez odwrotu??? Odwrót na pięcie na początek i pójście w swoją stronę w zupełności wystarczy. Tylko trzeba tego chcieć a nie tylko móc to zrobić.
Bags świetnie to ująłeś, tyle, że ona z tego nie skorzysta. Możemy jej już tylko współczuć i żałować, że nasze słowa są dla niej tak mało obrazowe. Ubolewam nad nią szczerze, też mniej więcej w jej wieku przeżyłam toksyczną miłość i nie ma co wspominać, bo nawet po latach trudno uwierzyć, że było się głupim i ślepym. Z tego co autorka pisze jasno wynika co zrobi, bo ona nie ma wątpliwości, decyzję podjęła. Żal? A no żal dziewczyny, ale co tu jeszcze można powiedzieć?
Hej. Moim zdaniem powinnaś odejść od niego. Wybierz studia i swoje marzenia, nie będziesz tego żałować, poznasz kogoś, proszę Cię o to.. Jak przeczytałam Twój post to jak bym czytała o sobie, może nie wszystko ale wiekszość. Ja mam 22 lata, jestem w związku z chłopakiem od 6 lat, zaczęło się w szkole średniej(chodziliśmy do jednej klasy), na początku nie chciałam go, bo miałam cel: nauka, wykształcenie ale jak mnie wzieło to było pozamiatane... Zakochałam się, tak mi się wydawało. W pewnym momencie tuż przed maturą przestałam się uczyc, tyle że na lekcje chodziłam. On łapał same jedynki z niemca a ja byłam dobra z tego przedmiotu, od podstawówki marzyłam, że zostane tłumaczem j.niemieckiego ale niestety. Było mi go żal, więc zaczęłam go uczyć a sama przestałam się uczyć z innych przedmiotów. Poprawił 6 gołych jedynek, zdaliśmy oboje maturę i mialam wrazenie, że życie stoi przed nami otworem. Potem on dostał prace w telemarketingu ja w biurze rachunkowym. Dostaliśmy się na studia na tą samą uczelnie ale inne kierunki. Potem zaczęło się sypać, on zdradzał mnie, wiedzialam o tym choc on zaprzeczał. Próbował trzymać mnie na smyczy, nic mi nie było wolno stał sie okropnie zazdrosny tylko dlatego, że on sam był niewierny. Potem ja straciłam pracę, nie miałam na raty za studia, moi rodzice nie byli w stanie mi pomóc, wtedy postanowiłam przeniesć sie na inny kierunek z dofinansowaniem od unii i wtedy on też to zrobił, przeniósł się na mój kierunek żeby tylko mieć mnie pod kontrolą, chociaż miał pracę, jego rodzicę mieli pieniądzę to zrobił to specjalnie. Potem wymyślił, ze wyjeżdza do Anglii do rodziny, która pomoże mu znalezc pracę. Nie chciałam tego, błagałam go nie wyjeżdzaj( wyjazdy za granice znałam juz z dziecinstwa, bo moi rodzice wyjezdzali za chlebem) dlatego nie chciałam żeby wyjechał. Uparł się, ja nie znalazłam pracy,było ciężko i zrezygnowaliśmy oboje ze studiów. Okazało się, ze trzeba zapłacić karę za zerwanie studiów, 4500 tyś. zł. za osobę. Załamałam się, postanowiliśmy, ze on pojedzie zobaczy jak tam będzie i może zarobi i wroci albo sciagnie mnie. Potem było pożegnanie na lotnisku i miałam nadzieje,że będzie dobrze. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon, pracę dostał dopiero po miesiącu, był załamany ja też, wiem że pił tam miał złe towarzystwo, puby itp.., czułam że wali mi się świat chociaż dzwonił codziennie. Były kłotnie, schudłam 7 kilo w tydzień, potem nie mogłam wstać z łóżka. Poznałam pewnego chłopaka, który okazał się świetnym przyjacielem ale niestety zakochał się we mnie a ja chciałam tylko przyjażni. Nigdy między nami do niczego nie doszło, zawsze byłam wierna swojemu chłopakowi mimo wszystko. Potem mój chłopak dowiedział się o tym przyjacielu i nie chciał mnie znać. Poznał jakąś laskę w dodatku 15-latkę co było żenujące dla mnie. Po czasie pojednaliśmy się, walczyłam o niego rezygnując z przyjaźni. W końcu przyleciał po mnie i po auto. Pożyczyłam