Cześć wszystkim. Mam pewien problem ze sobą i bardzo odbija się to na moich relacjach z innymi, im jestem z kimś bliżej tym bardziej to widać. Totalne apogeum miało miejsce niedawno kiedy próbowałam z kimś być. Jakiś rok temu zaczęłam się z kimś spotykać, był moim pierwszym chłopakiem, zawsze czekałam na kogoś wyjątkowego i wydawało mi się że on jest taką wyjątkową osobą. Niestety lub stety nie jesteśmy już razem od kilku miesięcy a ja dalej nie mogę dojść do siebie (mimo że to ja zerwałam).
Rzecz w tym że okropnie dusiłam się w tym związku. Co prawda on się do tego w dużym stopniu przyczynił (ograniczaniem mnie, planowaniem mi życia, krytykowaniem i zazdrością). Jednak teraz kiedy emocje już opadły i wiele rzeczy sobie przemyślałam to widzę jak dużo ja sama źle robiłam. Bo nawet jeśli pod koniec czułam się jak w klatce, to sama pozwoliłam się w niej zamknąć. Moim priorytetem od samego początku chyba było utrzymać ten związek za wszelką cenę, być idealną dziewczyną (w moim życiu zawsze starałam się być idealną córką, uczennicą, przyjaciółką), nie robić żadnych problemów. On mi mówił że jego związki nigdy nie trwają długo, bo wszystkie dziewczyny które spotykał na swojej drodze były kłótliwe i miały ciężkie charaktery. I że ze mną będzie inaczej bo jestem taka spokojna. Tylko że jak zrozumiałam po tym całym związku (jak się okazało dość krótkim), moim problemem jest tłumienie emocji, stąd ten pozorny spokój. Wszystko maskuję i ukrywam w sobie, staram się grać ideał bez wad. Żeby było ciekawiej strasznie podporządkowuję się w relacjach. Bardzo łatwo mnie do czegoś przekonać samą logicznością argumentów, a ja (chyba to wynika z niepewności siebie) nawet nie potrafię stwierdzić jakie jest moje zdanie na dany temat i przede wszystkim czy danej rzeczy chcę czy nie. Nie cierpię kłótni, konfliktów unikam jak ognia, boję się agresji czyjejś a jeszcze bardziej swojej, zawsze wydawało mi się że złość jest zła i że nie powinnam się złościć. W efekcie przez jakiś czas moje relacje wyglądają tak że jest idealnie, zbyt idealnie, taka cisza przed burzą, a ja nawet nie zdając sobie sprawy gromadzę wszystko w sobie i zamieniam się powoli w wulkan, który nieuchronnie wybuchnie. A potem w pierwszej chwili po uwolnieniu się czuję ulgę, ale tak naprawdę bardzo cierpię. Teraz jestem w takim punkcie ze wciąż nie mogę odżałować rozpadu mojego związku. Z drugiej strony boję się co będzie dalej i czy zdołam kiedyś te mechanizmy zwalczyć.
Proszę poradźcie mi jak nauczyć się asertywności w związku, jak nie bać się sprzeciwiać, albo wyrażać swoją opinię. Bo ja się bardzo boję. Chyba najbardziej braku akceptacji i odrzucenia, dlatego nie umiem się otwierać i być sobą a zamiast tego gram ideał i tłumię emocje a potem jestem tak wykończona że zostaje mi tylko odejść i płakać nad niespełnionymi nadziejami, których druga strona nie była nawet świadoma (bo oczywiście wszystko ukrywam). Ot taka tragikomiczna historia mojej osobowości ![]()