ktoś napisał, że leczenie farmakologiczne jest koniecznie.. to kompletna bzdura
Ja to napisałam i kompletnie się z Tobą nie zgadzam. ;-)
Pogadamy o tym?
Nie ma tutaj o czym za bardzo dyskutować.. lekarstwa w przypadku borderline są ostatecznością i przepisuje się jeśli ktoś na prawdę nie jest w stanie funkcjonować "normalnie" na co dzień... to dotyczy zaburzenia, które jest przeważnie "wzbogacone" o jakiś shit... jeśli ktoś ma przy okazji depresje, chorobę afektywną dwubiegunową, psychozy, nerwicę lękową, silne ataki paniki, zaburzenia odżywiania itp. itd. I nie mówię tutaj o jednodniowym epizodzie, tylko o formie stałej, która tym samym przeszkadza w codziennym życiu i kontaktach z otoczeniem... chcesz mi powiedzieć, że wymyślono lekarstwo, które sprawia, że jego regularne przyjmowanie mnie "naprawi i zmieni"?
że będę wówczas innym, lepszym człowiekiem dla samej siebie i otoczenia? heh
niestety... tylko ja mogę to uczynić... poprzez systematyczną terapie i pracę nad sobą
czy może lepiej zażywać stabilizatory nastroju? antydepresanty i jeszcze walnąć coś jebutnego na noc żeby się dobrze spało?
każdy ma prawo wyboru... można iść na łatwiznę (podkreślam, że mówię o "czystej" formie zaburzenia) faszerować się tabletkami, w ogóle najlepiej olać wówczas terapię regularną
(znam... oj znam...) można też konfrontować się z własnymi słabościami na trzeźwo... kwestia decyzji, priorytetów i sprawa indywidualna
Leczenie farmakologiczne NIE JEST ZAWSZE KONIECZNE - jest dopuszczalne, jest częste ale nie obowiązkowe kropka.
"Borderline przyciąga "choroby".. innymi słowy osoby, które mają czystą formę bez dodatków to mniejszość.. jam mniejszość - choć miewam stany depresyjne (miewam), choć miewam lęki (miewam) nikt i żaden porządny lekarz nie przepisze mi lekarstw..."
Ja bym powiedziała, że w borderze mogą wystąpić epizody depresyjne, nerwicowe, lękowe, psychotyczne. Że współwystępuje z reguły z innymi syndromami i chorobami, np. DDD/A, PTSD, ChADem to swoją drogą, ale nawet jeśli nie współwystępuje a pojawiają się jedynie wyżej wspomniane epizody, to i tak nie znam lekarza, który by nie przepisał leków jeśli ten epizod byłby o wystarczającym nasileniu, więc nie mam pojęcia, jakich Ty znasz lekarzy, serio.
Owszem, można też tak napisać... "epizody"... z tym, że co kwalifikuje epizod do tego, żeby stał się powodem leczenia farmakologicznego? to, że raz na miesiąc jest mi smutno i za chwile mija? to że czasami mam o sobie kiepskie zdanie i patrząc w lustro nie do końca się sobie podobam? to, że jestem cholerykiem raz na czas i mam wkurw na wszystkich i wszystko? takim tokiem rozumowania - każdy człowiek powinien się faszerować
i to nie powody do biegania po recepty... Pisałaś o nasileniu... to słowo klucz.. u mnie sztuczki i kruczki pojawiają się na tyle rzadko i są na tyle znośne, że musiałabym kłamać i je eskalować (ręczę... potrafiłabym
) żeby ktoś przepisał mi lekarstwa... i zaufaj mi... znam sporo BPD, którzy tak właśnie postępują... pigułka na to, pigułka na tamto a później jeszcze to popić jakimś alko i jest zajebiście
Raz w życiu dostałam aż 3 recepty na raz - przepisał je lekarz psychiatra po 15 minutach rozmowy (mój lekarz wyjechał na wakacje i było to jakieś 5 lat tamu.. dawno), który notabene już nie prowadzi praktyki (odebrano mi uprawienia) - wówczas przyznaje... było dość kiepsko.. sytuacja życiowa nieco mnie przerosła i zwyczajnie się posypałam, będąc kłębkiem smutku, który bał się przez kilka dni wyjść z domu... nie spałam , nie jadłam... chciałam porozmawiać o tym.. zamiast tego wysłano mnie do apteki
lekarstwa, które mi przepisano i dawki były na tyle źle dobrane, że jak wrócił z urlopu mój terapeuta to kazał mi całość odstawić i tak już zostało... ps. lekarstwa przyjmowałam tydzień, wstawałam z łóżka tylko po to żeby iść do łazienki.. byłam warzywem, nie myślałam tylko spałam... ale za to jakie miałam piękne sny
i jak czas szybko płynął
"jedyne co pomaga jest wzięcie swojej własnej dupy w troki, terapia i jeszcze raz terapia.."
Hm... to może na przykładzie. Ostatnie moje spotkanie ze znajomym borderkiem polegało na bieganiu za nią po moście (przy jednoczesnej próbie zagadania przez telefon), bo "ziemia ucieka", zakończone kurczowym uczepieniem się barierki, wrzaskami, groźbami o wyskoczeniu przez tę barierkę, machaniem jakimś szpikulcem, którym w końcu mnie dziabnęła (na szczęście jestem dość puchata, to nic mi się nie stało). Zakończyło się to oczywiście hospitalizacją z diagnozą epizodu psychotycznego. Jak w takiej sytuacji widzisz "wzięcie dupy w troki i terapię", bo moim zdaniem do terapii, do choćby próby terapii, trzeba być zdolnym, a ktoś, komu "ucieka podłoga" zwyczajnie do niej zdolny nie jest bez leków. I epizodyczne psychozy, mniej lub bardziej intensywne, wcale nie są czymś absolutnie wyjątkowym w przypadku borderline, z tym się trzeba liczyć.