pieniądze na wyjazd od cioci, byłam zadłużona, zakochana i nie mialam wyjscia. Pojechałam z nim, też miałam wtedy 19 lat. Wszystko dzialo się tak szybko. Byłam w obcym kraju u obcych ludzi, nie cierpiałam tego języka, wolałam niemiecki.Mieszkaliśmy u jego rodziny na pokoju. Na poczatku trafiłam do firmy robiącej kanapki, potem zaczęłam prace w hotelu. Potem zaczęło się, wypominki, kłótnie, do tego jego zaborcza mama, która codziennie musiała do niego zadzwonić kilka razy i on też, nie widział w tym nic złego. Buntowałam się bo on próbował zrobić wszystko bym odcięła się od mojej rodziny,obrażał i mnie i moją rodzinę, jak tylko mu powiedziałam, że mam dość tych ciągłych telefonów z jego mama. Potem świeta spedzone z jego wujostwem, moje pierwsze swieta bez rodziny.Nie Potem zaczeło sie sypac z ta jego rodziną trzeba było się wyprowadzic do malej klitki w piwnicy bo tylko na to bylo nas stac. Potem ciagle kotnie, potem znowu przeprowadzka, wtedy niby jakis czas bylo lepiej. W między czasie przyjęłam oświadczyny. Teraz siedzę z nim tu już prawie 3 lata i coraz bardziej oddalamy się od siebie. Zaczełam naukę w angielskiej szkole, uczę się języka którego nie lubię, tęsknie za rodziną, coraz bardziej żałuje decyzji o przyjeździe tutaj. Praca jest ciężka, nie o takiej marzyłam dlatego musze sie uczyc, a on ciagle naciska na slub i dziecko, teraz wiem, ze to typowy facet, dla którego liczy sie tylko super auto zona służąca, dzieci dla poprawienia swojego ego, picie oraz seks najlepiej co noc. Uwierz mi nie warto. Nie popełniaj tego samego błedu co ja. Tu nie jest tak fajnie, ja wiem,że sobie poradzę potrafię zapanować nad emocjami, ucze się tu życia, nie płacze tak jak na poczatku. On też mnie dusił nie raz i groził mi nawet ze mnie zabije, ja się broniłam i go szczypałam, dostał nie raz w twarz, bo mnie psychicznie molestował. Teraz juz wie, ze nie działaja na mnie te jego teksty i to chamstwo i po prostu milczymy i wiem ze oboje nie jestesmy szczesliwi, mam nadzieje że w końcu rozwiązemy to. Nie dawno kupiłam auto i [owoli staram się być niezależna od niego. Pozdrawiam Cię i proszę przemyśl to moja droga:)
Blog moje dwie głowy - i wersję papierową o tym samym tytule - tak na dzień dobry do poczytania szczerze polecam!!!
11 2013-09-10 11:41:54 Ostatnio edytowany przez salagr01 (2013-09-10 11:45:37)
Cześć, przeczytałam właśnie twój post i specjalnie się zarejestrowałam, żeby na niego odpisać. Mam 19 lat, jestem w podobnym związku co twój. Jesteśmy ze sobą rok. Na początku było wszystko super, ale bardzo szybko zaczęło się psuć między nami. Do naszych codziennych kłótni (które były o błachostki) dochodził konflikt pomiędzy naszymi rodzinami, sprawy religijne i problemy ze znalezieniem pracy, z pieniędzmi, z długami (które chłopak wcześniej zaciągał). Moja rodzina (mam tylko mamę i siostrę) początkowo starała mi się pomóc. Właściwie to zrobiła wszystko co mogła, żeby mi pomóc... Moja siostra nawet wróciła z zagranicy (Hiszpania), żebym nie była z tym sama, ja nie chciałam jej pomocy, tylko narzekałam, że jestem bezsilna. Nie chciałam nawet słuchać jak mówili źle o moim chłopaku. Wszyscy dookoła mówili mi, że jak zabrnęło to tak daleko (że chłopak wmawia mi zdrady, kontroluje mnie na każdym kroku, mimo, że jestem z nim na prawdę szczera, nie panuje nad swoimi emocjami, wyzywa mnie, czy też uderza w twarz) nie będzie lepiej, może być tylko gorzej. Nie wierzyłam im. Śmiałam się z tego, że myślą, że są najmądżejsi i, że patrzą na mój związek jak na schemat. Myślałam, że wielu ludziom się udało i że mi też się uda. Robiłam wszystko, żeby wszystkim to udowodnić. Mój chłopak ma duże problemy emocjonalne, głównie przez trudną sytuacje rodzinną (przez co popadł również w konflikt z prawem), chciałam to zmienić, pomóc mu. Chciałam, żebyśmy znaleźli pracę, żeby nam się ułożyło i żebyśmy byli "na swoim". Może pominę cały ten okres naszych kłótni mniejszych czy większych i ciągłych wyprowadzek, przejdę do momentu w którym wszystko się posypało. Wyprowadziłam się od mamy, gdyż nie akceptowała mojego związku, a ja nie chciałam przyswarzać jej więcej problemów i chciałam się usamodzielnić (swoją drogą nie mogłam słuchać jak ciągle namawia mnie do zerwania z chłopakiem). Zamieszkałam z moim chłopakiem i jego rodzicami. Znalazłam sobie pracę jako sekretarka, chodzę zaocznie do liceum. Rodzice mojego chłopaka dali nam 3 miesiące na uzbieranie pieniędzy na mieszkanie i wyprowadzenie się. Przez cały ten okres pracowałam 5 dni w tygodniu, w weekendy chodziłam do szkoły. Natomiast mój chłopak spał do godziny 10, później miał iść szukać pracy, czego zwykle nie robił, wzamian spotykał się z kumplami. Kiedy wracałam zmęczona po pracy mój chłopak spał zmęczony po łażeniu z kumplami. Ciągle wysłuchiwałam o jakiś problemach, albo mój chłopak nie widział sensu w życiu, albo nie miał siły, żeby sobie ze wszystkim poradzić. Ciągle zarzucał mi, że nie wystarczająco go wspieram... Do tego dochodziły ciągłe kłótnie z jego mamą, która jest fanatyczką religijną. A co mój chłopak na to? Zapewniał mnie, że sobie poradzimy, że będzie dobrze, że znajdzie pracę i się wyprowadzimy, albo wyjedziemy za granicę ("bo tam będzie łatwiej"). I co z tego wynikło? Mama mojego chłopaka zadzwoniła do mnie, że go zawinęła policja, spakowała wszystkie moje rzeczy i mam po nie jak najszybciej przyjechać. Zrezygnowałam z rodziny, znajomych, z siebie, a co dostałam w zamian? Zostałam sama...
a ja Tobie radzę droga karolu123 żebyś poczytała swoje posty i z nich wyciągnęła wnioski, skoro z rad forumowiczów skorzystać nie chcesz. Jeśli potrafisz czytać ze zrozumieniem ( a chyba nadal uczą tego w szkołach) to chyba nie powinnaś mieć problemu. Przeczytaj sobie wszystko dokładnie, jeśli trzeba, parę razy, tylko przy tym czytaniu wmów sobie, że czytasz zwierzenia obcej dziewczyny. Czytasz, czytasz i co widzisz?
Po pierwsze zauważysz, że młodziutka dziewuszka uważa, i próbuje wmówić innym, że wraz ze swym chłopcem są dojrzali i poważnie myślą o przyszłości, również tej finansowej. Czytasz dalej i nie wierzysz - kilka wersów niżej ta sama dziewczyna pisze "Nie mogłam iść do pracy, bo wpadał w histerie, że szukam kogoś nowego,co było bzdurą.Sam do pracy się nie kwapił,bo mówił że ma jeszcze czas na harówkę i oczywiście żyjemy na koszt jego rodziców.Z szkołą też u niego ciężko."
Ale nic, czytasz dalej, i aż oblewasz się z wrażenia kawą - dziewucha rezygnuje dla chłoptasia nie tylko ze swoich znajomych ale także z siebie (własnych marzeń). Myślisz sobie, no głupia no, przecież jak się rozejdą nie będzie miała nic. A, że w końcu się rozejdą nie masz najmniejszych złudzeń, w końcu nie rokuje dobrze gdy chłopak "nie raz w kłótni nazwał mnie s*,k* czy dzi*ką, co ignorowałam lub złośliwie odpowiadałam "tak rogaczu".Czasami nie wytrzymuje i zaczynam go gryść i drapać a jak mnie wyzwie dostaje w twarz.innym razem jestem w kłótni bardzo arogancka i zamykam się w sobie.Dlatego Mirek nie wytrzymuje i zmusza mnie biciem do mówienia.Wiadomo nie katuje mnie, ale nie raz miałam siniaki i naprawdę bolało jak, jak mnie podduszał,kopał,czy wykręcał nadgarstki."