Masz ciekawą znajomą
przykład dość obrazowy i bardzo przejaskrawiony... co nie znaczy, że nie możliwy
ale jeśli uważasz, że każdy z borderline ma tego typu epizody to jesteś w wielkim błędzie
aczkolwiek jestem w stanie sobie coś takiego wyobrazić... na szczęście na wyobrażeniu się kończy
to z czym się absolutnie zgadzam to to, że do terapii należy "dorosnąć" i być zdolnym... to temat złożony zwłaszcza w przypadku BPD..
Mam wrażenie, że umknął Ci jeden aspekt mojej wypowiedzi.. pisałam o osobach, które ogarniają swoje życie i przy okazji mają BPD.. nie o takich przypadkach jak Twoja znajoma.. Twoja znajoma naturalnie potrzebuje wspomagania farmakologicznego - terapii kiedy będzie na nią gotowa..
Przy okazji.. nie znam dwóch takich samych przypadków borderline... są jakieś mianowniki... cechy, wyznaczniki.. i to by było na tyle
"są osoby out i in... są osoby, które swoje zaburzenie hodują w środku, robiąc różne dziwne rzeczy i zadając ból sobie... ból w znaczeniu dosłownym i mniej dosłownym.. bólem i karaniem się może być nawet przypadkowy sex.. ale także cięcie się czy wyniszczanie psychiczne, fizyczne.. nie ma tutaj mowy o byciu wrednym człowiekiem... chyba, że w stosunku do samego siebie... takie osoby z natury są mało zainteresowane krzywdzeniem innych..."
Przede wszystkim są jeszcze takie z typem mieszanym czyli czasami przejawiają zachowania acting-out, a czasami acting-in, zwykle z przewagą jednego z nich.
Po drugie to wyżej opisane było typu acting-in, tylko co z tego? No ja wiem, że nie miała zamiaru mnie nijak zranić, mam świadomość, że posłuchanie jej próśb to był mój wybór, ale ciężko jednak powiedzieć, że nikogo swoim zachowaniem nie zraniła, począwszy od tego, że sporo osób się o nią martwiło, a skończywszy na bądź co bądź fizycznym uszkodzeniu mnie. Serio, nie trudno sobie wyobrazić, że przeciętny Kowalski czy Kowalska w pewnym momencie będzie miała tego dość i szalejącego bordera zostawi, bo zwyczajnie będzie zbyt wykończony kolejnymi sytuacjami. Acha, oczywiście moja koleżanka-border śmiertelnie się na mnie obraziła za wezwanie policji i hospitalizację co zapewne swoją drogą by mnie psychicznie zraniło gdyby nie to, że to ani moja pierwsza taka akcja ani dziesiąta.
Nie napisałam nigdzie że in i out się wykluczają..
napisałam ogólną charakterystykę dwóch typów zachowań... i owszem przeważnie jest tak, że jedno z nich przeważa - co zresztą pozwala na zamknięcie w owe ramki
To wyżej dla mnie to było OUT
przy okazji desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi...jasne, że nie chciała Cię skrzywdzić, jasne, że siebie też nie... "zwyczajnie" coś pacnęło (COŚ) i stało się... gdyby to było IN to zapewniam Cię, że most i szpikulec nie miał by miejsca.. to było zbyt widowiskowe i zbyt na pokaz... to był akt manifestacji... na zewnątrz...
swoją drogą nie wiem co takiego musiało się stać, że to wszystko nabrało aż takiego rozpędu... owszem, owszem... czasami to tylko/aż głowa i myśli.. ale do takich jazd raczej potrzebny jest "zapalnik".. nie wyobrażam sobie, żeby w komfortowej, bezpiecznej sytuacji podczas spotkania z koleżanką bez powodu (mniejsza o racjonalność jego...) skakać po moście z tępym narzędziem, wymachiwać nim i grozić, że się skoczy... coś tutaj mi nie pasi...
To, że się obraziła śmiertelnie? cóż... okazałaś się wrogiem w jej pojmowaniu świata... "zdradziłaś" ją...
Zresztą bordery acting-out to też nie wredne z natury suki i skurwiele, zwyczajnie wychodzą z założenia, że najlepszą obroną jest atak i ranią ze strachu przed zranieniem, wykorzystują i manipulują, bo podświadomie wierzą, że jak tego nie zrobią, to ten ktoś ich wykorzysta i zmanipuluje. No ale jednak ranią, tak?
Jestem bardziej out nie in... bywam wredna i nie jestem w dupę milusia... zdarzyło mi się zranić kogoś raz czy dwa
zdarzało się częściej jak byłam młodsza i pozwalałam sobie na folgowanie... czas przeszły...
Nie jestem natomiast pozbawioną serca, bezduszną, wykorzystującą i manipulującą suką
ten fragment kipi nienawiścią.. jest totalnym uproszczeniem i jakaś dewaluacją.. czytając takie oto wypowiedzi ludzie myślą później stereotypami i przypinają etykiety... żal...
"Nie każdy kto ma borderline ma tym samym traumatyczne przeżycia z dzieciństwa.."
To "traumatycznie" to nie napisałam tak w ścisłym znaczeniu, miałam przez to na myśli również przypadki w rodzaju opuszczenie przez rodzica/ów, przemoc fizyczną lub/i psychiczną, zaniedbywanie dziecka na różne sposoby albo przeciwnie - nadmierna kontrola i nierealistyczne wymagania. Chodziło mi raczej o to, że nie spotkałam bordera, które by powiedziało "miałam zupełnie szczęśliwe, normalne dzieciństwo i okres dojrzewania".
Tu się zgadzam 