Przeczytałaś? Wczułaś się? Dotarło, że to delikatnie mówiąc związek bez przyszłości?
I bardzo Cię proszę, nie mów, że to związek bez możliwości odwrotu, bo za mało w życiu widziałaś by wydawać tak ostateczne sądy.
Samą miłością nie da się żyć.Teraz pewnie tego nie rozumiesz ale wspomnisz te slowa jak zniszczy Ci życie ten facet do konca i bedziesz od niego uciekać.
Dziękuje Wam za odpowiedzi i dobre rady.Nie ze wszystkim się oczywiście zgadzam ,ale mimo wszystko bardzo mnie podbudowały.Jak już wcześniej wspomniałam nie potrafie odejść.Wiem ze oboje się ranimi i może jesteśmy dzieciakami.Myślimy poważnie o przyszłości pod względem finansowym, dlatego wyjeżdżamy za granice, gdzie napewno bedziemy lepiej żyć.Nie jedziemy w ciemno.Tylko, jak mowilam problemem są uczucia.No zobaczymy jakto będzie...
Widzę Twoją przyszłość Z nim w ciemnych barwach. MYŚL LOGICZNIE! On ciebie bije a ty mu się dajesz i jeszcze z nim wyjeżdżasz. To naprawdę kiepski pomysł...już nie pisząc że ten związek jest już i tak przekreślony.
15 2013-09-10 18:25:10 Ostatnio edytowany przez Katarzynka82 (2013-09-10 18:26:57)
Konieczny jest ostry detoks i maksymalne racjonalne myślenie.
Kurcze czy to ja jestem nienormalna? jakby kto mnie spróbował uderzyć to by gorzko tego pożałował bo mam czarny pas z judo i aikido ![]()
"bije mnie bo mnie kocha" ona wybaczy wszystko, bo kocha, a przemoc i agresja są tylko rutyną życia, którą trzeba dumnie znosić ze śliwą pod okiem.Widocznie są kobiety,które lubią czasami dostać.
Ojj, Karola....
Kochasz go bardziej niz siebie a on?Jak on Ciebie kocha?Czyzby ,,do bolu''? Do tego bolu, ktory potrafii Ci zadac? Ajj, pewnie po takiej wymianie zdan,wyzwisk i rekoczynow -uwaga- mam dwie opcje: 1-nie rozmawia z Toba by tym samym obarczyc wina wlasnie Ciebie za zaistniala sytuacje, po czym Ty pierwsza wyciagasz reke na zgode bo to milczenie Cie drazni lub myslisz ze moze faktycznie to Ty przesadzilas badz tez sprowokowalas ta sytuacje.Przepraszasz i tlumaczysz swoja reakcje nie zwazajac na to ze to on tak naprawde Ciebie skrzywdzil.2- on ciebie przeprasza za to ze sie taaaaak zdenerwowal.Po czym grzecznie, juz bez wiekszych emocji starasz sie mu wytlumaczyc ze nie mial powodow ku zazdrosci,itp.
Chcez wyjechac,bo jest szansa na lepsze zycie?Daleko od meczacych swymi uwagami rodzicow i monotonii wynikajacej z obecnego tkwienia w stalym punkcie?Ty dopiero masz to w planach-ja jestem drugi rok po realizacji tych wlasnie planow.Wiesz jak jest??Zostawilam w Polsce prace,rodzine,3przyjaciolki(mialam jeszcze kolezanki,kolegow, ale ulegli selekcji,a raczej calkowitemu oddaleniu z mojego zycia za sprawa meza).Pogodzilam sie z tym bo w sumie uznalam ze zalezy mi tylko na tych trzech przyjaciolkach.Ja nie jechalam w ciemno tak jak i Ty.Maz(wtedy narzeczony) mial piekne mieszkanie,dobra prace,ja chodze na kurs jezykowy(po dwoch latach pobytu w Niemczech, poniewaz wczesniej nie moglam w ogole ruszac sie bez niego z domu, by przypadkiem ktos mnie nie poderwal i bym nie opuscila ,,kochajacego mnie calym sercem'' meza.Przepraszam sklamalam-moglam robic sama zakupy w oddalonym o kilkanascie metrow od mieszkania supermarkecie:)
Moj maz byl i jest w stosunku do mnie bardzo opiekunczy,kochajacy,przyjacielski-w zasadzie to zawsze dogadywalismy sie swietnie.Poza poruszaniem tematow takich jak byle zwiazki,koledzy,kolezanki,znajomi.Do teraz lapie sie na tym ze jak opowiadam jakas smieszna historyjke mezowi z przeszlosci to mowie ze to np.siostra powiedziala,badz kolezanka siostry,szwagier, a nie np. moja kolezanka,kolega.Wiesz co bylo najfajniejsze?Gdy moj maz sie upijal(ma slaba glowe wiec po 3-4 piwach w zupelnosci nie jest soba) i szuka dziury w calym tzn.lapie mnie za slowka, przekreca moje wypowiedzi i wowczas jestem ,,pie.......dz....,szmata,itp.''a gdy powiem co kolwiek negatywnego o jego siostrach, ktore wlasnie tak sie zachowuja, badz ojcu ktory zdradza jego matke, a wszyscy udaja ze to temat tabu i ta rodzina jest swieta to wykreca mi rece,karzac na kolanach przepraszac,dusi,szarpie mnie za wlosy,lapie za ramiona i uderza o sciane,tnie moje ubrania,nawet komorke zlamal w pol, grozi mi nozem czasem po czym sam sie tnie.Raz wyladowalam w szpitalu. To byl pierwszy i ostatni raz gdy dostalam- 16czerwiec.Mialam rozwalona warge i podbite oko.Nie poszlam na slub jego siostry, ktora wg mnie ewidentnie robila to dla kasy.Maz wrocil kompletnie pijany i nakrecony przez swoja rodzine,no i oberwalo mi sie. Wystraszylam sie bo rozbil szklanke i grozil ze mnie potnie,w rezultacie przeprosilam go,a gdy sie uspokoil to ucieklam,bieglam przed siebie ile sil w nogach,plecy bardzo mnie bolaly (gdyz wczesniej jeszcze probowalam wyskoczyc z lazienkowego okna znajdujacego sie nad wanna i poslizgnelam sie,upadajac na plecy).W szpitalu bylam pod opieka psychologa, zrobilam obdukcje ktora miala byc krokiem w przod-pomoca przy rozwodzie i wiesz co zrobilam?wybaczylam mu ,,w imie milosci''. Obiecal ze nigdy juz sie nie napije,plakal jak dziecko, przekonal mnie ze nic nie pamieta z tamtego owego wieczoru i postanowilismy dac sobie jeszcze jedna szanse.Kiedys zanim go poznalam bylam szczupla, atrakcyjna, pewna siebie kobieta.Zylam chwila, czerpiac radosc nawet z zapachu polnych kwiatow.Obecnie mam okolo23kg wiecej,jestem bardziej nerwowa osoba,ale moralnie ulepszona ze tak to nazwe-na ulicy nawet nie spogladam na innych mezczyzn,jakos tak odruchowo spogladam w dol.Teraz,gdy maz jest w pracy siadam nad pobliska rzeka i placze. Placze, bo mam piekne mieszkanie,ktorego wystroj sama zaprojektowalam,a maz zrealizowal moj kazdy pomysl.Placze,bo dalismy temu wnetrzu takie rodzinne cieplo.Placze,bo kocham meza.Placze,bo jestem daleko od moich wtedy wydawaloby sie surowych rodzicow(obecnie jestesmy bardzo zzyci z soba).Placze,bo nie widze swej przyszlosci ani u boku meza, ani w Polsce,za ktora tak bardzo tesknie.Placze,bo kiedys to ja sie smialam z kobiet podporzadkowanych swemu partnerowi,teraz ironizuje,drwie z samej siebie,ze niczym od tych wtedy w moich oczach,,tepych'' lasek sie nie roznie
Jestem uzalezniona od mojego meza psychicznie.Kocham go...
No,Karola!Wszystko przed Toba!Do utraty wszystkiego co sama mu oddasz.Do utraty swej wartosci i godnosci.Do utraty wlasnej tozsamosci.Do utraty tchu.....
Ojj, Karola....
Kochasz go bardziej niz siebie a on?Jak on Ciebie kocha?Czyzby ,,do bolu''? Do tego bolu, ktory potrafii Ci zadac? Ajj, pewnie po takiej wymianie zdan,wyzwisk i rekoczynow -uwaga- mam dwie opcje: 1-nie rozmawia z Toba by tym samym obarczyc wina wlasnie Ciebie za zaistniala sytuacje, po czym Ty pierwsza wyciagasz reke na zgode bo to milczenie Cie drazni lub myslisz ze moze faktycznie to Ty przesadzilas badz tez sprowokowalas ta sytuacje.Przepraszasz i tlumaczysz swoja reakcje nie zwazajac na to ze to on tak naprawde Ciebie skrzywdzil.2- on ciebie przeprasza za to ze sie taaaaak zdenerwowal.Po czym grzecznie, juz bez wiekszych emocji starasz sie mu wytlumaczyc ze nie mial powodow ku zazdrosci,itp.
Chcez wyjechac,bo jest szansa na lepsze zycie?Daleko od meczacych swymi uwagami rodzicow i monotonii wynikajacej z obecnego tkwienia w stalym punkcie?Ty dopiero masz to w planach-ja jestem drugi rok po realizacji tych wlasnie planow.Wiesz jak jest??Zostawilam w Polsce prace,rodzine,3przyjaciolki(mialam jeszcze kolezanki,kolegow, ale ulegli selekcji,a raczej calkowitemu oddaleniu z mojego zycia za sprawa meza).Pogodzilam sie z tym bo w sumie uznalam ze zalezy mi tylko na tych trzech przyjaciolkach.Ja nie jechalam w ciemno tak jak i Ty.Maz(wtedy narzeczony) mial piekne mieszkanie,dobra prace,ja chodze na kurs jezykowy(po dwoch latach pobytu w Niemczech, poniewaz wczesniej nie moglam w ogole ruszac sie bez niego z domu, by przypadkiem ktos mnie nie poderwal i bym nie opuscila ,,kochajacego mnie calym sercem'' meza.Przepraszam sklamalam-moglam robic sama zakupy w oddalonym o kilkanascie metrow od mieszkania supermarkecie:)
Moj maz byl i jest w stosunku do mnie bardzo opiekunczy,kochajacy,przyjacielski-w zasadzie to zawsze dogadywalismy sie swietnie.Poza poruszaniem tematow takich jak byle zwiazki,koledzy,kolezanki,znajomi.Do teraz lapie sie na tym ze jak opowiadam jakas smieszna historyjke mezowi z przeszlosci to mowie ze to np.siostra powiedziala,badz kolezanka siostry,szwagier, a nie np. moja kolezanka,kolega.Wiesz co bylo najfajniejsze?Gdy moj maz sie upijal(ma slaba glowe wiec po 3-4 piwach w zupelnosci nie jest soba) i szuka dziury w calym tzn.lapie mnie za slowka, przekreca moje wypowiedzi i wowczas jestem ,,pie.......dz....,szmata,itp.''a gdy powiem co kolwiek negatywnego o jego siostrach, ktore wlasnie tak sie zachowuja, badz ojcu ktory zdradza jego matke, a wszyscy udaja ze to temat tabu i ta rodzina jest swieta to wykreca mi rece,karzac na kolanach przepraszac,dusi,szarpie mnie za wlosy,lapie za ramiona i uderza o sciane,tnie moje ubrania,nawet komorke zlamal w pol, grozi mi nozem czasem po czym sam sie tnie.Raz wyladowalam w szpitalu. To byl pierwszy i ostatni raz gdy dostalam- 16czerwiec.Mialam rozwalona warge i podbite oko.Nie poszlam na slub jego siostry, ktora wg mnie ewidentnie robila to dla kasy.Maz wrocil kompletnie pijany i nakrecony przez swoja rodzine,no i oberwalo mi sie. Wystraszylam sie bo rozbil szklanke i grozil ze mnie potnie,w rezultacie przeprosilam go,a gdy sie uspokoil to ucieklam,bieglam przed siebie ile sil w nogach,plecy bardzo mnie bolaly (gdyz wczesniej jeszcze probowalam wyskoczyc z lazienkowego okna znajdujacego sie nad wanna i poslizgnelam sie,upadajac na plecy).W szpitalu bylam pod opieka psychologa, zrobilam obdukcje ktora miala byc krokiem w przod-pomoca przy rozwodzie i wiesz co zrobilam?wybaczylam mu ,,w imie milosci''. Obiecal ze nigdy juz sie nie napije,plakal jak dziecko, przekonal mnie ze nic nie pamieta z tamtego owego wieczoru i postanowilismy dac sobie jeszcze jedna szanse.Kiedys zanim go poznalam bylam szczupla, atrakcyjna, pewna siebie kobieta.Zylam chwila, czerpiac radosc nawet z zapachu polnych kwiatow.Obecnie mam okolo23kg wiecej,jestem bardziej nerwowa osoba,ale moralnie ulepszona ze tak to nazwe-na ulicy nawet nie spogladam na innych mezczyzn,jakos tak odruchowo spogladam w dol.Teraz,gdy maz jest w pracy siadam nad pobliska rzeka i placze. Placze, bo mam piekne mieszkanie,ktorego wystroj sama zaprojektowalam,a maz zrealizowal moj kazdy pomysl.Placze,bo dalismy temu wnetrzu takie rodzinne cieplo.Placze,bo kocham meza.Placze,bo jestem daleko od moich wtedy wydawaloby sie surowych rodzicow(obecnie jestesmy bardzo zzyci z soba).Placze,bo nie widze swej przyszlosci ani u boku meza, ani w Polsce,za ktora tak bardzo tesknie.Placze,bo kiedys to ja sie smialam z kobiet podporzadkowanych swemu partnerowi,teraz ironizuje,drwie z samej siebie,ze niczym od tych wtedy w moich oczach,,tepych'' lasek sie nie roznieJestem uzalezniona od mojego meza psychicznie.Kocham go...
No,Karola!Wszystko przed Toba!Do utraty wszystkiego co sama mu oddasz.Do utraty swej wartosci i godnosci.Do utraty wlasnej tozsamosci.Do utraty tchu.....
Przyjdzie kiedyś taki dzień w którym czara goryczy się przeleje i nie wybaczysz, albo taki w którym uderzy za mocno. Co się musi wydarzyć, żebyś odeszła? Czemu pozwalasz odzierać się z radości, marzeń, godności?
Czytałaś 'Trzepot skrzydeł" Grocholi? To dobra książka dla takich jak Ty, jak karola. Sięgnij po nią, może pomoże podjąć Ci decyzję.
Przyjdzie taki dzien... Ja pragne poczuc wolnosc.Wolnosc emocjonalna,tesknie za swoja dawna beztroskoscia,spokojem wewnetrznym. We mnie panuje haos.Mozg nakazuje jedno,a serce odmawia posluszenstwa. Maz jest na terapii i nie pije. Nie jest juz agresywny,ale mimo to kontroluje sama siebie,by nie wyskoczyc z jakims niepotrzebnym tekstem,ktory by go nie rozzloscil by znow nie siegnal po ,,piwko''.
Ja do niedawna nie zdawalam sobie sprawy z tego, ze jestem ofiara przemocy w rodzinie i nadal jak to pisze nie dochodzi to do mnie.Dziwnie sie czuje.Ja wciaz to gdzies tam podswiadomie traktuje jako jednorazowe puszczenie nerwow,a gdy to pisze i im wiecej teraz o tym pisze tym bardziej sie zastanawiam dlaczego ja tak mysle? Przychodzi mi do glowy jedna odpowiedz:kocham go... Dlaczego nic bardziej racjonalnego nie pojawia sie w moich myslach?W tym momencie nie potrafie pojac samej siebie... Kolejna mysl-on nie jest zly,on mi daje to ,,cieplo'', ktorego potrzebuje,on mi okazuje swoje uczucia,tuli,caluje,rozpieszcza.Jest zabawny i inteligentny.Nie nudzimy sie ze soba. Jednak gdy cos nie idzie po jego mysli staje sie nieprzyjemny-nie,ze mnie bije lub szarpie- po prostu jest jakby obrazony,nagle ma focha i wystarczy bym mu dokuczyla w najmniejszym stopniu lub podniosla glos z pretensja,a nie rozmawialby ze mna do nastepnego dnia hmm...
,,To dobra ksiazka dla takich jak Ty, jak Karola''.... Dla takich jak JA... Hmm...Jak te slowa dziwnie smakuja, nie potrafia wyjsc z glowy,bola.